Z Michałem Królem, wspinaczem i przewodnikiem wysokogórskim, rozmawia Paulina Grzesiok.

 

Na przełomie lutego i marca Michał Król, Janusz Gołąb oraz Maciej Kimel działali na Trango Nameless Tower. To strzelające w niebo granitowe iglice znajdujące się w Karakorum, przy odnodze lodowca Baltoro. Można je podziwiać podczas trekkingu do baz u podnóża najwyższych szczytów Karakorum: K2, Gaszerbrumów oraz Broad Peaków. O wyprawie, wizji współczesnego himalaizmu oraz blaskach i cieniach górskiego przewodnictwa rozmawiam z Michałem Królem.

 

Na Trango Nameless Tower w Karakorum pokonały nas warunki

Na przełomie lutego i marca w ramach programu Polski Himalaizm Sportowy ruszyliście na Trango Nameless Tower (6286 m n.p.m.). Celem było pierwsze klasyczne zimowe przejście British Route (VI 5.10 A2, 1100 m). Co to oznacza?

Chcieliśmy przejść drogę stylem drytoolowym, czyli przy użyciu własnych sił, ale korzystając z raków i czekanów. Można by to porównać do wspinania letniego w górach czy skałkach, gdzie używamy tylko siły naszych rąk i nóg. Niestety, nasze plany zweryfikowaliśmy podczas wspinaczki. Warunki panujące w ścianie – krótkie okna pogodowe, zalegający śnieg, lawiny pyłowe – okazały się zbyt wymagające, by „przehaczać” dany odcinek, a następnie go uklasyczniać. W trakcie wspinania postanowiliśmy odsunąć na dalszy plan styl wspinania i pokonywać dalej ścianę jak puszcza. Trochę zatem będziemy się wspinać klasycznie, trochę „podhaczać”, trzymając się friendów czy założonych haków.

 

Michał Król, wspinacz i przewodnik wysokogórski,
fot. archiwum prywatne Michała Króla

 

Jakie były nastroje w zespole podczas akcji?

Każdy z nas wiedział i czuł, że jesteśmy w stanie to zrobić. Mamy odpowiednie doświadczenie, wiedzę i umiejętności. Kiedy byliśmy na biwaku na półce, robiliśmy kolejne wyciągi do góry. Wierzyliśmy, że szczyt jest w naszym zasięgu. Wstawaliśmy codziennie o 6 rano, i gotowaliśmy, a dwie godziny później wychodziliśmy z portala na poręczówki. Działaliśmy, do kiedy pogoda się nie załamywała, albo nie schodziły na nas lawiny pyłowe, uniemożliwiając skutecznie jakąkolwiek działalność. Niestety, ale pokonały nas warunki, na które nie mieliśmy wpływu.

 

W którym miejscu na ścianie i na jakim etapie wspinaczki podjęliście decyzję o wycofie?

Zrobiliśmy troszkę ponad połowę ściany. Od miejsca, z którego wycofaliśmy się, zaczęło się bardzo fajne wspinanie w dobrej jakości skale. Techniczne trudności okazały się podobne jak te, które pokonywaliśmy podczas dotychczasowej wspinaczki. Właściwie podczas ostatnich dni wspinania skała w końcu zaczęła się robić lita, a przez to bezpieczna. Łatwiej było założyć asekurację, zbudować stanowisko. Mniej było śniegu i grzebania się w nim. Czuliśmy w końcu przyjemną, suchą skałę. Mieliśmy nawet plan przenieść troszkę wyżej nasz portaledge. W ostatnim dniu, po podjęciu decyzji o odwrocie, rozwieszone ponad naszym biwakiem poręczówki ściągali Janusz i Maciek. Ja pakowałem nasz biwak z racji odmrożonego palca u ręki. Zaczęliśmy zjazdy nową linią i ostatecznie w base campie stawiliśmy się tego samego dnia późno w nocy.

 

Jakich warunków w ścianie i ilu dni potrzebowalibyście, by dopiąć swego?

Po drodze musieliśmy dużo odśnieżać, poruszaliśmy się zatem bardzo powoli. Niestety, pogoda do wspinania w ciągu dnia trwała zaledwie parę godzin, następnie przychodziły opady. Okno pogodowe było zatem krótkie i pozwalało nam maksymalnie pokonać parę wyciągów. Zabrakło nam czterech, maksymalnie pięciu dni, by dokończyć tę drogę - oczywiście w sprzyjających warunkach pogodowych. Decyzję o wycofie podjęliśmy na podstawie napływających prognoz. Nadchodzące śnieżne dni uniemożliwiały nam wspinaczkę, zwiększały także gwałtownie ryzyko lawin – tych pyłowych w ścianie, jak i tych klasycznych na zejściu u jej podstawy. Uważam, że nasza decyzja o wycofaniu się z miejsca, gdzie akurat byliśmy – wygodnej półki skalnej – była słuszna i odpowiedzialna.

 

Jedna wyprawa w Karakorum połączyła trzy pokolenia

Pojechaliście w mocnym zespole, reprezentując niemalże trzy pokolenia wspinaczy: 20-, 40- i 50-latków. Ciekawe połączenie. Co każdy z Was wniósł do zespołu?

Maciek Kimel jest najmłodszym z nas. Ma ciąg na wspinanie, rwie się do tego, ale potrafi też odpuścić w skrajnych sytuacjach, co jest bardzo ważną cechą. Cel nie zaślepia go tak bardzo, by nie widzieć występującego po drodze ryzyka. Była między nami pełna zgodność w momencie podjęcia decyzji o wycofie, mimo iż wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie pokonać tę ścianę, gdyby tylko warunki nam sprzyjały. Maciek ma 23 lata. Kiedy ja byłem w jego wieku, pojechałem pierwszy raz na wyprawę do Indii i myślę, że moje podejście do wspinania było bardziej porywcze. Maciek oczywiście chce cisnąć, ma drive na wspinanie, jest inteligentny i towarzyski. Bardzo dużo się wspina i mam nadzieję, że niejednokrotnie zwiążemy się jeszcze liną. Jeśli natomiast chodzi o Janka, to jest ogromnym autorytetem. Ma wielkie osiągnięcia wspinaczkowe na swoim koncie – zarówno te himalajskie, jeśli chodzi o 8000 metrów, jak i wielkościanowe, alpinistyczne. Dokonał w górach wielkich rzeczy, które do dzisiaj są bardzo mocnymi przejściami i ponadczasowymi wyczynami. Zresztą kiedy tylko pomyślałem o wyjeździe na Trango, zaproszenie Janusza na tę wyprawę przyszło mi do głowy automatycznie.

 

W jakim typie wspinania się specjalizujecie?

Każdy z nas dołożył do tego zespołu coś swojego. Mimo różnicy wieku, przechodzącej nawet w pokolenia, uzupełnialiśmy się. Janusz Gołąb jest wspinaczem uniwersalnym. Miał z nas największy dorobek wspinaczkowy, a co za tym idzie doświadczenie związane z logistyką w ścianie, planowaniem i poruszaniem się. Maciek Kimel, najmłodszy z najkrótszym stażem w górach wysokich – nie ujmując absolutnie jego technicznym umiejętnościom – robi bardzo trudne rzeczy w górach zarówno latem i zimą.

 

O Tobie natomiast można przeczytać, że robisz trudniejsze drogi we wspinaczce lodowej i mikstowej niż klasycznej. Czy zimowe warunki to Twój konik?

We wspinaniu klasycznym w lecie, gdzie używa się siły nóg i rąk, trzeba mieć nie tylko mocnego bicepsa, ale również palce. Robię drogi w skałach, ale pewnej skali nie przeskoczę. Nie będę nigdy wspinaczem skałkowym, który cały rok pracuje nad cyfrą, a swoje życie podporządkowuje treningowi na panelu i na skałach. Nigdy nie będę wspinaczem sportowym, bo nie mam na to czasu, a niestety, by przeskoczyć pewien pułap, trzeba włożyć w to mnóstwo pracy. Z drytollem czuję się lepiej, robię trudniejsze drogi. Dlatego zimowe wspinanie drytoolowe czuję bardziej niż to letnie. Co nie zmienia faktu, że lubię jedno i drugie.

 

Jakie są obecne wyzwania himalaizmu. Czy Polacy wiodą prym w wyznaczaniu kierunku działań w górach najwyższych?

Obecnie można zauważyć zwiększone zainteresowanie szczytami niższymi, jednak dającymi pewne wyzwania. W Karakorum i Himalajach jest mnóstwo celów wspinaczkowych na szczytach niższych niż 8000 m n.p.m. Środowisko wspinaczkowe śledzi poczynania Polaków – najpierw rejon Shimshal w Karakorum, następnie udana wyprawa Marcina Tomaszewskiego i Damiana Bieleckiego (Uli Biaho Gallery) i nasza próba na Trango Nameless Tower. Jestem przekonany, że inni wspinacze również coraz śmielej zaczną myśleć nad swoimi letnimi, czy to zimowymi celami. Co więcej, należy pamiętać, że to nie jest K2 zimą, gdzie na wyprawę należy poświęcić trzy miesiące z życia.

 

W Alpach czy Andach coraz chętniej idziemy z przewodnikiem

Z górami związałeś się również zawodowo. Jesteś międzynarodowym przewodnikiem wysokogórskim IVBV. W których rejonach spędzasz najwięcej czasu ze swoimi klientami?

Najbardziej intensywny czas przewodnicki spędzam w Alpach, Dolomitach oraz nad Gardą. Próbuję sobie urozmaicić moją pracę, nie siedząc w jednym miejscu, tylko zmieniając rejony oraz cele. Oczywiście nadal spore jest zainteresowanie na alpejskie, śnieżne szczyty w tym Mont Blanc. Jednak coraz więcej osób chce również powspinać się w alpejskiej skale, poznać nowe rejony.

 

Rozumiem, że proponujesz nowe cele górskie swoim klientom?

Czasami jest tak, że troszkę im w tym pomagam. Zwłaszcza, gdy zasmakowali już wędrówek i wspinaczki w naszych górach i chcą zrobić coś więcej. Podsyłam im pomysły. Na początek może piękne wspinanie w Dolomitach, czy nawet jakiś alpejski szczyt, ale niekoniecznie ten czterotysięczny. Jest oczywiście też grupa osób, która doskonale wie, co chce zrobić. Przychodzą z konkretnym terminem i celem, pytając o możliwość wyjazdu.

 

Czy korzystanie z przewodnictwa staje się w Polsce coraz mocniejszym trendem? Czy nadal stawiamy na naszą ułańską fantazję i wiedzeni opisami na forach, szturmujemy górskie cele sami?

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z przewodnictwem kilkanaście lat temu, widać było, że zdecydowanie więcej osób niż dziś, pewne rzeczy w górach próbuje robić na własną rękę. Chodzili w bardzo licznych grupach, stwarzając dla siebie samych zagrożenie, np. zwiększając prawdopodobieństwo zrzucenia sobie na głowę kamienia. Aktualnie nawet jak idą na niektóre szczyty, nie korzystając z usługi przewodnickiej, to widać że te grupy są mniej liczne. Ale coraz częściej i powszechniej ludzie korzystają z usług przewodnickich. Nie tylko pod kątem Tatr czy Alp, ale także dalszych wypraw jak Ameryka Południowa, Północna czy Himalaje. Widać, że ludzie są też bardziej świadomi niebezpieczeństw. Pomagają nam również przepisy ustalone z góry przez Federację IVBV. Na Matterhorn możemy wchodzić z jednym klientem, na Mont Blanc z maksymalnie dwoma. Myślę, że sporo wypadków w tym masywie skłania ludzi do wejścia z przewodnikiem. Niestety, ze względu na kurczące się lodowce i brak świeżego opadu, odkrywają się szczeliny. Są one śmiertelnym niebezpieczeństwem dla osób, które nie umieją się poruszać w terenie lodowcowym. Mniej lodu to również słabsze związanie luźnych skał, a co za tym idzie groźba kamiennych lawin.

 

Najważniejsze jest w górach bezpieczeństwo

Ale wynajęcie przewodnika nie daje gwarancji zdobycia szczytu, ani bezpieczeństwa...

Ale zdecydowanie je zwiększa. Zdarza się, że włodarze Chamonix “zamykają” Mont Blanc i kilka razy zdarzyło mi się, że przyjeżdżają umówieni klienci i musimy zmieniać plany. I mimo iż Blanc nie jest trudny, to jest szalenie niebezpieczny. Pracuję w Alpach, ale nie przykuwam się do nich na cały sezon. Jest tu coraz bardziej krucho, są liczne obrywy. A przecież liczy się ostatecznie bezpieczeństwo nas wszystkich.

 

Czujesz na sobie presję ze strony klientów, że “zapłacony szczyt musi być zrobiony”?

Na szczęście nigdy nie miałem takiej sytuacji. Zawsze podkreślam, że góry to nie jest sala gimnastyczna czy siłownia, gdzie jesteśmy pod dachem, włączymy sobie światło i trenujemy. Nic się nie wydarzy, nie przyjdzie burza, załamanie pogody, itp. Nie pamiętam sytuacji, bym pojechał na jakąś wyprawę alpejską i nie znał moich klientów. Zawsze staram się tych ludzi zaprosić zimą i latem w Tatry, żeby potrenować, nauczyć chodzić w rakach, wbijać czekan.

 

Co osobiście uważasz za swój najważniejszy wyczyn górski?

Jeszcze 15 lat temu wydawało mi się, że zrobiłem w górach dużo rzeczy. Teraz mogę powiedzieć, że nie czuję się, ani spełniony, ani zrealizowany. Nie zrobiłem nic, z czego byłbym szczególnie dumny. Pewnie Trango zimą byłoby takim wow... Ale potem – jak to w życiu każdego wspinacza – przyszedłby kolejny cel. Wszystkie moje dotychczasowe ściany to piękne przeżycia i super przygody. Ale nic wybitnego nie przychodzi mi do głowy. Może ewentualnie moja pierwsza wyprawa, kiedy miałem 23 lata i pojechałem pierwszy raz w Himalaje. Nie było żadnych ekstremów, zdobyliśmy dziewiczy szczyt. To był 2005 rok, czułem się wtedy z siebie dumny.

 

Ale źle się z tym czujesz?

Absolutnie. Przede wszystkim jestem w takim miejscu w życiu, że nie muszę nikomu nic udowadniać. No, może mojemu synowi – że jestem dobrym ojcem. Jeśli chodzi o góry, to jest tylko dodatek do naszego życia tutaj.

 

Michał Król

40 lat, Wspinacz skałkowy oraz górski, międzynarodowy przewodnik wysokogórski IVBV/UIAGM. Gdy miał 13 lat trenował na murku nad rzeką w Nowym Targu. Trzy lata później dokonał swojego pierwszego żywca na drodze Finale (VI.4). Wspina się od ponad 20 lat w Tatrach i innych górach świata.