Pamiętacie może jeden z tych filmów katastroficznych, w którym głównie bohaterowie wsiadają w ostatniej chwili do prawie kołującego już samolotu, by po parunastu sekundach ledwo oderwać się od właśnie pękającego pasa startowego? 

 

Takie właśnie mam skojarzenie, jeżeli chodzi o tegoroczny Festiwal Górski w Lądku-Zdroju – zrobiliśmy go w ostatnim możliwym momencie – od poniedziałku pofestiwalowego skoczyły liczby zachorowań, Sanepid zaczął zamykać na kwarantannie organizatorów (z powodów niezwiązanych z festiwalem), a kolejny weekend obfitował w takie opady deszczu, że wzrosło zagrożenie powodziowe w całym regionie. Chwilę później ogłoszono stan wyjątkowy na Słowacji i w Czechach. W tym paskudnym roku lepszego terminu na to wydarzenie nie było.

Sam festiwal minął w cudownej, idyllicznej wręcz atmosferze, tym razem bez wielkiego pośpiechu – na delektowanie się kulturą górską wszyscy mieli aż 10 dni. 

Przygotowania już tak spokojne nie były – zespół co chwilę rwał sobie włosy z głowy wobec kolejnych moich pomysłów typu: robimy namiot, nie robimy, robimy mniejszy, robimy większy, jednak nie robimy, robimy pod gołym niebem, robimy zadaszenie i tak dalej – prawie każdy element infrastruktury festiwalowej musiał być wymyślony od nowa i nadążać za zmieniającymi się przepisami i jakimiś przebłyskami logiki, co rzadko dawało się połączyć. Jeżeli do tego przypomnimy sobie, jak często zmieniały się rozporządzenia i wytyczne – to nic dziwnego, że najczęstszą moją odpowiedzią na pytania od domagającego się konkretów zespołu było: „nie wiem, poczekajmy”. 

Goście zagraniczni też zdawali się hołdować tej maksymie, więc dowiedzieć się od nich, jak zamierzają przyjechać do Polski i czy w ogóle - graniczyło z cudem. Nie szło więc zarezerwować biletów, ustalić transferów, hotelom potwierdzić daty, zoptymalizować wszystkiego, bo ciągle to „nie wiem, poczekajmy”. 

Nawet wydawałoby się poważne urzędy, ministerstwa, już po wygranych konkursach grantowych, gdy w sposób niezwykle grzeczny i uniżony pytałem w czerwcu jak będziemy się rozliczać, czy będą jakieś zmiany i czy może podpiszemy jakąś umowę, to słyszałem niezmienne: „nie wiemy, proszę czekać”. 

Udało mi się nawet odbić piłeczkę w stosunku do jednego z grantodawców, który po tym jak już wreszcie ustalił, jak będzie wyglądać ich pogląd na dotowane imprezy, zaczął się dość natarczywie dopominać aktualizacji budżetu. A skąd ja mogę wiedzieć, jaki będę miał budżet, skoro goście zagraniczni mi nie potwierdzili czy w ogóle przyjadą, namiot nie wiem czy stać będzie, a do tego nie jestem w stanie przewidzieć wpływów z biletów? Udało mi się hasłem „nie wiem, poczekajmy” przeciągnąć sprawę do końca sierpnia, by w końcu podać jakieś dane z nadzieją, że może się nie zmienią. Poprawki zaakceptowano i nastała cisza. Teraz to ja jutro muszę zadzwonić do tegoż urzędu zapytać, kiedy będą wreszcie pieniądze na koncie i chyba wiem, jaką odpowiedź usłyszę…

Natomiast jedna mała, z pozoru niepozorna rzecz czekać absolutnie nie chciała. Już w czerwcu jedna z koordynatorek programowych wysłała do mnie i przy okazji trzech innych osób pytanie o tort. Takie okazjonalne ciasto ze świeczkami. Nie dawała się zbyć prostym „nie wiem jeszcze, poczekajmy”. Napierała. Ona potrzebowała wiedzieć. 

Ja nie wiedziałem, czy będziemy robić festiwal na żywo czy tylko on-line (po co wtedy tort?). Nie wiedziałem, czy punkt programu z tortem nie spadnie (patrz punkt goście zagraniczni i grantodawcy) a ona chciała wiedzieć, kto go pokroi i skąd weźmie nóż. Noż…

Koniec końców tort okazał się tematem, którym w szczytowym momencie zajmowało się chyba z 10 osób. Jedna zamawiała, jedna płaciła, jedna przywoziła, ze trzy przekładały na wózek, dwie wwoziły na scenę, jedna kroiła, przy czym pokrojenie tortu okazuje się być absolutnym „rocket science”. Wydawałoby się ogarnięte na co dzień menadżerki potrafią tylko podnieść ręce do góry i zakrzyknąć „ja nie kroję!”. Kolejne dwie osoby nakładały pokrojone w końcu przez kogoś kawałki na talerzyki, jednocześnie próbując nie dać się zadeptać przez najwyraźniej niejedzącą od tygodniu publiczność. Ufff, w sumie nie było tak źle. Ogarnięte. 

Dopiero po festiwalu (całe szczęście) dowiedziałem się, że tort był zjawiskiem wielowymiarowym i wręcz rzeczywistością równoległą. Otóż cierpiąca na brak wrażeń część zespołu postanowiła oprócz tortu właściwego zamówić tort - jakby to powiedzieć językiem matematyków – urojony. Kawał styropianu wyglądający jak tort, który po wwiezieniu na scenę spada ze specjalnie przygotowanego, uszkodzonego wózka i przy okrzykach publiczności ląduje na ziemi. A po chwili jednak już wjeżdża prawdziwy. Coś jednak poszło nie tak i na scenę wjechał tort prawdziwy ale na tym spreparowanym wózku przeznaczonym do wywrotki. Przytomnie ktoś to zauważył i nie doszło do skandalu, bo jednak potem - mając do dyspozycji tylko drugi tort ze styropianu - głupio byłoby odpowiadać na natarczywe pytania o termin degustacji tradycyjnym w tym roku „nie wiem, poczekajmy”.