Z Miłką Raulin, najmłodszą Polką, którą zdobyła Koronę Ziemi, rozmawia Paulina Grzesiok.

 

Skończyłaś projekt Korony Ziemi. Możesz zatem jechać gdziekolwiek. W jakich górach najlepiej się czujesz?

W najbliższym czasie planuję wybrać się na Kazbek i raz jeszcze na Elbrus. Ale gdybym miała więcej czasu i partnera wspinaczkowego, to najchętniej eksplorowałabym Tatry. Piękne widoki i trudne drogi, zróżnicowana rzeźba terenu i nieprzewidywalna pogoda - wszystko to, co można znaleźć w górach wysokich, jest u nas w takiej mikroskali. Jednak by wspinać się w Tatrach, trzeba mieć umiejętności techniczne, bo przyznajmy - chodzenie normalnymi drogami po górach wysokich to nie jest filozofia. Zgadzam się z tym, o czym mówią inni himalaiści, że zdobywanie popularnych szczytów w Himalajach i Karakorum polega na pchaniu małpy. Nie uznaję się za himalaistkę. Jestem kolejarką, matką, marzycielką...

 

Odbyłaś stosowny kurs, zatem prawdziwa wspinaczka dopiero przed Tobą?

Na kurs trafiłam przed wyprawą na Denali. Kiedy wiedziałam, że muszę się z kimś związać liną na lodowcu, stwierdziłam, iż dobrze byłoby odbyć odpowiednie szkolenie. I tak trafiłam do Piotra Sztaby prowadzącego Szkołę Wspinania Kilimanjaro. Rozbudził on we mnie głód kolejnych szkoleń i kursów. I tak zrobiłam kurs szczelinowy, lawinowy, poruszania się po szczytach czterotysięcznych, czy w końcu wspinaczkowy. Jak szalona zaczęłam się dokształcać i edukować. Podnosiłam swoją świadomość i z biegiem czasu rozumiałam, jak dużo błędów popełniałam na początku w górach. Dziś uważam, że szkolenie jest równie ważne jak intuicja, doświadczenie oraz analiza danych. Myślę, że te cztery rzeczy są niezbędne do powodzenia akcji górskiej.

 

Skąd się bierze kolejność zdobywania szczytów Korony Ziemi?

Głównie z kwestii finansowych. Swoją przygodą z Koroną Ziemi zaczęłam od Mont Blanc, który zdobyłam mocno po kosztach – 700 zł. Następnie Kilimandżaro, czyli jakieś 8 tys. zł za całą wyprawę z przelotami, Elbrus – ok. 4 tys. zł, Aconcagua – 8 tys. zł – oczywiście ceny od tego czasu mocno się zmieniły. W 2014 roku wybierałam się do Papui Nowej Gwinei, by zdobyć Piramidę Carstensza. Olbrzymi koszt 12 tys. dolarów sprawił, że skorzystałam z akcji crowdfundingowej. Na mój ostatni szczyt – Mount Everest mogłam jechać ze środków pochodzących aż z czterech różnych źródeł. Im dalej w las, tym koszty wypraw są coraz większe.