Z Markiem Kobyleckim, konstruktorem elektrowni wodnej w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, rozmawia Kuba Terakowski.

 

Jest Pan konstruktorem najwyżej położonej w Polsce elektrowni wodnej...

Elektrownia jest dziełem całego zespołu, a nie tylko moim. Natomiast rzeczywiście, leży najwyżej.

 

A jak wysoko?

Dokładnie nie pamiętam, lecz to łatwo wyliczyć. Stoi przy potoku Roztoka, na skrzyżowaniu szlaków prowadzących do Schroniska PTTK w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, dokładnie 240 metrów poniżej obiektu. Wiem, bo słup wody ma tam ciśnienie 24 atmosfer.

 

To byłaby zatem wysokość 1431 metrów n.p.m.

Zapewne.

 

Ale to nie pierwsza elektrownia wodna obsługująca to schronisko...

Nie, pierwszą zainstalowali już w 1962 roku ówcześni gospodarze obiektu. Miała niewielką moc - 7 kW, ale dzięki zaangażowaniu załogi działała do momentu włączenia naszej.

 

Elektrownia wodna w Dolinie Pięciu Stawów Polskich
rys. Konstancja Pietrzyk

 

Dlaczego zatem została zdemontowana?

Bo nie wystarczała już nawet do zasilenia wszystkich żarówek w obiekcie, a konstrukcja była archaiczna. W kuchni schroniska znajdował się woltomierz, który pokazywał napięcie i gdy było zbyt niskie, to wyłączano jakieś urządzenie, a gdy zbyt wysokie, to włączano. Na zapleczu przez całą noc świeciło się kilka lamp, aby utrzymywać pobór mocy. To nie mogło tak działać, gdyż w schronisku postanowiono zainstalować nowoczesną oczyszczalnię ścieków i ogrzewanie elektryczne. Budowę nowej elektrowni planowano już w latach 90., ale dopiero w 2008 roku przygotowana została cała dokumentacja i ogłoszono przetarg, który wygraliśmy. My, czyli firma Energocenter. Prace trwały od maja 2009 do sierpnia 2010 roku.

 

Jak to wszystko wyglądało?

Zaczęliśmy od prac budowlanych. Pierwszy pojawił się budyneczek elektrowni, następnie wykonaliśmy fundament zbiornika wyrównawczego, ale największym przedsięwzięciem było położenie rurociągu. A to nie lada wyzwanie. Musieliśmy bardzo uważać, gdyż prace mogły doprowadzić do spuszczenia wody ze stawów położonych wyżej. „Dolina Czterech Stawów” - do dzisiaj pamiętam te nagłówki w gazetach...

 

Hiobowe wieści nie sprawdziły się...

Nie, ponieważ uszczelnialiśmy brzegi specjalną gliną, którą tam sprowadziliśmy. To była bardzo ciężka praca. Podobnie jak wykonanie wykopu i położenie rurociągu w skale. Dodatkowo byliśmy ograniczeni sezonem rozrodczym kozic. Tatrzański Park Narodowy wydał zgodę na prowadzenie prac tylko w ściśle określonym terminie, gdyż najcięższe elementy - w sumie ponad 100 ton - transportowano śmigłowcem, który mógł płoszyć zwierzęta. Nie sprzyjała nam też pogoda. Lato było deszczowe, a śnieg spadł już we wrześniu, więc prace zostały wstrzymane do następnego roku. Ale udało się i elektrownia ruszyła.

 

A jak to działa?

Zacznijmy od początku, gdy - teoretycznie - rury są puste. Agregat prądotwórczy, który znajduje się w schronisku, poprzez urządzenia UPS zasila sterowniki obsługujące elektrownię. Na ich sygnał włącza się pompa głębinowa w Wielkim Stawie, która wtłacza wodę do rurociągu lewarowego, prowadzącego do schroniska. Tam znajduję się "głowa lewara", czyli przegięcie rury od odcinka bardziej poziomego do zbiornika wyrównawczego, a stamtąd do odcinka bardziej pionowego, ciśnieniowego, który biegnie Żlebem Litworowym wprost do elektrowni. Tam turbina Peltona wytwarza prąd. Cały rurociąg ma 929 metrów, pobór wody jest niewielki bo - zgodnie z wymaganiami TPN - nie może przekroczyć jednej dziesiątej dopływu do Siklawy. Ale duży spad powoduje, że moc elektrowni wynosi 80 kW.

 

I do czego to wystarcza?

Do zasilenia oczyszczalni ścieków, ogrzewania schroniska, oświetlenia (obecnie ledowego) oraz odbiorów kuchennych. Część energii trafia też do strażnicówki TPN.

 

80 kW to nie za mało?

Nie, ale kolejna inwestycja planowana przez schronisko - montaż dwóch przekaźników telefonii komórkowej - będzie wymagała wsparcia fotowoltaiką.

 

Elektrownia działa niezawodnie?

Na początku odnotowaliśmy dwie poważne awarie spowodowane uderzeniem pioruna, ale nie powtórzyły się po instalacji dodatkowych zabezpieczeń. Teraz dłuższych przerw w dostawie prądu już nie ma.

 

Latem wody na turbinach nie brakuje? Zimą nie zamarza?

Nie, susze nie nawiedzają Tatr. A przed zamarzaniem chroni ciągły przepływ. Woda płynie nawet, gdy elektrownia stoi.

 

Zdarza się, że stoi?

Rzadko, podczas przerw technicznych, lub gdy - z powodu zbyt dużych odbiorów w schronisku - systemy zabezpieczające wyłączają elektrownię.

 

A co powoduje te zbyt duże pobory?

No cóż, czasem załoga zagapi się i włączy zbyt dużo urządzeń na raz...

 

Turyści też mogą się do tego przyczynić?

Nie, ponieważ w pokojach nie ma gniazdek. Turyści mogą korzystać z energii elektrycznej tylko w miejscach kontrolowanych przez personel schroniska, a ładując telefony, trudno przeciążyć sieć. Pomimo to goście potrafią zaskoczyć. W ubiegłym roku zostaliśmy wezwani do usunięcia awarii, której załoga schroniska nie mogła zlokalizować. Dla nas identyfikacja też okazała się trudna, chociaż powód był prozaiczny: ktoś stłukł szybkę wyłącznika przeciwpożarowego, co spowodowało zwolnienie przycisku i wyłączenie prądu w całym obiekcie.

 

Czy elektrownia jest rzeczywiście w pełni ekologiczna? Nie szpeci, nie hałasuje, wody nie zanieczyszcza, ryb nie wciąga?

Nie szpeci, bo jej prawie nie widać, a rurociąg jest dobrze ukryty. Hałas powoduje znikomy, wyraźniej słychać wodospad. Owszem, dość głośna jest pompa próżniowa, lecz ona pracuje w schronisku, w specjalnie wyciszonej izbie. Zanieczyszczeń też nie ma, bo woda nie ma kontaktu ze smarem. Łożyska są szczelne i muszą być szczelne, aby mogły pracować latami. A ryb nie wciąga, bo otwór wlotowy jest zabezpieczony. Środowisko wyłącznie na niej zyskuje. Przed uruchomieniem elektrowni schronisko spalało od 30 do 50 ton koksu rocznie. Rezygnacja z tego źródła energii zmniejszyła emisję dwutlenku węgla o blisko 200 ton, a pyłów o 3,5 tony rocznie.

 

Czy elektrownie wodne pracują też przy innych tatrzańskich schroniskach?

Tak, "mewkę" [małą elektrownię wodną - red.] uruchomiliśmy również w Dolinie Chochołowskiej, lecz jej moc jest mniejsza i tylko wspomaga prąd z sieci. Druga, nieczynna znajduje się obok Murowańca. Brakuje tam jednak wody, więc należałoby spiętrzyć potok, aby mogła działać. A w latach 60. funkcjonowała także poniżej Morskiego Oka.

 

Jest Pan zadowolony ze swojej konstrukcji? Czy dzisiaj coś by Pan w niej zmienił?

Jesteśmy - jako firma - zadowoleni. Na co dzień zajmujemy się bez porównania większymi pracami, lecz "mewka" w "Piątce" jest dla nas perełką. Darzymy ją szczególną sympatią.