Znajdujący się po słowackiej stronie Lodowy Szczyt pod względem wysokości zajmuje w Tatrach honorne trzecie miejsce. Przejście jego grani to jedno z moich ulubionych tatrzańskich wspomnień. Była wywołana ekspozycją adrenalina, sporo fajnego wspinania i oczywiście fantastyczne widoki.

 

- Wchodzimy na szczyt i schodzimy tą samą drogą? A może wolicie trawers, przejście granią z jednej strony na drugą? - pyta nas Ivan Krajčír, nasz słowacki przewodnik. Nie mamy wątpliwości, jasne, że wybieramy grań.

 

Słowacja, Lodowy Szczyt widziany z Gliczarowa Górnego
fot. Karol Nienartowicz

 

Następnego dnia o czwartej rano, jeszcze w totalnych ciemnościach, meldujemy się na parkingu w Starym Smokowcu, gdzie przesiadamy się do auta Ivana. To plus korzystania z opieki słowackich przewodników. Musimy dostać się na Hrebienok (1285 m n.p.m.), ale kursująca tam kolejka szynowa jest o tej porze nieczynna. Nie musimy jednak iść 40 minut mało ciekawą trasą na piechotę, bo Ivan (i jego koledzy z branży również), mają na ten odcinek specjalne przepustki. Za to od Hrebienoka trzeba zdać się już na własne nogi.

 

Słowacja, Monika Witkowska w drodze na Lodowy Szczyt
fot. archiwum Moniki Witkowskiej

 

O tej porze na szlaku są jeszcze pustki. Spotykamy jedynie nielicznych, podobnych do nas, mających przed sobą jakieś ambitniejsze cele. Gdy już w Dolinie Małej Wody wychodzimy ponad granicę kosodrzewiny i zaczyna na dobre się rozwidniać, stajemy zauroczeni, aby podziwiać wiszące poniżej nas chmury, skrywające niczym pierzyna równinę, na której leży miasto Poprad.