Weekend Bożego Ciała dla biegaczy górskich oznacza jedno – Bieg Rzeźnika. Od 18 lat w Bieszczady zjeżdżają ci, którzy pragną zmierzyć się z tym kultowym biegiem ultra.

 

Od siedmiu lat impreza ma charakter festiwalu. Tegoroczna edycja, ze względu na sytuację epidemiologiczną, po raz drugi odbyła się w wersji hybrydowej. Co to oznacza w praktyce? W ciągu dziewięciu dni festiwalu starty na wszystkich dystansach odbywały się codziennie, w wyznaczonych harmonogramem godzinach. Dzięki temu zawodnicy mieli szansę na starcie, stanąć ramię w ramię choć z częścią swoich rywali.

 

Bieszczady, Bieg Rzeźnika, start z punktu kontrolnego w Cisnej
fot. Tomasz Klinger

 

Każda formuła ma swoje plusy i minusy. Największą zaletą jest zdecydowanie powrót do korzeni biegania po górach – cisza, odosobnienie i duża samodzielność na trasie. To rozwiązanie jest wyzwaniem zarówno dla uczestników, jak i organizatorów. Tym pierwszym pozwala cieszyć się górami, widokami i trasą bez tłumów.

 

Bieszczady, Bieg Rzeźnika, zbieg z Jasła do Cisnej
fot. Tomasz Klinger

 

Festiwal Biegu Rzeźnika w tym roku to pięć klasycznych dystansów: Bieg Rzeźnika (83 km), Bieg Rzeźnika Ultra (108 km), Rzeźnik SKY (50 km), Rzeźniczek (28 km) oraz Dycha na Jeleni Skok (10 km). Dodatkowo w skład festiwalu weszły wyzwania specjalne: Rzeźnik Hardcore (108 km) oraz Mały i Wielki Szlem, które łączą w sobie po kilka podstawowych dystansów.

 

Bieszczady, Bieg Rzeźnika, nocna przeprawa przez potok w Lisznej
fot. Tomasz Klinger

 

Nic dziwnego, że po lockdownie, spragnione rywalizacji i sportowej atmosfery grono biegaczy, licznie przybyło do Cisnej. W samym biegu Rzeźnika udział wzięło prawie 500 par. Wśród nich wąskie grono spragnionych najbardziej. Mowa o śmiałkach, którzy do 83 km klasycznego dystansu, dorzucają dodatkowe 25 km i robią wersję Hardcore. W gronie tych kompletnych szaleńców znaleźliśmy się i my – lokalsi. Znamy te góry tak dobrze, że jeśli mieliśmy się z nimi mierzyć to na maksa.