Z Krzysztofem Wielickim, zdobywcą Korony Himalajów i Karakorum, o pierwszych tatrzańskich wspinaczkach, rozmawia Paulina Grzesiok.

 

Z laureatem Złotego Czekana za całokształt działalności górskiej, który w tym roku obchodził swoje 70. urodziny, rozmawiam w jego domu na Jurze Krakowsko–Częstochowskiej. Pięknie zadbany ogród pokazuje ścisłą więź z naturą, którą gospodarz - jak sam podkreśla - wyniósł z domu rodzinnego. Mieszkał bowiem na wsi z bratem i rodzicami, obcując na co dzień blisko z przyrodą.

 

Czy to, że mieszkasz w jednym z ważniejszych ośrodków wspinaczkowych na Jurze to przypadek, czy nadal aktywnie korzystasz z dobrodziejstw wapiennych skał?

Nie szukałbym raczej związku między miejscem zamieszkania a wapiennymi ostańcami. Po latach postanowiliśmy po prostu osiąść w jakimś fajnym miejscu. Natomiast to, co bardzo mi się tu podoba, to fakt, że w skały na wspinanie przyjeżdża mnóstwo znajomych, którzy nas potem odwiedzają. W moim wieku nie ma nic piękniejszego niż spotkania z ludźmi. Zwłaszcza w obecnych czasach, kiedy wszyscy się rozpierzchli, a kontakt telefoniczny lub mailowy przedkładamy ponad spotkania twarzą w twarz. Właśnie tym, co nadaje sens tej całej wspinaczce, jest obcowanie z innymi ludźmi. Wymiana poglądów, snucie planów, podejmowanie wspólnie wyzwań, dyskusje, poszerzanie horyzontów - człowiek jest istotą stadną i nic nie zastąpi mu tego kontaktu z drugą osobą.

 

Krzysztof Wielicki w Sokolikach,
fot. archiwum Krzysztofa Wielickiego

 

W tym roku obchodzisz dwie piękne okrągłe rocznice. Nie wypominając Ci wieku, ale trzeba o tym wspomnieć – 70. urodziny oraz 50-lecie wspinania. Jak wyglądały wspinaczkowe początki późniejszego zdobywcy Korony Himalajów i Karakorum?

We wspinaczce zasmakowałem dopiero na studiach. W 1967 roku rozpocząłem studia na Wydziale Elektroniki na Politechnice Wrocławskiej. Tym samym, na którym studiowali również Wanda Rutkiewicz, Wojtek Kurtyka, Marek Kęsicki czy Andrzej Wilusz. Swoją pierwszą wspinaczkę odbyłem w majówkę 1970 roku w Sokolikach. To granitowe skały znajdujące się w najbliższej odległości od Wrocławia. Miejsce tak kultowe dla środowiska wrocławskiego, jak Jura dla wspinaczy ze Śląska. W Tatry trafiłem stosunkowo szybko. Po roku już byłem na kursie tatrzańskim, wcześniej przechodząc jeszcze podstawowy kurs skałkowy.

 

Obóz tatrzański w 1971 roku poprzedzony był jednak poważnym wypadkiem – właśnie podczas wspinaczki. Co się wtedy wydarzyło?

To było 25 kwietnia właśnie w Rudawach Janowickich. Prowadziłem drogę 33 na Sukiennicach. Była ona mokra po dość obfitych opadach. „Piątkowe” trudności, niezałożona asekuracja z haka w miejscu, gdzie powinienem go wbić… Zgrabiałe z zimna ręce puściły chwyty i poleciałem w dół, odbijając się lędźwiami i stopami od skalnej półki. W efekcie kilka dni później ortopeda stwierdził u mnie kompresyjne złamanie kręgosłupa lędźwiowego. Z prawie tygodniowego pobytu w szpitalu wyszedłem z pamiątką – gipsowym gorsetem od pachwiny aż po szyję. Miałem go nosić 12 tygodni… Jednak informacja o moim stanie zdrowia dotarła również do klubu i Bogdan Jankowski nie puścił mnie na kurs tatrzański. Co wcale nie oznacza, że na nim nie byłem. Nie widniałem wszakże na ostatecznej liście kursantów, ale pojechałem w Tatry sam i dołączyłem do kolegów i instruktorów. Można powiedzieć, że kurs zrobiłem nieoficjalnie.

 

Pamiętasz swoją pierwszą drogę w Tatrach?

Oczywiście, tych wrażeń i emocji się nie zapomina. To stosunkowo łatwa droga, należąca do klasyków kursowych w kotle Czarnego Stawu Gąsienicowego – Płyta Lerskiego i Grań Kościelców. W kolejnych dniach zrobiliśmy drogę Gnojka i Setkę na Kościelcu, Północny Filar Świnicy połączony z granią Świnicy aż po Zawrat, Filar Południowo–Zachodni i drogę Sokołowskich na Kozim Wierchu, Lewych Wrześniaków i drogę Motyki na Zamarłej Turni. Krótkie okresy niepogody wykorzystywaliśmy na tak zwane dni kondycyjne. Trenowaliśmy na Rąbaniskach, na nieistniejącym już dziś taborisku.

 

16 dni później już działasz na Słowacji na zdecydowanie bardziej wymagających drogach. A na „dzień dobry” zdobywasz najwyższy szczyt Karpat – Gerlach (2655 m n.p.m.). I tak piszesz w swoim pamiętniku: “22.08. Pogoda dobra. Robimy III-kową drogę na Gerlachu systemem rynien. Długa, ale niezbyt ciekawa. Rekord – niski, bo niski – ale pobity. Noce w kolebie nawet dość ciepłe”.

Dużo wspinałem się w słowackich Tatrach. Jakoś bardziej mi one przypasowały. Myślę, że stało się tak z kilku powodów. Po pierwsze latem, oferują one zdecydowanie większy wachlarz dróg wspinaczkowych niż nasze polskie Tatry. Linie są dłuższe oraz bardziej lite. Ponadto istnieje możliwość wygodnego spania w kolebach, w bezpośrednim sąsiedztwie ścian. Zrobiliśmy wówczas drogi na Batyżowieckim, Wielickim czy Rumanowym Szczycie, a także Zasłonistą Turnię.

 

Na przełomie 1971 i 72 roku zasmakowałeś w zimowym wspinaniu w Tatrach do tego stopnia, że w swoim pamiętniku odnotowałeś, że w sylwestra idziesz spać wcześnie, by obudzić się o 2 w nocy i ruszyć na północną ścianę Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego.

Wówczas to kluby wysokogórskie organizowały życie górskie. Wspólnie wyjeżdżało się w skały, czy w Tatry. W okolicach świąt Bożego Narodzenia oraz sylwestra, z racji kumulacji dni wolnych, znajomi z klubu wyjeżdżali w Tatry. Wcześniej wspinałem się już zimą w Śnieżnych Kotłach w Karkonoszach. Rozsmakowałem się w zimie. Trudne, zimowe wspinanie hartowało nas. Do tego trzeba dodać, ten chroniczny brak sprzętu, porządnych rękawic i fatalna asekuracja zimą - na słowo honoru. Pamiętam, jak w ścianie Kazalnicy wbijaliśmy kołki! Nikt przecież nie znał wtedy friendów. A haki można było dostać tylko kute. Pamiętam, kiedy Angole przyjechali w Tatry zimą. W ogóle nie chcieli się wspinać. Dla nich to było niepojęte, jak można robić zimą drogi w skale, a nie w lodospadach! A nasze tatrzańskie wspinaczki opierały się o elementy krótkich lodów, zmarzniętych skałek i litej skały przyprószonej śniegiem albo pokrytej lodowym szkliwem. Zdarzyło mi się być w ścianie i w Wigilię, i w sylwestra. Choć TOPR krzywo patrzył na tych, którzy w tych dniach wychodzili w góry. Chcieli przecież spędzić ten wyjątkowy czas z rodziną i przyjaciółmi.

 

A jak było z tym wspinaniem na Słowacji? Zdarzało Ci się przekraczać zieloną granicę?

Raz czy dwa razy przechodziłem tak na Małego Młynarza. Zimą kombinowaliśmy przez Skoruszową Przełęcz, bo nie chciało nam się kombinować podejścia na okrągło, gdy szczyt był tuż za granicą z Morskim Okiem. Natomiast, gdy wybieraliśmy się gdzieś dalej, występowaliśmy o przepustkę.

 

Obóz w Dolinie Kieżmarskiej
fot. archiwum Krzysztofa Wielickiego

 

Wśród zimowych dokonań z tamtych czasów najbardziej znamienitym jest pierwsze na Kazalnicy zimowe przejście w całości Mięguszowieckiej Ostrogi, Filaru i Prostowania z Markiem Kęsickim i Bogdanem Nowaczykiem. Czy dla Ciebie to również najważniejszy tatrzański wyczyn?

Z całą pewnością to było bardzo ważne doświadczenie. Trzy biwaki w ścianie zimą na długiej drodze sprawiają, że mocno dostaje się w kość. Cały czas należy pamiętać, że były to czasy bez kurtek membranowych, wysokiej jakości sprzętów i portaledżów, umożliwiających wygodny nocleg w ścianie. Nasze biwaki bardziej przypominały czuwanie na wąskich półkach albo niewygodnych ławkach. Ale osobiście uważam, że trzeba przejść przez takie trudne sytuacje, bo to one budują doświadczenie. Nie zawsze wszystko idzie pięknie, gładko i po naszej myśli - zwłaszcza w górach. Dlatego musimy być przygotowani na te awaryjne momenty. Takie podbramkowe sytuacje budują naszą psychę i nakazują nam wierzyć, że kolejny raz, gdy spotka nas burza w ścianie, damy sobie radę. W obliczu trudnych sytuacji człowiek krzepnie i wierzy, że da radę. A wiara ta bierze się z doświadczenia. I tak krąg się domyka.

 

Miałeś zatem taką sytuację, kiedy dostałeś mocno w kość?

Nie pamiętam.

 

Czyli wszystko w tych Tatrach było lajtowe?

To było już 50 lat temu, bez jaj! Nie pamiętam.

 

Opowiedz jeszcze proszę o klimacie wspinaczkowym tamtych czasów. Waletowanie? Noclegi w kolebach?

W kolebach na Słowacji zawsze bałem się, że złapią nas filance, czyli pracownicy TANAP-u. Na szczęście nigdy do tego nie doszło. Na taborach po polskiej stronie Tatr bywałem raczej rzadko. Mimo wszystko na letnie wspinaczki w większości obierałem Słowację. Ale za to zima… pamiętam klimat starego schroniska przy Morskim Oku prowadzonego przez Franciszka. Pokój z 20 albo i 30 pryczami. Wszystko jedno… rzeczy się ze sobą mieszały. Od wczesnych godzin porannych, a właściwie nocnych słychać było szczękanie haków i wrzenie wody na juwlach. Ciągle ktoś wychodził w ścianę. Bywało też że waletowaliśmy w Morskim Oku, ale tam Dziunia goniła wszystkich równo. Oczywiście byli waleci oficjalni i ci nieoficjalni. Wybrani mieli prawo do noclegu za darmo. Ja zaliczałem się niestety do tej drugiej grupy.

 

Trzeba się było wkupić w jej łaski?

Nie wiem, na jakiej zasadzie to działo. My kładliśmy się po cichu, gdzieś na korytarzu. Rano tylko narzekali na nas turyści, że pakując się na wyjście w góry, robiliśmy hałas w środku nocy. Pamiętam jeszcze, że najtrudniejszą rzeczą na koniec każdej wspinaczki było podejście do schroniska po tych schodkach.

 

A życie towarzyskie?

W zimowym wspinaniu najważniejszym było, by zdążyć do schroniska przed godziną 17. Bowiem o tej właśnie godzinie „biuściasta” kelnerka z Moka bezlitośnie zasuwała kratę i zamykała bar na cztery spusty. Tym samym pryskało marzenie o piwie po wykańczającym dniu. W schronisku spotykaliśmy się różnymi klubami i środowiskami.

 

A życie towarzyskie w kontekście nawiązywania kontaktów z płcią piękną metodą “na taternika”?

Wtedy uwierz mi, myśleliśmy tylko o wspinaniu. Z czasem to się oczywiście zmieniło.

 

Zdaje się, że nie tylko zima was wówczas hartowała lecz również, a może przede wszystkim sprzęt, jaki posiadaliście...

To niewątpliwie było lekcją odwagi! W pierwszym sezonie wspinałem się w tak zwanych „dupowsporkach” i pasie z ósemki powiązanej z lin. Nie miałem uprzęży. Liny oczywiście sizalowe. Szpanem tatrzańskim wczesnych lat 70. były wełniane spodnie pumpy i flanelowa koszula w kratę. Na nogach latem buty zamszaki, zimą natomiast ciężkie buciory produkcji wałbrzyskiej albo krośnieńskiej. Kiedy namokły ważyły kilogramy! Do tego kute raki i czekany. Pamiętam że miałem taką zieloną kurtkę z brezentu. By była nieprzemakalna podszyliśmy ją z Bogdanem Nowaczykiem w akademiku folią. Efekt był taki, że kiedy robiliśmy zimą Filar Mięgusza, po zdjęciu z siebie one nie leżały… one stały! Wtedy pomyślałem, nie tędy droga! Po biwaku w ścianie wszystko było mokre… Wspinanie bez wątpienia było wtedy bardziej wymagające. Z racji tego, że było hardcorowo, nabraliśmy ułańskości. Ryzykowaliśmy dużo więcej.

 

Po pierwszych wyprawach w Dolomity 1973 roku i Kaukaz w 1974 roku pojawiasz się w Tatrach coraz rzadziej. Dlaczego?

Tatry zawsze były dla mnie elementem drogi, a nie celem. Miałem wówczas sporo przyjaciół, którzy tylko wspinali się w Tatrach i robili doskonałe przejścia. Ja traktowałem je jako poligon do zdobywania kolejnych doświadczeń. Ale uważam, że szkoła tatrzańska była bardzo ważna. Z biegiem lat pojawiły się wyjazdy Kaukaz, Pamir, Hindukusz. Wyjeżdżałem i rzeczywiście, oraz rzadziej wracałem w Tatry. Składało się na to kilka czynników. Między innymi to była praca na etacie, mocno nadszarpnięta już bezpłatnymi urlopami na rzecz wypraw. Potem śmierć mojego partnera tatrzańskiego Bogdana Nowaczyka w 1975 roku na Broad Peaku. W końcu fakt, że mimo przeprowadzki do Tychów nadal należałem do klubu we Wrocławiu. Ale Tatry dały nam niezbędne doświadczenie oraz wykaz przejść, który trzeba było przedstawić komisji, by zakwalifikować się na wyprawę centralną.

 

Z czym kojarzą Ci się Tatry z tamtych czasów?

Głównie z kosówką. Ten szczególny element Tatr zapadł mi najbardziej w pamięć. Albo zimowe przejścia po kosówce, kiedy co drugi krok zapadasz się po pas! W ogóle uważam, że Tatry dużo piękniejsze są zimą.