Czasem bolą, budzą nienawiść i obrzydzenie. Innym razem to już zachwyt, albo fascynacja granicząca z kultem. W końcu i tak każdy z nas znajdzie swoją górską muzę. Szczyt przeklęty i zarazem wielbiony, na który kochamy wracać o każdej porze dnia i roku. Moją klątwą jest Czantoria.

 

Żeby mieć jasność i nie oczerniać jej niższej siostry – chodzi o tę Wielką Czantorię (995 m n.p.m.). Niby zwykła bałucha, co tysiąca metrów wysokości nie przekracza. A tu proszę – tłumnie odwiedzają ją narciarze, fani zjeżdżalni grawitacyjnych, amatorzy wież widokowych… a nawet bikini, lubiący się podsmażyć na największej w Polsce górskiej plaży z leżakami. W tym miejscu muszę stanowczo zaznaczyć, że należę do innej sekty. Biegacze górscy równie mocno „kochają” naszą bohaterkę, która przyciąga truchtających napieraczy przeważnie jesienią i na wiosnę. I sam do tej pory nie wiem, jaki wariant jest gorszy.

 

Beskid Śląski, Salamandra Ultra Trail, fot. Jacek Deneka UltraLovers

 

Listopad to zawody pod wiele mówiącą nazwą Piekło Czantorii. Kwietniowa Salamandra Ultra Trail nie brzmi tak tragicznie, ale w obu przypadkach chodzi o to samo. Stajesz na starcie i odpowiadasz sobie na pytanie: „Ile razy zdobędę dziś Czantorię?”, gdyż o tym decyduje wybrany dystans.