Siedzę w wysokiej trawie i powoli podnoszę głowę w stronę nieba. Nade mną bezkres błękitu. Od linii horyzontu powoli wyodrębniam masyw Kazbeku, który tonie w białych obłokach. Czuję się jak w raju, choć wiem, że wokół mnie są same grobowce. Jestem w Dargavs, w mieście umarłych. Ponoć, kto tutaj dotrze, nie odchodzi stąd żywy.

 

Po przejechaniu autostopem przez Czeczenię i Inguszetię trafiamy do Osetii Północnej, zwanej przez rdzennych mieszkańców Alanią. Osetyjczycy, lubią tę nazwę, która nawiązuje do ich przodków, sarmackiego ludu pochodzenia indoirańskiego.

– Skąd jesteście? – pyta Artur napotkany „na wylotówce” z Władykaukazu.

– Z Polski – odpowiadam bez zawahania.

Szpakowaty mężczyzna, na oko w moim wieku, z zaskoczenia bierze moją rękę i całuje.

– Dziękuję, że jesteś w Osetii – potem pyta, dokąd zmierzam.

– Chcemy zobaczyć Dargavs – i nie ukrywam zdziwienia tym, co przed chwilą zaszło.

– Chodź, podwiozę was kilka kilometrów – i tak docieramy do wioski Gizel.