Maciej, z górami jesteś związany niemal od zawsze. Powiedz jak się rozpoczęła Twoja przygoda, gdzie ma ona swój początek. 

Maciej Dombrowski: Pochodzę z Przemyśla. Zawsze byłem bardzo aktywnym dzieckiem. Uczestniczyłem we wszystkich możliwych zawodach szkolnych. A oprócz tego, po lekcjach, spędzaliśmy razem z kolegami dużo czasu na świeżym powietrzu. Między innymi bawiliśmy się w chowanego… Później, jak trochę podrośliśmy, przyszedł czas na rowery i zabawę w policjantów i złodziei. Nasze zabawy rozszerzały krąg, a ponieważ blisko mojego miejsca zamieszkania był też park przemyski to z czasem zaczęliśmy jeździć właśnie tam. Spodobała nam się jazda w terenie. Zobaczyliśmy też, że w Przemyślu organizowane są zawody w kolarstwie górskim. Wystartowałem w tych zawodach. To były moje pierwsze zawody w życiu i od razu udało mi się je wygrać. Euforia! Chciałem więcej. 

 


Od dziecięcej zabawy do profesjonalnej kariery?

W tamtym czasie, w Przemyślu, w ciągu roku organizowane były trzy tego typu zawody. Pojechałem na następne, które również wygrałem. Od tego momentu zacząłem jeździć na zawody coraz dalej od Przemyśla. Na początku było to głównie Podkarpacie. Z czasem były to już imprezy w całej Polsce. Potem były to już imprezy międzynarodowe.  

W tamtym czasie w Przemyślu nie było klubu kolarskiego, dlatego zacząłem jeździć w klubach w Małopolsce, następnie na Śląsku. Krok po kroku, przechodziłem drogę do profesjonalizmu. Później trafiłem do Kielc. Tutaj podpisałem pierwszy kontrakt zawodowy. Dalej robiłem to co lubiłem, tylko teraz de facto była to moja praca. Miałem wtedy 18 lat i byłem kolarzem zawodowym. 

 

Kiedy po raz pierwszy poczułeś, że Twoje życie będzie związane zawodowo ze sportem? 

Chyba właśnie wtedy. Gdy podpisałem pierwszy kontrakt. To się stało realne. Choć tak naprawdę, zawsze chciałem żeby moje życie było związane ze sportem. Już od dziecka nie wyobrażałem sobie innej drogi. Oczywiście, zanim do tego doszło, życie weryfikowało różne moje plany. Jednak ostatecznie, dopiąłem swego. Podpisałem pierwszy kontrakt. Wtedy już wiedziałem, że mogę na zawsze związać się ze sportem. 

 

Twoja obecna kariera zawodowa, różni się od tej, którą rozpocząłeś jako młody chłopak. Co się po drodze wydarzyło, że dziś jesteś biegaczem górskim a nie kolarzem górskim?

Trenowałem kolarstwo górskie od 11 do 23 roku życia. Czyli kategoria młodzieżowiec. Zwykle w tym momencie każdy zawodnik zadaje sobie pytanie – „Czy chcę to robić?”. Jeśli ma możliwości rozwoju, jazdy w grupie zawodowej, to z reguły kolarze kontynuują swoją karierę. A Ci którzy nie podpisali kontraktu, muszą szukać innej drogi. Tak było u mnie. Kontrakt, który mi zaproponowano nie był wystarczająco dobry. Stwierdziłem, że muszę coś zmienić. Wysłałem swoje kolarskie CV do wszystkich zawodowych grup z całej Europy. Otrzymałem odpowiedź z Holandii oraz z Norwegii. Wybrałem tę drugą ofertę, bo wyglądała bardzo obiecująco – grupa miała mi zapewnić starty w Pucharach Świata, które kwalifikowały do igrzysk w Londynie. 

W grudniu 2011 roku poleciałem do Oslo na spotkanie z managerem drużyny. W marcu następnego roku poleciałem już z drużyną na pierwszy obóz do Hiszpanii. Po powrocie z obozu, przeniosłem się na stałe do Norwegii i pierwszy sezon jeździłam w drużynie.

 

Pełen sukces?

Niestety. Nie wszystko było tak jak w kontrakcie. Po pierwszym sezonie zdecydowałam o zawieszeniu kariery. Nie udało mi się wziąć udziału w kwalifikacjach do Igrzysk. Stwierdziłem, że to czas brać się za normalną robotę. Zostawiłem kolarstwo, zacząłem szukać pracy. 

 

Trudno było podjąć tę decyzję?

Bardzo. Byłem zawiedziony, bo to był rok olimpijski. Miałem nadzieję, że uda mi się wziąć udział w Pucharach Świata. Oczywiście, nie było to pewne, że pojadę na Igrzyska Olimpijskie, ale miałem nadzieję spróbować, zawalczyć o swoją szansę. Zawiodłem się. Stwierdziłem, że to koniec. Pierwszy rok bez kolarstwa był trudny. Byłem zły. Tyle lat poświęciłem, a wszystko się zawaliło…

Wiedziałem, że muszę poszukać dla siebie nowej drogi. Tak trafiłem do pierwszej pracy. Trafiłem do hotelu. Ponieważ nie znałem języka norweskiego, jedyne co mnie czekało to zmywak. 

 

Zderzenie z rzeczywistością?

Nie było łatwo, ale pomalutku, starałem się dać z siebie wszystko. Później awansowałem na pomocnika szefa śniadań. Następnie zostałem szefem śniadań. I tak krok po kroku, przesuwałem się po drabince. 

To nie jest tak, że tak kuchnia przyszła mi znikąd. Już jako kolarz lubiłem gotować. Spędzaliśmy dużo czasu na obozach w Hiszpanii czy we Włoszech. Bardzo lubię tamtejsze kuchnie. Po powrocie do domu zawsze starałem się odwzorować dania, które miałem okazję próbować w tamtejszych restauracjach. 

Początkowo, jak trafiłem do kuchni byłem bardzo podekscytowany. Oczywiście, szybko sprowadzili mnie na ziemię, bo praca w gastronomii jest bardzo ciężka. Niekiedy praca po 12 czy 14 godzin. Plus jest taki, że praca ta uczy wytrwałości i zdecydowanie kształtuje charakter. Myślę, że 7 lat pracy w kuchni „zrobiło głowę” zawodnika, biegacza górskiego, którym teraz jestem. Teraz, żadne ultra nie jest mi straszne. 

 

Porzuciłeś zawodowy sport dla kariery w gastronomii. Poczym porzuciłeś karierę szefa kuchni, dla zawodowego sportu. Jak to jest zaczynać życie na nowo? To trudne?

Dla mnie nie. Uważam, że każdy ma szansę zmienić wszystko w życiu. Nie trzeba się bać takich zmian. Warto spróbować. To często nic nie kosztuje, a życie może się totalnie zmienić. 

W czasie gdy pracowałem w kuchni, zacząłem startować w biegach górskich. Początkowo latałem do Polski na zawody. W którymś momencie, po prostu zdecydowałem, że chce żeby tak wyglądało moje życie. Robiłem wszystko, aby tak się stało. 

Zacząłem szkolić się jako trener. Trafiłem na wspaniałego człowieka, mojego trenera - Inaki de la Parra, który pomógł mi pokierować tą drogą. Wprowadził mnie do zawodu, który obecnie wykonuję, czyli trenowania innych ludzi. 

Warto próbować, warto czasami zaryzykować by móc robić to w życiu o czym marzymy. 

 

Dlaczego ultra? Czy po tak wyboistej ścieżce kariery tylko ten sport mógł przynieść Ci wystarczającą dawkę emocji i satysfakcji? 

Ultra, dla mnie, to przede wszystkim natura. Jesteśmy cały czas w górach. Wspaniale jest obserwować wschody słońca np. podczas biegu w Szczawnicy, czy w okolicach Krynicy – wchód i widok Tatr – to jest coś niepowtarzalnego! Nawet jeśli walczymy o najwyższe lokaty to mamy czas żeby oglądać góry. Nawet jeśli nie kończysz zawodów, z różnych powodów, to zapisujesz w głowie te krajobrazy. 

Z drugiej strony, biegi ultra to ludzie. Ludzie z pasją, którzy jak ja kochają naturę. Uwielbiam z nimi spędzać czas. Oprócz zawodów, podczas których jesteśmy rywalami, to po zawodach siadamy, rozmawiamy… I odliczamy czas do następnych zawodów by móc się znowu spotkać. 

 

Jakie cechy charakteru trzeba mieć, aby być dobrym zawodnikiem ultra?

W ultra najważniejsza jest głowa. Nie można stanąć na starcie 120 km biegu i mieć wątpliwości. Trzeba być pewnym siebie. Jestem tu i dobiegnę do mety. Nawet najmniejsza wątpliwość spowoduje, że albo się wycofamy z zawodów, albo przeżyjemy na trasie jakiś kryzys. Wytrzymałość, cierpliwość i pozytywne myślenie. Cieszyć się tym, że mamy znów szansę być w górach. 

 

A niedokończenie biegu boli?

Bardzo. Zawsze przeżywałem nieukończone starty jako kolarz górski. Nie zdarzało mi się to często. Z reguły ze względu na uszkodzenie roweru, lub niedyspozycje zdrowotne. I teraz, w biegach górskich tak samo to przeżywam. Nie mniej, nauczyłem się odpuszczać. Przyszło to chyba wraz z doświadczeniem. Jeśli na trasie mam problemy żołądkowe i wiem, że przebiegnięcie kolejnych 50 km będzie katorgą, to wiem, że jedyną słuszną opcją jest zejść z trasy. I wrócić silniejszym. 

 

Czy to co czyni dobrego zawodnika, czyni też dobrego trenera?

Chyba tak ☺ Trener na pewno musi być cierpliwy (śmiech). Do tego pasja do tego co robi i ciągła chęć rozwoju. 

 

Która z tych ról jest dla Ciebie trudniejsza?

Żadna z nich nie jest trudna. Lubię jedno i drugie. Nie traktuję tego co robię za pracę. Sukcesy moich zawodników cieszą mnie tak samo jak moje własne. 

 

Można mieć życie poza ultra? Masz jeszcze przestrzeń na to, aby oderwać się całkowicie od tego świata, sportu?

Można. Dla mnie taką odskocznią jest kuchnia. Zostało mi to po Norwegii, gdzie ostatecznie prowadziłem restaurację jako szef kuchni. Uwielbiam gotować dla bliskich. To jest mój reset. Lubię puścić sobie jakąś fajną salsę, muzyka gra w kuchni i ja szaleje!

 

Powiedziałeś, że jako dziecko marzyłeś o karierze sportowca. To osiągnąłeś. O czym marzysz teraz?

Teraz chciałbym, żeby moje życie wyglądało tak fajnie jak wygląda. Zdrowie, możliwość podróżowania, stary w pięknych imprezach. Dziś to dla mnie jest najważniejsze. Abyśmy mogli robić to co robimy. Czyli uprawiać sport.