Wróciłem w Bieszczady po 25 latach. To nie jest tylko taka kurtuazyjna, okrągła data, żeby ładnie w tekście wyglądało. Tak się po prostu zdarzyło, że od czasów licealno-studenckich na Podkarpaciu moja noga nigdy nie stanęła. Ostatni raz było to dokładnie w 1995 roku, gdy Andrzej Woźniak zatrzymał reprezentację Francji i został okrzyknięty księciem Paryża. Kobiety mogą się śmiać z piłki nożnej, ale dzięki takim wydarzeniom mogę dokładnie powiedzieć, kiedy byłem na kempingu w Ustrzykach Górnych. 

Przez te wszystkie lata zniechęcał mnie skutecznie fakt, że dłużej jadę z Poznania w Bieszczady niż w rozległe Alpy. Szczerze więc przyznam, że pewnie bym się tu nie znalazł, gdyby nie powszechnie znana sytuacja epidemiologiczna na świecie. Z podobnego jak ja założenia wyszły w tym roku tysiące Polaków, ale spokojnie – nie będę narzekał (może poza jednym wyjątkiem). Bo zawsze uważam, że w górskie szlaki trzeba się odpowiednio wpasować.