Umówiłam się z Anią na kawę i najzwyklejsze plotki. Tak jak to w zwyczaju mają dwie przyjaciółki. My jednak zwyczajne nie jesteśmy, więc spotkałyśmy się na herbacie i naleśnikach w schronisku na Soszowie.

 

Na miejsce spotkania każda z nas dociera inaczej. Ja nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała z wygodnej opcji dotarcia na początek szlaku Kolejami Śląskimi. Będę to przy okazji podkreślała, że skomunikowanie Górnego Śląska z Beskidem Śląskim i Żywieckim jest naprawdę dobrze pomyślane. Dzięki takiemu rozwiązaniu zaplanowałam przejście ze stacji kolejowej Ustroń Polana, przez szczyt Czantorii, na Soszów i dalej przez Cieślar, aż pod Stożek Mały, by na koniec zejść na dworzec w Wiśle Dziechcince.

Nie ukrywam, że z pociągu wysiadam lekko zestresowana. Mam dwie opcje dotarcia na Czantorię - albo kolejką krzesełkową, na którą decyduje się zdecydowana większość turystów, albo wariant dla prawdziwych twardzieli. W tym przypadku chodzi o zmierzenie się ze swoimi słabościami, poznanie wydolności oddechowej i kondycji, do tego sprawdzenie poziomu umięśnienia łydek - tak, mam na myśli legendarną już wyrypę, czyli “wschodnią ścianę” Czantorii.