Zapomnij o wygodnych tatrzańskich schroniskach, szerokich alpejskich ścieżkach, zasięgu w telefonie i o śladach cywilizacji. To jest Piryn. Ojczyzna słowiańskiego bóstwa Peruna.

 

fot. Ruslan Vakrilov

 

Złote Piaski, olejek różany i tajemnicza Baba Wanga, która przewidziała m.in. śmierć Stalina, ataki na World Trade Center oraz rzekomą eksplozję elektrowni atomowej w 2023 roku. Więcej grzechów i skojarzeń z Bułgarią nie pamiętam, tym bardziej górskich. Czasem tylko w uszach dzwonił mi Piryn albo Riła – najwyższy masyw górski na Półwyspie Bałkańskim. Ale żeby jechać tam biegać? Wyżej niż w Tatrach? Nie byłoby tej historii bez przypadkowego scrollowania social mediów, gdzie zwykłym fartem trafiłem na film z Pirin Ultra, jednego z najtrudniejszych biegów górskich w Europie.

 

fot. Alexander Valchev

 

fot. Kniaza Photography

 

Zaczyna się jak u Hitchcocka. Pierwsze sekundy to okrzyk „jesteś potworem”, a dalej napięcie tylko rośne, gdy kilku facetów literalnie biegnie ponad przerażająco stromą dzidą. I nie jest to zwykła grań tylko słynne Konczeto (bułg. Кончето, pol. Konik) z niemal pionową, 300-metrową ścianą, opadającą w przetaczające się niżej chmury. Żeby nie było, Bułgarzy nie są aż tak szaleni i zamocowali w tych skałach poręczówkę do wpięcia lonży. Ale litości! Ci biegacze lecą na złamanie karku, trzymając się tej wątłej linki gołymi dłońmi! I cóż miałem począć po tak wymownym seansie? W ciągu dwóch minut zapisałem się na najbliższą edycję zawodów. A nawet namówiłem na to wariactwo kolegę Bartka, z którym przeżywałem wzloty i upadki m.in. na Biegu Rzeźnika czy na Bojko Trail w ukraińskich Bieszczadach. I zacząłem się boksować z logistyką podróży.

 

fot. Kniaza Photography