Z Mikołajem Sondejem rozmawia Paulina Grzesiok.

 

Uwielbiany przez internautów, młody, niepokorny, świetnie się wysławiający, robiący piękne zdjęcia, częsty gość programów śniadaniowych – kim jest Mikołaj Sondej?

Jestem marynarzem. Od zawsze ciągnęło mnie do podróżowania. Dlatego dawno temu wymyśliłem sobie, że aby zwiedzać świat, zostanę marynarzem. Moja wizja rozminęła się jednak z rzeczywistością, a może była zbyt romantyczna? 30, 40 lat temu faktycznie tak było. Statek przybijał do egzotycznego portu, załoga spędzała w portach Azji czy Ameryki Południowej miesiąc, poznając mieszkańców, obyczaje… Dziś to jest ekspresowa praca. Załadunek i wyładunek trwają kilka dni, nieraz nawet parę godzin. Załoga często nie opuszcza nawet statku. No i z tego bycia marynarzem stałem się podróżnikiem.

 

fot. archiwum prywatne Mikołaja Sondeja

 

Ukończyłeś Uniwersytet Morski w Gdyni. Czy wiążesz zatem swoją przyszłość z pływaniem?

Na morzu nie pływam już od ponad roku, ale nie ukrywam, że jeśli wrócę, to z chęcią na jakiś ciekawy statek badawczy. Swoją najbliższą przyszłość wiążę prędzej z pływaniem na zwykłych jachtach.

 

Nikt wcześniej w ten sposób nie przemierzał Sognefjorden

Samotnie przemierzyłeś na packrafcie Sognefjorden, czyli drugi najdłuższy fiord na świecie, liczący 280 km z pięcioma odnogami plus 80 km pieszo. Zostałeś nominowany w 16. edycji konkursu Travelery 2021 National Geographic Polska. Skąd ten pomysł?

Wpadłem na niego niechcący. Pierwotnie chciałem zrobić trawers całej Laponii. Trekking łączyć ze spływaniem rzek i jezior. Taki trzymiesięczny trip, który wymagałby ode mnie zdecydowanie więcej przygotowań, szeroko zakrojonej logistyki. Mógłbym się ostatecznie nie wyrobić w tym czasie, a w związku z tym nie wywiązać z moich zobowiązań na statku. Wcześniej nie miałem packrafta, ale dużo wiosłowałem. Stwierdziłem więc, że może zrobię jakąś wodną wyprawę – spłynę jakąś rzekę albo wybiorę się na morze na kajaku. Popatrzyłem na mapę i zwróciłem uwagę na fiordy, po czym w moje oczy wpadł właśnie Sognefjorden.

 

fot. archiwum prywatne Mikołaja Sondeja

 

Dlaczego właśnie on?

Po pierwsze, jest to drugi najdłuższy fiord na świecie, a po drugie - jest podobny do mojego nazwiska – Sogne/Sondej. I tak już miałem obrany cel, a potem dodałem do tego plan, by między odnogami fiordu poruszać się pieszo, przez góry, po czym w kolejnej odnodze znów wsiadać w packraft i płynąć dalej. Dzięki temu połączyłem w czasie jednej wyprawy wszystko to, co w Norwegii jest najpiękniejsze – fiordy, wodospady, góry, lodowce. Zapowiadała się wielka przygoda! O dziwo nie spotkałem w internecie żadnej relacji, by ktoś to zrobił - albo w ogóle przepłynął cały fiord, a to przecież wydaje się takie oczywiste, przepis na idealną przygodę w outdoorze! Kompletnie się nie spodziewałem, że to będzie jakiś wyczyn, tym bardziej na miarę National Geographic. Totalnie nie spodziewałem się też, że po tej wyprawie mój profil na instagramie zaistnieje na szerszą skalę. Byłem gotowy, że przez miesiąc będę pozbawiony kontaktu ze światem. Po czym wrócę i na trzy - wyruszę na statek.

 

Jaką packraft ma wyporność i co to za rodzaj jednostki pływającej?

Packraft to w skrócie taki dmuchany kajak i jest on wykonany z tych samych materiałów co pontony, więc jest bardzo wytrzymały. Co chyba najważniejsze to fakt, że możesz go zwinąć do stosunkowo małych rozmiarów i wrzucić do plecaka. Po spakowaniu jest wielkości namiotu. Mój model waży cztery kilogramy. Z wiosłami i kamizelką ratunkową łącznie siedem.

 

A bagaż który ze sobą miałeś? Ile kilogramów było na pokładzie?

Około 40 kg, nie wliczając w to wody. Miałem stosunkowo ciężkie jedzenie. Oczywiście zaopatrzyłem się w liofilizaty, miałem także wędkę. Na wagę bagażu wpływał także fakt, że miałem sporo sprzętu górskiego i campingowego. Planowałem również trekking – łącznie wyszło około 80 km. Zatem – 100 kg mojej osoby, bagaż 40 kg i około 20 litrów wody pitnej daje sumę 160 kg, które powoli sunęły po wodzie.

 

A co w przypadku wywrotki? Płynąłeś cały czas w kamizelce? Czy Twój bagaż w razie wylądowania za burtą unosiłby się na wodzie?

Packraft na szczęście jest bardziej stabilny niż kajak. Mój bagaż miałem zapakowany w worek wodoodporny, w którym dodatkowo zostawiłem dużo powietrza. Czy unosiłby się na wodzie? Ciężko mi powiedzieć, nie testowałem. Gdyby jednak zdarzyło się, że lądujemy za burtą, to najpierw ratowałbym siebie, a mój plecak spisał na straty.

 

Fiordy - czyli jakby wokół były same Kazalnice

Jak się płynie fiordem? To w końcu morze, woda nigdy się tu nie nagrzewa ze względu na niebotyczne głębiny sięgające ponad 1000 m.

Pacraft jest kilkukrotnie wolniejszy niż kajak morski. Na fiordzie szczególnie mocno czuć przypływy i odpływy. Często będziesz płynąć bardzo wolno, a nieraz woda Cię poniesie. Masz świadomość, że pod Tobą jest 1600 m głębokości, niemal siedem Pałaców Kultury i Nauki. To, że pływasz nad taką przestrzenią działa mocno na wyobraźnię. Na początku brzegi fiordu są bardzo strome. To pionowe skaliste ściany. Masz tę świadomość, że przez najbliższych parę kilometrów nie ma gdzie wyskoczyć, a jeśli już to twoja przygoda zakończy się deep water solo.

 

fot. archiwum prywatne Mikołaja Sondeja

 

Kiedy pływaliśmy jachtem Hi Ocean One po norweskich fiordach, Maciej Sokołowski tak skwitował stromizny ścian fiordu: “to jakby pływać po Czarnym Stawie w Tatrach i wkoło mieć same Kazalnice”.

Dokładnie tak. Mieszkałem rok na Lofotach, byłem tam przez rok drwalem. Często pływałem po tamtejszych fiordach i nie mogłem pogodzić się z tym, że Norwegowie mają tak u siebie pięknie. To jest nie fair.

 

Płynąłeś od lądu do morza?

Tak, płynąłem od “początku” fiordu do morza. Założyłem, iż rzeką zawsze płyniesz od jej źródeł do zbiornika. Myślałem, że z fiordem mogę zrobić tak samo. Ale nie wziąłem pod uwagę, że początkiem fiordu nie jest jednak ląd, tylko morze. I to fiord drąży ląd w głąb nie odwrotnie. Poza tym z moich doświadczeń woda częściej wchodzi do fiordu, niż z niego wychodzi. Tego się nauczyłem na tej wyprawie, więc na kolejnej będę już płynąć z falą.

 

Strach podczas podróży buduje i rozwija

Jak wyglądała logistyka tej wyprawy. Co stanowiło największy problem, czy też wyzwanie?

Zdecydowanie woda pitna. Trzeba zawsze pamiętać o uzupełnieniu jej zapasów. Niestety, tamto lato w Norwegii było bardzo suche i dużo wodospadów, czy rzek zaznaczonych na mapach w rzeczywistości nie istniało. Ciężko też było znaleźć płaski kawałek ziemi na namiot albo jakieś fajne miejsce na zawieszenie hamaku. Ale przyznam, że podobało mi się to, że wszystko od początku do końca musiałem zaplanować sam. Nie znam nikogo, kto przepłynął przez całą długość fiordu. Choć oczywiście ludzie pływają mniejsze dystanse, poruszają się po odnogach fiordu rekreacyjnie i sportowo.

 

Ile dni musiałeś odpuścić ze względu na pogodę, ponieważ morze było zbyt wzburzone?

Były dni, w których nie wchodziłem do wody, bo nie dało się płynąć pod falę, bo ta była zwyczajnie za duża. Dwa dni szedłem wybrzeżem wzdłuż fiordu, bo nie dało się płynąć. Nie zakładałem sobie konkretnego czasu. Nie szacowałem, ile zajmie mi ta eskapada, bo i po co? By być pod presją czasu, frustrować się, że jestem dwa dni w plecy? Jedyne powody, dla których musiałem zwalniać swoje tempo, to warunki morza. Były chwile, kiedy mimo iż cały czas wiosłowałem, cofało mnie.

 

Miałeś chwile, kiedy się bałeś?

Przypominam sobie teraz to wszystko i stwierdzam, że ta wyprawa dała mi niezwykle wiele emocji. Bałem się, ale to nie jest strach, który przytłacza. To raczej odczucie, które pozwala działać szybciej, skupić się, wytężyć wszystkie swoje zmysły. To dobry rodzaj strachu. Bardzo budujący i rozwijający. W większości wynikał on z tego, że na morzu są inne reguły niż w górach. Stąd nie zadzwonisz po pomoc. Kiedy jesteś w wodzie, w jednym momencie mogą cię przykryć fale. Nikt cię nie zauważy, nikt nie będzie wiedzieć, gdzie jesteś. W głównej mierze jesteśmy zdani na siebie

 

A jakie masz połączenie ze światem podczas Twoich wypraw?

Kiedyś napisałem w jakimś poście cytat, nie jestem pewien czy nie należy on do polarnika, “że przygoda zaczyna się wtedy, kiedy kończyły się plany”. Podpisuję się pod tym, przy czym dodam, że przygoda się zaczyna, gdy kończy się zasięg. Po wyprawie na Sognefiorden mam telefon satelitarny, który jest najlepszym rozwiązaniem w miejscach, gdzie nie ma zasięgu.

 

Moja przygoda zaczęła się od Indiany Jonesa

Kiedy zacząłeś podróżować? Czy ktoś miał wpływ na Twoją pasję?

Najwcześniej mogły na mnie wpływać filmy o Indianie Jonesie. Pewnie on stał się moją pierwszą inspiracją. A poza tym były to blogi podróżnicze, które czytywałem z wielką chęcią oraz liczne festiwale podróżnicze, na których bywałem. Poza tym byłem harcerzem, co niewątpliwie ukształtowało moje zamiłowanie do outdooru i przygody. Myślę, że ostatecznie wiele rzeczy zsumowało się na to, kim jestem teraz i co robię.

 

A pamiętasz swoją pierwszą – taką przełomową podróż? Taką, która przełamała pierwsze lody i stwierdziłeś, że to jest to?

Kiedy miałem 18 lat wyjechałem z moim kolegą z harcerstwa zimą za koło podbiegunowe, a dokładnie na norweskie wyspy Lofoty. Kupiliśmy najtańszy bilet lotniczy, jaki się dało. Spakowaliśmy się do plecaków z myślą o biwakach i podróży typu low cost. Nocą temperatura spadała do minus 10 stopni Celsjusza, niekiedy do minus 15. Mieliśmy lekkie śpiwory i niespecjalny namiot, wszystko było mokre. Na dodatek trwała noc polarna. Codziennie zatem marznęliśmy i byliśmy przemoczeni do suchej nitki. To wtedy stwierdziłem, że jak tylko się da, to właśnie w taki albo w bardziej „komfortowy” sposób, chcę spędzać jak najwięcej mojego czasu. Wkrótce zatem wszystkie pieniądze, które zarabiałem lub czas wolny, jaki miałem przeznaczałem na przygodę w outdoorze i podróże. Lofoty były zdecydowanie tą pierwszą podróżą, która pociągnęła ze sobą kolejne. Wtedy też na ponad miesiąc wyjechałem samotnie na Islandię, gdzie przez 33 dni spałem pod namiotem.

 

Mikołaj Sondej nie czuje się podróżnikiem

Wielokrotnie wspominałeś, że nie jesteś podróżnikiem, albo nie lubisz być tak nazywany. Mówisz, że jesteś adventur`em, czyli…? I gdzie ten adventure się zaczyna?

Przygoda tak naprawdę zaczyna się za drzwiami twojego domu. Ale dla mnie najważniejszy jest aspekt przyrody. Przygoda zaczyna się, kiedy jestem w naturze. Polska jest trochę płaska. W porównaniu ze Skandynawią niestety mało mamy dzikiej natury. Jako że mieszkam w Gdyni zawsze bliżej było mi na północ – promem, czy samolotem… Norwegia, Szwecja… dzika przyroda, góry, skały, wodospady, rzeki, morze, lodowce…To kusi mnie zdecydowanie bardziej niż jazda przez całą Polskę w nasze Tatry.

 

W Twoich podróżach ważniejszy jest aspekt wyczynu sportowego czy mierzenie się z naturalnymi trudnościami związanymi z przebywaniem w naturze i z dala od ludzi?

Nie jest dla mnie ważny aspekt sportowy. Jeśli to są jakieś wyzwania, wymagające ode mnie elementu sportowego, jak na przykład przepłynięcie na packrafcie Sognefjorden to super. Im bardziej się zmęczę, tym większą satysfakcję osiągnę z podróży. Jednak niezmiennie ważnym jest dla mnie sam pobyt w tych miejscach i obcowanie z przyrodą - najlepiej samemu. Bardzo lubię północ, bo tam jest dziko, surowo i pusto.

 

Na co dzień też jesteś typem samotnika?

Myślę, że jestem gdzieś pomiędzy.

 

Jak dobierasz cele podróży, bo śledząc Twoje poczynania, można odnieść wrażenie, że wyprawy w zimne zakątki globu równoważysz kolejnymi wyjazdami tym razem w ciepłe rejony.

Tak się raczej przypadkiem dzieje. Ale prawda jest taka, że sercem jestem gdzieś tam na północy, w Arktyce, w zimnie i śniegu. Poza tym nie lubię się ograniczać – dlaczego nie przepłynąć Amazonii? Dlaczego nie przejechać Afryki na rowerze? Świat stoi przed nami otworem. Jest tyle ciekawych miejsc i rzeczy do zrobienia.

 

Mikołaj Sondej

26 lat, z zawodu jest marynarzem. Na swoim koncie ma m.in. 33 dni pieszo i autostopem na Islandii, wyjazdy na koło podbiegunowe do Norwegii i Szwecji, trekking przez najzimniejsze miejsca Europy, zimową podróż autostopem na Kaukaz, przejazd przez Wietnam motorem oraz żeglugę wśród gór lodowych na Svalbardzie. Ostatnio przepłynął Sognefiordu, najdłuższy fiord Europy.