W tym roku wakacyjne plany musiał pewnie zmienić większość z nas. Dlatego w ramach wspomnień przypomnę Wam jeden z moich wyjazdów do dalekiej Japonii.

 

Kraj Kwitnącej Wiśni odwiedziłem wspólnie z Maćkiem Sokołowskim podczas zawodów UTMF. Można powiedzieć, że Ultra Trail Mt. Juji jest odpowiednikiem europejskiego, kultowego biegu wokół Mont Blanc (UTMB).

Decyzję o starcie podjęliśmy dość spontanicznie miesiąc przed terminem. Listy rezerwowe były już od kilku miesięcy zamknięte, ale na szczęście przynależność do teamu Salomon Suunto otworzyła drzwi. Na starcie stanęło blisko 2,5 tys. zawodników z całego świata. Walka trwała do samego końca i w rezultacie udało mi się wywalczyć 9. miejsce, choć czasu na metodyczne przygotowanie do startu nie miałem zbyt wiele.

Trasa biegła wokół najwyższego szczytu Japonii – Fudżi (3776 m n.p.m.), I miałem nieodparte wrażenie, że góra wciąż mnie obserwuje. Zarówno za dnia, jak i w rozświetlonej księżycem nocy, miałem wrażenie, że ktoś ze mną jest. Do dziś mam przed oczami obraz poranka – ciemnej, wulkanicznej ścieżki, śpiewu ptaków, ciepła na skórze i góry z ośnieżonym czubkiem, mrocznej i wystającej ponad poranne mgły. Nawet dzisiaj ciarki mnie przechodzą po plecach na to wspomnienie.

To podczas tego biegu Maciek zwany Sokołem heroicznie walczył jako mój jednoosobowy support. Niestety, brak międzynarodowego prawa jazdy i dodatkowych zaświadczeń spowodował, że nie byliśmy w stanie na miejscu wynająć auta. Pierwszy raz zdarzyło się, że mój support na kolejne „przepaki” przyjeżdżał... stopem. Maćka nie zraziła nawet wizja łapania okazji w ciemną noc. W ten sposób, mimo wszelkich trudów i przeciwności losu, udało mu się dopingować mnie na kolejnych punktach.

Ale nie samym biegiem żyje człowiek. Skoro polecieliśmy tak daleko, to chcieliśmy przy okazji coś zwiedzić, uszczknąć kuchni, kultury i zwyczajów.

Z tej podróży zapamiętałem m.in. kulturę ściągania butów – i to nie tylko podczas wchodzenia do domów, ale również do hoteli. Chaotycznie pozostawione buty po kilku godzinach odnajdywaliśmy równiutko ułożone i skierowane czubkami w stronę wyjścia.

Właścicielka jednego z hosteli wytłumaczyła nam, że zwyczaj ten sięga czasów, gdy domy budowano na specjalnych podwyższeniach, by zapewnić od spodu odpowiednią wentylację. Natomiast aby zapobiec rozwijaniu się pleśni i grzybów przywiązywano również wagę do tego, by nie wnosić do domu brudu z zewnątrz. Co jednak zdziwiło nas jeszcze bardziej to osobne kapcie, które zakłada się do… toalety! Mimo że dziś ubikacje są integralną częścią mieszkania, to zwyczaj zmiany obuwia ostał się od czasów, kiedy istniały osobne wychodki w postaci latryn.

W milionowym mieście, jakim jest stolica Japonii Tokio, zalogowaliśmy się z kolei do jednego z tańszych, ale i dziwniejszych hoteli kapsułowych. W recepcji zamiast klucza dostaliśmy do pokoju numerek do szafki, w której zostawiliśmy cały swój dobytek. A zabraliśmy jedynie bambosze, szlafrok oraz przybory kosmetyczne. W pierwszej kolejności obowiązkowe było przejście przez łaźnię. W środku blisko 20 mężczyzn siedziało golasa na krzesłach i szczotkowało się, myło, goliło... typowa łaźnia z balią, jacuzzi i sauną.

Po zabiegach pielęgnacyjnych udaliśmy się dwa piętra wyżej do "pokoi". Zatrzymujemy windę. Drzwi się rozsuwają, a tam... zjawiskowej urody Japonki, które wyfiołkowane jadą 10 pięter wyżej na dyskotekę. A ja z Sokołem? No cóż... wyglądamy jak rekonwalescenci albo co gorsza pacjenci szpitala psychiatrycznego. Spojrzeliśmy tylko ukradkiem po sobie i z pewną dozą nieśmiałości wkroczyliśmy do windy.

I dopiero na jednej sali, widząc 30 kapsułowych pokoików, zrozumieliśmy, dlaczego nasze bagaże musiały pozostać w skrytce. Byłoby niemożliwym wczołgać się z nimi do środka. Mimo wszystko w tej kapsule znalazło się miejsce na mini telewizor z dwoma kanałami – informacyjnym oraz rozrywkowym z treściami dla osób pełnoletnich. Jedna noc w zupełności nam wystarczyła, by zatęsknić za europejskimi standardami hotelarskimi. Nie wspominając już o domu.