Ze wspinaczem Kacprem Tekielim rozmawia Paulina Grzesiok.

 

Z Kacprem Tekielim mieliśmy spotkać się na Festiwalu Górskim im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju. Jednak w ostatniej chwili plany się zmieniły, a niedawna operacja barku postawiła go przed koniecznością regularnej, codziennej rehabilitacji. Ona jest dla niego absolutnym priorytetem.

 

Robisz trudne przejścia ścian, wspinasz się solo, bijesz rekordy prędkości. Jakim wspinaczem jesteś?

Jestem przede wszystkim alpinistą. Moim zdaniem to właśnie alpinizm jest najbardziej synkretyczną dyscypliną wspinaczkową. Bo trzeba być na przyzwoitym poziomie właściwie we wszystkim, począwszy od wspinaczki skalnej po wspinanie w lodzie. Bardzo ważnym elementem jest również odpowiednia wydolność organizmu oraz generalna siła fizyczna. W tym sporcie nie można mieć słabych stron, bo niepostrzeżenie odwróci się to przeciwko nam w najmniej odpowiednim momencie. Przeciętny alpinista radzi sobie na wszystkich polach. I myślę, że mogę się za takiego uznać, bo jestem dosyć uniwersalny.

 

Czy mimo to odnajdujesz się jakoś szczególnie w konkretnej dyscyplinie?

Doskonale czuję się w przejściach szybkościowych w stylu fast and light. Jeśli chodzi o doznania czysto przyjemnościowe to nic nie może się temu równać. Możliwość poruszania się bez większej ilości szpeju czy zbędnego wyposażenia w postaci sprzętu biwakowego stanowi nie lada pokusę! Pokonywanie trudności wspinaczkowych na lekko i zrezygnowanie z mozolnej i długo trwającej asekuracji na stanowiskach daje poczucie górskiej mobilności i szybkości. Jeśli natomiast chodzi o aspekt sportowy i zastrzyk adrenaliny to satysfakcję sprawia mi wspinaczka w rysach oraz wspinaczka lodowa. Ta druga jest zdecydowanie bardziej stresogenna i to chyba wywołuje we mnie swoiste uzależnienie.

 

Kacper Tekieli w ścianie Eigeru
fot. Andrzej Życzkowski

 

Himalaje. Do tej pory nie były dla Ciebie łaskawe. Czy zamierzasz wybrać się tam ponownie?

Rzeczywiście, byłem w Himalajach kilkukrotnie i praktycznie za każdym razem coś skutecznie stawało na przeszkodzie w osiągnięciu celu. Nie wchodząc w szczegóły, wydarzyło się kilka bardzo przykrych historii… Mimo to tych gór absolutnie nie skreśliłem. Nie mam jednak zamiaru jeździć na wyprawy na 8000 m n.p.m. drogami normalnymi. Interesuje mnie tylko wspinanie w ścianie, a czy to będą Alpy, Patagonia czy Himalaje nie ma dla mnie właściwie większego znaczenia. Liczą się trudności, rzeźba i rodzaj wspinaczki.

 

Czy czujesz, że Twoja największa forma życiowa jest dopiero przed Tobą?

Wydaje mi się, że właśnie teraz jestem w okresie magicznych czterech czy też pięciu lat, kiedy jestem jeszcze bardzo mocny fizycznie, a już dość doświadczony w górach. Z biegiem lat proporcje się odwrócą. Wzrośnie moje doświadczenie ale będzie gorzej z formą. Właśnie teraz powinienem w górach zrobić to, co mam do zrobienia.

 

Jeśli alpinista jest wszechstronnie wytrenowany, to również jego trening musi być uniwersalny. Do czego przykładasz szczególną wagę?

W ciągu roku muszę uwzględnić na przykład specyfikę sezonu zimowego i letniego. Nie jest mi obce również przygotowywanie się pod konkretne cele, a tym samym porzucanie jakiś aktywności na określony czas. W końcu doba ma tylko 24 godziny! Ten rok jak wiadomo jest inny. Również w związku z kontuzją ręki, a także zamknięciem ścianek wspinaczkowych razem z Justynką [Kowalczyk, od września są szczęśliwym małżeństwem – red.] trenowaliśmy głównie sporty wydolnościowe. Przez, a może właściwie dzięki lockdownowi, na trening można było poświęcić właściwie całą dobę.

 

Jak one konkretnie wyglądały?

Odbywaliśmy dwa treningi dziennie. Pierwszy, poranny bardziej siłowy – jak dla mnie – czyli bieganie na nartach lub nartorolkach. Natomiast drugi trening bardziej objętościowy i ogólnorozwojowy. Od marca nie wspinałem się na poważniejszych trudnościach, bo nie pozwalała na to kontuzja. Natomiast na sezon zimowy przygotowuję trening siłowy – szczególnie nóg oraz wdrażam trening objętościowy. Wspinam się również drytoolowo. Może nie w wyrafinowanej formie, ale przynajmniej moje mięśnie przypominają sobie, jak to jest się wspinać z czekanami, stojąc na ostrych krawędziach przednich zębów raków. Za to podstawowym treningiem wydolnościowym w zimie są narty turowe. Wejście na Kasprowy Wierch to powoli codzienna rutyna i nie jest nawet traktowane jako jednostka treningowa tylko codzienny rozruch. Dzięki Justynce nowością dla mnie są narty biegowe, które są doskonałym połączeniem treningu wydolnościowego z siłowym wysiłkiem.

 

Jest takie porzekadło, by “rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”. I Ty swego czasu zrobiłeś dokładnie tak samo. Jak to się stało?

Tak, tyle tylko że zawiesiłem, a nie rzuciłem… Na studiach wziąłem urlop dziekański i wyjechałem w Bieszczady z myślą, by zobaczyć, jak się tam żyje i utrzymać się finansowo. Przy okazji chciałem się również przygotować do pisania pracy magisterskiej - tak pod kątem literatury, jak i ogólnej koncepcji. I tak jak sobie to zaplanowałem, tak udało mi się zrobić. Z Bieszczad przyjechałem z jasną myślą, co chcę robić zarówno na studiach jak i w życiu. Kluczową decyzją wówczas podjętą było to, że chciałem się wspinać.

 

Miałeś też krótki epizod zawodowy związany ze schroniskiem Murowaniec na Hali Gąsienicowej.

Przez cały 2010 rok miałem przyjemność pracować tam na recepcji. To był świetny czas. Tydzień pracy, a następnie tydzień wolnego. Pracowałem w zmianach 14-godzinnych. Przy dobrej organizacji nawet po dniówce byłem w stanie odbyć wyjątkowo wydajny trening. Ze schroniska robiłem podbieg prawie na 2000 m n.p.m. i z powrotem w dół. Mój progres sportowy w tamtym roku był znaczny. W dni wolne od pracy oczywiście zostawałem na miejscu i się wspinałem.

 

Kacper Tekieli - wspinanie lodowe w Colorado
fot. Przemek Jurczyk

 

Należysz do Klubu Wysokogórskiego Trójmiasto. Twoja rodzina pochodzi z północy kraju. Czy rodzice nigdy nie mieli pokusy, by zarazić Cię żeglarstwem?

Nie, ponieważ sami nie uprawiają tego sportu. Mój dziadek co prawda był kapitanem sporego statku żeglugi śródlądowej i książkowym przykładem prawdziwego człowieka morza. Ale dla mnie jego zawód był bardzo abstrakcyjny i nigdy nie traktowałem żeglarstwa jako hobby. Natomiast z rodzicami często wyjeżdżałem na narty. Powróciwszy w góry, już jako dorosły człowiek, przekonałem się, że to oni zaszczepili we mnie tą miłość.

 

Początki Twojej górskiej kariery wskazują, że byłeś przykładnym uczniem. Pytam Cię dokładniej o liczne kursy, które przeszedłeś.

To racja. Odbyłem kurs wspinaczkowy w skałkach podkrakowskich. Ukończenie go dawało możliwość rozpoczęcia letniego kursu tatrzańskiego. Później był zimowy kurs tatrzański, a następnie instruktorskie. Uważam, że jest to bardzo dobra ścieżka dla osób, które chcą uprawiać bardziej kwalifikowaną turystykę czy wspinać się w górach wysokich. Znam mnóstwo świetnych wspinaczy, którzy kursów nigdy nie kończyli. Są to w zdecydowanej większości zakopiańczycy, w których rodzinne tradycje wpisane było wspinanie. Wspinał się ojciec, dziadek, wuj, czy stryj. Kursy na pewno wniosłyby nową wiedzę w ich warsztat, ale to byłoby wbrew tradycji. Oni od dziecka byli wprowadzani w te góry. Ludzie z nizin, do których i ja się zaliczam, nie mieli takiej możliwości, by po szkole iść w skały i szlifować swój warsztat. W związku z tym uważam, że jeżeli nie mamy zaplecza rodzinnego, czy dobrych przyjaciół, którzy są doświadczonymi wspinaczami, to warto robić kursy. Postawić tym samym na fachową wiedzę, by później nie płacić frycowego. Nie mówiąc już o względach bezpieczeństwa.

 

13 i 14 sierpnia tego roku zrobiłeś w rekordowym czasie 37 godzin i 28 minut Wielką Koronę Tatr (WKT). Jak wyglądał ten projekt?

Wielką Koronę Tatr robiłem według własnych zasad - bez depozytów i wsparcia z zewnątrz. Oczywiście przeliczając czas przejścia, miałem w głowie, że przede mną Alicja Paszczak dokonała tego w 49 godzin i 14 minut, a poprzednio zrobił to Paweł Orawiec w 60 godzin i 41 minut. Swój plan i czasy przejść konsultowałem z wybitnym znawcą Tatr – Andrzejem Marciszem. Przejście wyliczyłem sobie na 41 godzin, znając moje możliwości i poszczególne etapy z wcześniejszych doświadczeń górskich.

W planie miałem przejście najwyższych szczytów non stop. Nie miałem ze sobą dużo rzeczy. Zrezygnowałem nawet z bluzy na zmianę. Miałem tylko koszulkę. To szybkie przejście miało też skrócić czas w górach na maksymalnym zmęczeniu. To było 37 godzin pełne koncentracji i wzmożonego wysiłku fizycznego.

 

To ogromne osiągnięcie, które spotkało się z jednej strony z wielkim podziwem, ale nie brakowało i gorzkich komentarzy…

Owszem, spotkałem się z kilkoma komentarzami, że po co tak szybko, że góry to nie stadion olimpijski, że ta szybkość nie ma sensu… Ale ktoś od razu napisał w mojej obronie, że prawdopodobnie byłem już w tych miejscach po kilkadziesiąt razy i moim celem nie było podziwianie krajobrazów ani kontemplacja. I tak właśnie było. Prawda jest też taka, że szybkie poruszanie się po górach sprawia mi przyjemność. Dzięki temu dynamicznie zmieniają się widoki i więcej mogę zobaczyć.

 

Czy w swoich projektach kalkulujesz ryzyko? Przecież Tatry na przykład to bardzo kruche góry.

Zdaję sobie sprawę z konsekwencji swoich błędów. Nie mam jednak obaw, przemierzając proste tatrzańskie linie solo. Na przykład podczas przejścia Wielkiej Korony Tatr było kilka fragmentów, które siedziały mi z tyłu głowy. Na przykład eksponowana Grań Wideł nie jest trudna, ale w jednym miejscu wiszą pętle zjazdowe wykorzystywane przez zespoły taternickie. Wcześniej wiele razy przechodziłem to miejsce, więc wiedziałem, że sobie poradzę. A skała jest tam bardzo lita. Podobne miejsce znajdowało się na Rumanowej Przełęczy przed wejściem na Grań Wysokiej. To dwa fragmenty, na które czekałem – a po przejściu których odetchnąłem, że jestem już po. Większość WKT oferuje przejścia w granicy I do III, a kilka miejsc posiada IV stopień trudności. Ale pod ich kątem czuję się swobodnie i pewnie.

 

W ubiegłym roku pokonałeś cztery granie Matterhornu. Skąd czerpiesz pomysły na swoje sportowe wyprawy?

Projekt Wielkiej Korony Tatr był dla mnie świetnym celem wydajnościowym. Padło na ten rok z oczywistych względów. Jak wiadomo WKT jest sztucznym tworem, który traktuje nasze Tatry z przymrużeniem oka. Ot, na zasadzie, jeśli w Himalajach i Karakorum może być 14 szczytów mierzących ponad 8000 metrów, to czemu w Tatrach nie wykazać 14 wybitnych szczytów, których wysokość sięga 8000 stóp! Świetna analogia, trochę dowcipna ale i bardzo ciekawa.

Kolejnym tatrzańskim projektem był Expander czyli tatrzańska łańcuchówka, składająca się z 4 Sprężyn, biegnących na czterech różnych tatrzańskich ścianach. Te ściany to Mały Młynarz, Kocioł Kazalnicy, Mnich i Kościelec. Krzysztof Pankiewicz i Piotr Panufnik dzierżyli rekord od samego początku i nikt nie był w stanie pokonać ich czasu 17 godzin. Cel był zatem kuszący. W zespole z Łukaszem Mirowskim zrobiliśmy to w 15 godzin i 52 minuty.

 

A kto wymyślił projekt na Matterhornie?

Cztery Granie Matterhornu wymyśliłem sam. Kolejność przejścia poszczególnych grani wynikała z dokładnego studiowania mapy. Jakie było moje zdziwienie, gdy wieczór przed akcją leżałem i skupiałem się ostatni raz nad zebranymi materiałami i patrząc w literaturę wyczytałem, że przede mną jednak ten wariant był robiony! Dokonali tego Hervé Barmasse [włoski alpinista] i jego ojciec. Pocieszające było jednak to, że przeszli granie w takiej samej kolejności, w jakiej i ja chciałem to zrobić. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że mój tok rozumowania jest dobry i logiczny, skoro tak doświadczeni wspinacze wybrali taką samą kolejność.

Ale najbardziej „moim” projektem jest przejście trzech filarów Kaczego Muru, czyli wejście filarem Ganku, zejście Lewym Rumanowego i wejście Prawym Rumanowego. To logiczna łańcuchówka łącząca trzy największe formacje w Tatrach. Byłem dumny z tego przejścia. Reszta, jak widać, to projekty uprzednio już realizowane. Nie mówię o jakichś pomniejszych tatrzańskich wspinaczkach i łańcuchówkach własnego projektu. No ale tak już jest, że kiedy wspinasz się w górach, które nie są tak duże jak Alpy czy Himalaje, to musisz zapełnić sobie dzień, tworząc kreatywne kombinacje.

 

Dziękuję Ci serdecznie za rozmowę i życzę szybkiego powrotu do pełnej sprawności.

Dziękuję również!