Z Olą rozmawiamy zaraz po jej powrocie ze wspinaczkowego tripu na Sardynii. Ja jestem na Jurze, w sercu polskiego wspinania – Podlesicach, Ola natomiast chłodzi ręce i stopy woreczkami z lodem po uporaniu się z 195-metrową drogą Unchìnos (8b – VI.6) i 230-metrową Amico Fragile (8b – VI.6) na Sardynii. Rozmawiam z dziewczyną, która znalazła swoje miejsce i swój czas. 

 

Gdzie mieszka jedna z najlepiej wspinających się Polek?

Od dwóch lat mieszkam we Włoszech. W małej miejscowości nieopodal Asti, 45 minut drogi od Turynu. Jej nazwa to Tonco. Jeden sklep spożywczy, dwa kościoły i wkoło pola uprawne. Generalnie ja Polka i mój partner życiowy Kanadyjczyk robimy furorę w tym małym miasteczku, wśród lokalnej niezbyt licznej społeczności. Nikt nie wie, po co tu przyjechaliśmy i co tu robimy.

A skały?

Paradoksalnie nie ma ich w bezpośrednim sąsiedztwie. Mieszkam we Włoszech, by być bliżej tutejszych rejonów wspinaczkowych, a nie spędzać kilkanaście godzin w podróży autem. I tak na wyciągnięcie ręki, godzinę jazdy samochodem mam włoską Albengę, a po dwóch godzinach podróży jestem we Francji. Zaledwie cztery godziny dzielą mnie od kanionu Verdon, a cztery i pół, gdy docisnę gaz do dechy, od Ratikonu w Szwajcarii. Za oknem nie mam widoku na skały, więc na co dzień się nim nie nudzę. 

Brak skał na wyciągnięcie ręki to jest element motywacji?

Jeśli chodzi o motywację w sporcie profesjonalnym, to jest jeden bardzo ważny pierwiastek - tak w karierze wspinacza, jak i każdego sportowca. Kluczem jest niezmienna radość z osiągania coraz lepszego poziomu. Bez względu na to, czy wspinanie masz we krwi, czy musisz mocniej przyłożyć się do treningu. Jestem patologicznie zakochana we wspinaniu. Jestem jak ten przysłowiowy koń wyścigowy. Wypuszczona na tor – lecę. Albo jak ten osiołek z marchewką – bezustannie gonię za nią już od 20 lat.