Na szczycie słup w żółto-niebieskich narodowych barwach, kilka babuszek sprzedających serki, kanapki, różańce i coca-colę. Rozległy wierzchołek wypełniony jest turystami, głównie ukraińskimi. Szybka fotka, a potem przycupnęliśmy gdzieś z boku. Wyjęliśmy z plecaków, co tam mieliśmy najlepszego i delektując podniebienia napojem z piersiówki, zaczęliśmy zadzierzgiwać znajomość z grupką, która rozłożyła się biwakiem tuż obok. A to okazuje się zakładowa wycieczka z jakiejś fabryki na wschodzie, która co roku na Howerlę wraca, bo to dla nich góra ważna, niemal święta. Jak dla nas Rysy. Albo Giewont raczej – pomyślałem, a potem już na myślenie nie było czasu, bo częstowaliśmy się nawzajem tym, co mieliśmy. 

 

Godzinę później z nieco rozśpiewanymi duszami, bo widoki były naprawdę nieziemskie, pożegnaliśmy się słowami „do zobaczenia znów na Howerli”. Czy kiedykolwiek znów tam wejdziemy? 

 

W dniu, w którym piszę ten felieton, 24 lutego, Rosja bez wypowiedzenia wojny o godzinie 4 nad ranem pociskami rakietowymi zaatakowała Ukrainę. Brzmi znajomo?

Niewiele więcej dziś wiadomo, panuje chaos informacyjny, w zasadzie jedyne co można powiedzieć po 20 godzinach walk to to, że „Ukraina broni się nadal”. 

O czym myśleć, co myśleć? Z jednej strony – TO nie dzieje się u nas. TO dzieje się za granicą. MY jesteśmy bezpieczni. Z drugiej strony – wiadomo, że na Ukrainie się nie skończy. Po niej będą kraje bałtyckie, a potem Polska. A może od razu Polska?

To niemożliwe! 

 

To niemożliwe? Myślę sobie, jaką drogę przeszła Ukraina od dzikiego wschodu i krainy, gdzie na wycieczkę w Czarnohorę trzeba wziąć prawdziwą broń, bo „nigdy nie wiadomo”. Jeszcze w 2003 roku, gdy moje biuro organizowało spływ Czeremoszem, lokalni przewodnicy - na co dzień doktoranci na jednej z ukraińskich uczelni, posiadali takową „na wszelki wypadek”. 

 

A od paru ładnych już lat – to był kraj może i biedny, ale przecież całkowicie cywilizowany. I owszem, leżący na wschodzie ale już nie wschodni. W zasadzie, ot, zaraz prawie w Unii. No a dziś rakiety spadają na miasta i obiekty cywilne. 

 

Pamiętam rodzinne opowieści o dziadku stryjecznym, który w czasie II wojny światowej (chciałem napisać: „ostatniej wojny”, ale to pojęcie właśnie nabiera nowego znaczenia) był kurierem w Beskidzie Sądeckim. Przemycał ludzi z Polski przez Czechosłowację na Węgry, a z powrotem czasem broń i pieniądze. Moja wyobraźnia nastolatka się rozpalała, przed oczyma stawało mi skrzyżowanie kapitana Klossa i Rambo dzielnie wypełniający swoją misję. Też chciałem chodzić po górach, znać doskonale teren i w ogóle brać udział w tajnych akcjach. Ale pech, wojna skończyła się 45 lat wcześniej, w PRL również i nijak się wykazać na odcinku przemytu ludzi nie szło.

 

A dziadek Tadeusz był prawnikiem, a nie „specjalsem” i przeżył wojnę tylko dlatego, że ktoś go uprzedził, że w domu czekać na niego będzie Gestapo. Wraz z ostatnim kursem przerzucił się sam i nigdy już do Polski nie wrócił. Mniej szczęścia miała jego mama, a moja prababka, którą niemiecki okupant wsadził do obozu koncentracyjnego i wojny już nie przeżyła. 

 

Piszę o tym, bo dzisiaj te wszystkie wspomnienia stają się żywe i plastyczne. Czy za chwilę Pasterka będzie ośrodkiem przerzutowym do Czech? Czy w Lądku-Zdroju odżyje szlak Kurierów Solidarności, dzięki któremu opozycjoniści polscy i czechosłowaccy spotykali się pod pretekstem wycieczek turystycznych? Czy znajomość okolicznych gór i lasów pozwoli dostatecznie szybko uciec? Czy sam dałbym radę? Młodzieńczy zapał do tajnych akcji zdecydowanie opadł. Jego miejsce wypełniły zbędne kilogramy i czuję wyraźnie, że moja mobilność na przestrzeni ostatnich 30 lat wyraźnie spadła. W zasadzie się wręcz zatrzymała. Jeśli więc tematem numeru „Na Szczycie” jest szykowanie formy przed wiosennym powrotem w góry – szykujmy ją z większym niż co roku zapałem, bo a nuż będzie nam potrzebna do czegoś więcej niż rekreacyjna wycieczka po górach. 

Oby nie!