Koniec roku, święta, podniosły nastrój, wszystko to nastraja do przemyśleń i refleksji - generalnie do myślenia. Ja do tego procesu włączyłem dwa filmy, według mnie dla tego wszystkiego, co się dzieje w górach, znamienne. Pierwszy to „Everything is Possible”, film-kronika sześciomiesięcznych zmagań Nepalczyka Nirmala Nimsa Purji z 14 ośmiotysięcznikami zakończona spektakularnym sukcesem. Drugi film to obraz „Alpinist” przedstawiający życie kanadyjskiego wspinacza Marca Andre Leclerca. Niby oba filmy są o tym samym, czyli o górach i ludziach, ale tak naprawdę są diametralnie różne.

 

Driving force

Pierwszy z nich to historia komandosa Nimsa, realizującego w ekspresowym tempie projekt „All Fourteen”, czyli zdobycia wszystkich ośmiotysięczników drogami normalnymi, czyli pierwszych zdobywców. Nie będę się rozwodził nad dalece ponadnormatywną wydolnością Nimsa i jego przepotężną determinacją, by cel swój osiągnąć. Siła jego charakteru, upór, wiara w słuszność tego co robi, budzi ogromny podziw i szacunek. Nie bez kozery, tacy wielcy gór, jak Reinhold Messner czy Conrad Anker chylą głowy przed tym, co zrobił Nims. Ja też oczywiście chylę czoło, ale nie o peanach nad Nimsem chciałbym dalej, ale o czymś, co nazywamy „driving force” (siła napędowa).

 

Kiedy zastanawiam się, dlaczego takim ludziom jak Reinhold Messner, Jurek Kukuczka czy Erhard Loretan się udało, to najprostsza odpowiedź brzmi: bo mieli ogromną determinację, poczucie, że robią coś historycznego, pisząc historię światowego alpinizmu. Czy następni mieli takie poczucie? Myślę, że nie. Następni robili to wyłącznie dla siebie, dla spełnienia swoich marzeń. Kiedyś zapytałem Juanito Oiarzabala, po co zrobił to „All Fourteen” i odpowiedział szczerze - jak sądzę - że góry to cały jego świat i nic innego nie umie robić, dlatego też całe życie spędził w górach. Jego determinacja wynikała ze stylu życia, jaki dawały góry. I zobaczcie, jak silna ona była, skoro spędził w najwyższych górach ponad 50 proc. życia, a straty jakie poniósł (utrata palców u rąk i nóg) większość z Was uzna za nieakceptowalne.

 

Dwa typy determinacji

Wszyscy wiemy, że są dwa typy determinacji: pokorna i neurotyczna. Którą ma kto, tego nie wiem. Może u każdego jest mieszanka obu, a być może jest tak, że to - kto ma jaką determinację - jest określone przez stosunek do porażek. Umiesz przegrywać - jesteś pokorny, nie umiesz - neurotyczny. I tu pojawia się Nims. Jego determinacja, żeby znaleźć się w panteonie światowego himalaizmu była ogromna. Właściwie postawił wszystko na jedną kartę. Zastawił dom, porzucił świetnie płatne zajęcie. Cel osiągnął, ale czy wszedł do panteonu? Nie wiem… Bo to co zrobił, nie ma nic wspólnego z tym, z czym zmierzyli się Messner, Kukuczka czy Loretan.

 

Ale czy musi mieć? Czasy wielkich kolekcjonerów alpinistów skończyły się bezpowrotnie. Podnóża gór ośmiotysięcznych od strony dróg normalnych zmieniły się równie bezpowrotnie. Są tam inni ludzie i obyczaje, inne ambicje i oczekiwania. Karty rozdają ekonomia himalajska i emancypacja Szerpów. Realia wypraw komercyjnych są takie, że liczy się supremacja usług o charakterze alpinistycznym. Trzeba przygotować takie ułatwienia, by każdy uczestnik mógł wejść na ośmiotysięcznik. To zatem czas wielki dla Szerpów, którzy po latach bycia w cieniu alpinistów teraz zostali frontmenami.

 

Rzemiosło o nazwie „Sherpa Fixing Team” (SFT) stało się największym i dominującym instrumentem służącym do osiągnięcia szczytu. Dla przeciętnego zjadacza chleba na wyprawach komercyjnych cały sekret sukcesu sprowadza się do sprawnego SFT i pozycji „personal Sherpa”. To inna rzeczywistość niż ta, którą widzieli Messner i jego koledzy. I to właśnie ta teraz obowiązuje i nic tego nie zmieni. W tej rzeczywistości Nims zobaczył szanse na sukces swojego projektu. I miał w 100 proc. rację. Chyląc czoła, jeszcze raz przed Nimsem, ale widzę takie oto niebezpieczeństwo. Moim zdaniem teraz zacznie się wyścig Szerpów, kto poprawi wynik Nimsa. Bo każdy wynik jest do poprawienia i każdy właściciel rekordu musi mieć tego świadomość. Przerabialiśmy to także w stricte alpinistycznym świecie, jak choćby na Eigerze czy El Capitanie. Ale to już jest zupełnie inna historia, jak mawiał Kipling.

 

Bawił się tym, co robił

Teraz zatem o drugim filmie, a właściwie o jego bohaterze. Najlepiej charakter Marca Andre oddaje inny wielki solista, czyli Alex Honnold, który powiedział: - „Kim do diabła jest ten Leclerc?”. I to jest chyba najlepszy znacznik Marca. Typowy dirtbag o genialnych umiejętnościach. Przy jego stylu życia, Honnold jest właściwie mieszczuchem.

 

Marc Andre był człowiekiem o takiej osobowości, że lubiło się go od pierwszego spojrzenia. Całkowicie oddany wspinaniu, jak cytat z utworu Janis Joplin czyli „Burried alive in climbing” („Pochowany żywcem podczas wspinaczki”). Jak się patrzy na to, co on robił w górach, to od samego patrzenia robi się gorąco - nawet w Arktyce. Mamy po prostu wrażenie, że Marc odnajduje radość ze wszystkiego, co ryzykowne i niebezpieczne. Trudno się patrzy na takie akrobacje kilkaset metrów nad ziemią. To jest gra bez marginesu błędu. I zaraz pojawia się pytanie o sens tego typu przedsięwzięć. Czy warto? No cóż, nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Bo jak się powie, że warto, to stawia się w wątpliwość sens życia. A jak się powie, że nie warto, wątpliwe jest posiadanie wyzwań. Gdzie jest zatem jądro tego dylematu?

 

Ano chyba w tym, co robią ludzie. Bo to oni odpowiadają czynami na pytanie o sens, robiąc rzeczy coraz trudniejsze, przesuwając granice, niszcząc bariery. I nierzadko płacą za to najwyższą cenę. Jak Marc Andre. I gdybym chciał podciągnąć którąkolwiek z determinacji pod to, co robił Marc Andre, to miałbym kłopot. Bo on nie walił głową w problem, gdy go nie mógł „ugryźć”. On nie modlił się do problemu, żeby go „puścił”. Bawił się tym, co robił. A jak nie wychodziło, to szedł do następnego problemu. Zadziwiający dude [koleś].

 

Każdy z moich bohaterów jest na swój sposób wspaniały. Każdy jest ucieleśnieniem tego, do czego, my ludzie, dążymy. Ale dla mnie wspólnym mianownikiem obu jest ich stosunek do gór. Mają je w sercu i to widać. I to chyba wystarczy, bo nikogo z tych, którzy te obrazy oglądali, nie podejrzewam, że chciałby powtarzać wyczyny Nimsa i Marca Andre. Ale samą atencję do gór - już tak.

 

Edukacja jest najważniejsza

Na koniec chciałbym krótko o tym, co w górach jest najgorsze. Czyli o wypadkach. Ostatnio za sprawą naprawdę złych warunków i jeszcze czegoś, czego nie potrafię opisać, mamy wysyp górskich dramatów. Każdy wypadek w górach niesie, a w zasadzie powinien nieść, jakieś przesłanie albo naukę. Dla mnie tym wspólnym mianownikiem jest słowo „umiejętności”. Innym jest „zdrowy rozsądek” albo „roztropność”. A na drugim biegunie są określenia: „ułańska fantazja”, „i ch.j, że nie umiem” czy „ja nie wejdę?!”.

 

A przecież od lat wszyscy święci od bezpieczeństwa w górach powtarzają jak mantrę: uczyć się, uczyć i jeszcze raz uczyć. Raki, czekan, kask i uprząż nie robią z Ciebie wspinacza. Czynią to umiejętności nabywane przez praktykę. I trochę diabli biorą, bo są przecież kursy turystyki górskiej zimowej albo akademie bezpieczeństwa lub kursy lawinowe czyli wszystko to, czego się trzeba nauczyć. Są, uczą, a i tak jak jest wypadek, to się okazuje, że delikwent nie był absolwentem żadnej z tych inicjatyw. Więc może trzeba jeszcze raz głośno powiedzieć: „EDUKACJA GÓRSKA JEST NAJWAŻNIEJSZA”. Ojoj, zabrzmiało jak partia polityczna. O fuj…