Niektórzy uważają ich za bohaterów. Ale oni mocno podkreślają, że nimi nie są. Jedno jest pewne – ich praca to służba innym. A wypadki mogą zdarzyć się wszędzie - nie tylko w najwyższych w Polsce Tatrach. Na Babiej Górze czy na Śnieżce, latem i zimą, od 70 lat możemy liczyć na pomoc Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

 

Stało się to dla nas oczywiste, że gdy coś się dzieje w górach, chwytamy za telefon i powiadamiamy służby ratownicze. Z pomocą idzie grupa dobrze wyszkolonych, wyposażonych w specjalistyczny sprzęt ratowników, którym powierzamy nasze życie i zdrowie. Czy wyobrażacie sobie świat, w którym ich nie ma?

 

fot. Grupa Jurajska GOPR, Przemysław Banaś

 

113 lat historii ratownictwa górskiego

Historia Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (GOPR) nierozerwalnie wiąże się z Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym (TOPR). Pomysł na powstanie służb ratowniczych zrodził się bowiem w głowach żeglarza i taternika – Mariusza Zaruskiego oraz znanego kompozytora, dyrygenta i miłośnika Tatr – Mieczysława Karłowicza. Było to na początku XX wieku na terenach ówczesnej Galicji. Początkowo władze austriackie nie zgodziły się na utworzenie organizacji ratowniczej w górach. Dopiero w lutym 1909 roku tragiczny wypadek lawinowy na zboczach Małego Kościelca, w wyniku którego zginął Karłowicz, sprawił, że temat bezpieczeństwa w górach stał się priorytetowy.

 

Ostatecznie 29 października 1909 roku we Lwowie zostało zarejestrowane Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Pierwszym prezesem został Kazimierz Dłuski, a naczelnikiem Mariusz Zaruski, zaś jego zastępcą legendarny przewodnik tatrzański – Klimek Bachleda.

 

– To właśnie w Tatrach powstało pierwsze górskie pogotowie ratunkowe. Jego szefem został żeglarz Zaruski. I on z tego żeglarstwa bardzo dużo elementów wprowadził do ratownictwa polskiego, np. węzły czy sposób porozumiewania się. Paradoksalnie ratownictwo bardzo dużo wzięło z żeglarstwa – mówi Marian Sajnog, były naczelnik Grupy Sudeckiej GOPR.

 

W górach częste kontuzje narciarzy i porażenia przez pioruny

Od tego czasu turystyka górska w Polsce się rozwijała. Druga wojna światowa to wstrzymała, ale już po jej zakończeniu ruch turystyczny zaczął się odradzać. Obszar polskich gór powiększył się o Sudety, które po 1945 roku znalazły się w granicach naszego państwa. Latem kwitła turystyka piesza, zimą wzrastał ruch narciarski. A co za tym idzie, również liczba wypadków się zwiększała.

 

– W polskich górach turystyka była całoroczna. Jednak to zimą było więcej wypadków, ponieważ narciarze im ulegali. W trudnych warunkach łamali sobie nogi, łapali też różne inne kontuzje, głównie stawów skokowych czy kolanowych. A lato było dużo bezpieczniejsze. Najczęściej kończyło się na akcjach poszukiwawczych czy porażeniach przez pioruny – wymienia Sajnog.

 

Początkowo na pomoc poszkodowanym w różnych rejonach górskich wyruszali ratownicy TOPR. Było to jednak coraz trudniejsze, bo pracy nieustannie przybywało.

 

fot. archiwum Grupy Beskidzkiej GOPR

 

– Na początku na nasze tereny przyjeżdżali chłopaki z Tatr. Pełnili wtedy dyżur w Karkonoszach i na Śnieżniku. Ale po jakimś czasie mieli pełne ręce roboty i stwierdzili, że potrzebna byłaby służba ratownicza poza Tatrami, w innych rejonach górskich – mówi Mariusz Grudzień, naczelnik Grupy Sudeckiej GOPR.

 

Rozwijająca się turystyka, a co za tym idzie potrzeba powstania służb ratowniczych na terenach Sudetów i Karpat, doprowadziła do spotkania Zarządu Głównego PTTK w kwietniu 1952 roku. Został na nim zatwierdzony regulamin Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, przygotowany przez TOPR, który działał wówczas pod skrzydłami PTTK. Jesienią tego samego roku przeprowadzono pierwsze kursy ratownictwa górskiego w Szczyrku, Krynicy i w schronisku PTTK Samotnia w Karkonoszach. I tak powstały trzy pierwsze grupy GOPR: Beskidzka w listopadzie oraz Krynicka i Sudecka w grudniu 1952 roku.

 

Kiedyś bambus, dzisiaj nowoczesne nosze. Tak się zmienia GOPR?

Jak to wszystko wyglądało na początku? Jak działali ratownicy? Z jakimi trudnościami musieli się zmagać? Nie było wtedy telefonów komórkowych, przez które można by było na bieżąco się porozumiewać. Wiedzy nie można było zdobyć w internecie, a na pierwszą akcję z udziałem helikoptera przyszło im czekać ponad osiem lat. Wszędzie trzeba było dojść na własnych nogach lub dojechać na nartach. Skuterów śnieżnych i kładów również nie było.

 

– Główną zasadą ratownictwa górskiego jest udzielić pomocy na miejscu i jak najszybciej przetransportować poszkodowanego do właściwej pomocy medycznej. Wtedy warunki techniczne na to nie pozwalały. I to był problem - wspomina Marian Sajnog. - Trzeba było kogoś ściągnąć ze ściany skalnej, włożyć w taką siatkę podwieszoną pod bambus i przetransportować na dół. To wszystko trwało. Dzisiaj jest bardzo dużo turystów. Na przykład na Śnieżkę wchodzi 2,5 mln ludzi rocznie. Tylko w ubiegłym roku nasza grupa miała 600 wypadków. W stosunku do ilości turystów, to nie jest dużo, ale ma to ciężar gatunkowy. Z tym, że kiedyś wszystko się robiło na piechotę. Dzisiaj jest choćby samochód terenowy i helikopter – podkreśla były naczelnik.

 

fot. archiwum Grupy Beskidzkiej GOPR

 

Oprócz problemów z transportem, dochodził brak podstawowego wyposażenia, jak np. apteczki. Bywało, że ratownicy pełniący dyżur musieli używać własnego sprzętu i ekwipunku, często jeszcze przedwojennego. To, co wówczas mieli dostępne, a z czego korzystają obecnie, dzielą lata świetlne.

 

– Patrząc na te 70 lat, to sprzętowo jest to totalna przepaść. Kiedyś mieliśmy jedne buty do wszystkiego, teraz mamy kilkanaście par – podejściowe, wspinaczkowe, niskie, wysokie, skiturowe. Każdy, kto dużo jeździ, ma przynajmniej dwie różne pary butów i trzy, cztery pary nart – opowiada Roman Dziedzic, prezes zarządu Fundacji GOPR, i mówi dalej: – Zmiany w sprzęcie to same korzyści. Z jednej strony sprzęt jest dużo wygodniejszy i łatwiejszy w obsłudze dla nas ratowników. Z drugiej natomiast pozwala zapewnić dużo większy komfort poszkodowanym. Kiedyś człowiek pakowany w bambus przeżywał katusze podczas transportu. Teraz mamy supernowoczesne, bardzo wygodne nosze, umożliwiające zabezpieczenie poszkodowanego nawet w niezwykle trudnym terenie. To się przekłada bardzo mocno na jego komfort, a ten z kolei na szybszy powrót do pełnej sprawności. Statystyki mówią twardo – im pacjent mniej cierpi, tym szybciej wraca do pełnej sprawności – podsumowuje.

 

Coraz więcej turystów i wypadków w górach

Najważniejszy jest jednak człowiek. W tym przypadku ratownik, od którego wiedzy i doświadczenia zależy ludzkie zdrowie, a czasem i życie. W latach 50., gdy GOPR stawiał pierwsze kroki, za szkolenie nowych ratowników odpowiedzialni byli TOPR-owcy. Powstawały nowe punkty ratunkowe, które trzeba było obstawić wykwalifikowaną załogą.

 

– Wtedy mieliśmy mało wiedzy medycznej, np. na temat sztucznego oddychania. Dzisiaj ta wiedza jest ogromna. Za to trudnością jest człowiek, a konkretnie zdobycie ratownika, który się odpowiednio wyszkoli. Bo jego szkolenie trwa aż siedem lat – mówi Sajnog.

 

Ta potrzeba rąk do pracy jest ogromna. Tymczasem etaty na zawodowego ratownika są ograniczone ilościowo. Pozostaje więc wolontariat i praca społeczna.

 

– Największym problemem współczesnego GOPR są kadry zawodowe. Jak zostałem ratownikiem zawodowym prawie 20 lat temu, było nas tylko sześciu. Obecnie w Grupie Sudeckiej jest nas 17. Jednak kiedyś mieliśmy około 20-30 wypadków rocznie, obecnie mamy ich ponad 360 – podkreśla Mariusz Grudzień.

 

Za tym stoi np. wzrastająca liczba wypadków z udziałem rowerzystów, których w górach jest coraz więcej. Zresztą każdy, kto chodzi po górach, widzi, jak w ostatnich latach zwiększył się ruch turystyczny. Więcej turystów to więcej zdarzeń, a to z kolei przekłada się na potrzebę większej liczby ratowników, którzy mogą je obsłużyć.

 

fot. archiwum Grupy Beskidzkiej GOPR

 

– Karkonosze czy Tatry są już na tyle mocno przeładowane turystami, że ludzie szukają miejsc mniej popularnych – zwraca uwagę Mariusz Grudzień. – Po Sudetach widać, jak wzrosła turystyka w każdej dziedzinie, czy to narciarskiej, skiturowej czy rowerowej. Kiedyś na Śnieżniku spotykałem trzech, czterech skiturowców. Teraz w weekend, gdy jest ładna pogoda, mamy ich koło 170. Kiedyś to była piękna góra, czułem się tam swobodnie. Teraz, żeby znaleźć puste miejsce, jest coraz trudniej. Park Narodowy Gór Stołowych wprowadził ograniczenie wejścia na Szczeliniec, bo już sobie nie radził z dużą liczbą turystów. Dziennie wchodziło tam nawet 13 tys. osób. W Tatrach też pewnie zrobią ograniczenia. Inaczej po prostu zadepczemy te góry – uważa naczelnik Grupy Sudeckiej GOPR.

 

Mamy za mało ratowników górskich

Czy zatem ratowników górskich jest na tyle dużo, aby zabezpieczyć wszystkie pasma przy tak wzmożonym ruchu turystycznym? Czy może zdarzyć się tak, że zabraknie chętnych do niesienia pomocy w górach?

 

– Wydaje mi się, że zasadniczym wyzwaniem dla GOPR jest właśnie zapewnienie odpowiedniej liczby ratowników. Jak jest ładna pogoda, a leży świeży śnieg, to ludzi, którzy wyjdą w góry jest naprawdę dużo. A co za tym idzie dochodzi do różnych zdarzeń. My jako GOPR musimy mieć zapewnioną na tyle dużą obsadę, żeby równolegle obsłużyć kilka zdarzeń w różnych miejscach – zauważa Roman Dziedzic.

 

Mariusz Grudzień dodaje: – Gdyby nie wsparcie kadry ochotniczej, na pewno byłyby problemy z zabezpieczeniem wszystkich pasm górskich. Mamy około 145 ochotników, z czego tylko 50 spełnia warunki odbywania służby górskiej. Bo trzeba mieć zdany kwalifikowany kurs pierwszej pomocy, spełnione warunki fizyczne i opłacone składki, a do tego należy przejść badania lekarskie. Wtedy jesteśmy dopuszczeni do służby. Wśród tych 145 osób są więc też tacy ratownicy, którzy już nie spełniają warunków, albo tacy, którzy po prostu zniknęli z pogotowia górskiego, bo np. mają swoje życie prywatne. Trzeba zrozumieć, że to jest tylko wolontariat – kończy.

 

By zostać ratownikiem trzeba mieć jobla

Tymczasem ochotnicza praca ratownika górskiego to 120 godzin w roku.

 

– Trzeba zachęcać młodych ludzi, by chcieli poświęcać swój czas na ratownictwo w górach. A jest to zdecydowanie problem społeczny. Jesteśmy coraz bardziej społeczeństwem konsumpcyjnym i roszczeniowym. Coraz trudniej jest robić coś dla kogoś za darmo – uważa Dziedzic. – Większość ludzi pytających o funkcjonowanie w ramach GOPR dopytuje o aspekt finansowy. A tu się nie zarabia pieniędzy. Co więcej, 90 proc. dokładamy z własnych środków, bo przecież w jakiś sposób trzeba dojechać na dyżur czy na akcję. I też nie każdy sprzęt dostajemy, czasem trzeba go kupić samemu. W momencie, kiedy ludzie dowiadują się o tym, część z nich rezygnuje – dodaje.

 

Czasem to nie tylko kwestia braku chęci, ale i możliwości. Każdy musi się za coś utrzymać, a wolontariat nie daje materialnych profitów. To potwierdza, że aby działać jako ochotnik w GOPR, potrzebna jest pasja i poczucie misji, którą jesteśmy w stanie wypełniać nieodpłatnie.

 

– Coraz mniej młodych ludzi jest chętnych, żeby pełnić darmową służbę. Albo są chętni, ale życie wszystko weryfikuje. GOPR przyciąga ludzi, bo bycie ratownikiem to jest prestiż. Ale tak naprawdę przebywanie w tym środowisku górskim to jest powołanie i pasja. Kolega mi nawet powiedział, że trzeba mieć jobla, żeby być ratownikiem – mówi Mariusz Grudzień i dodaje: - Ale uważam, że to są naprawdę fantastyczni ludzie. Każdy ma tu swoją pasję. Jeden zajmuje się górami wysokimi, drugi jaskiniami, trzeci kanioningiem, ktoś inny rowerami górskimi, paralotniami czy wspinaniem. To jest naprawdę świetne środowisko pasjonatów – podkreśla naczelnik.

 

GOPR chce przyciągnąć młodych

Dlatego ludzie GOPR nie siedzą z założonymi rękami, czekając aż ludzie do nich przyjdą. Sami starają się zachęcić młodych i pokazać jak ważna, ale też ciekawa i rozwijająca jest praca w pogotowiu górskim.

 

– Staramy się zapraszać młodych ludzi do wolontariatu na przykład w ramach Fundacji GOPR. Po to, żeby mogli obcować z Górskim Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym, żeby mogli poczuć fan z zabawy w wolontariat i z pracy na rzecz innych ludzi. I mamy nadzieję, że te działania będą przynosiły efekty, choć na pewno nie z dnia na dzień. Myślę raczej o perspektywie 10 czy 15 lat – mówi Roman Dziedzic.

 

Innym działaniem jest też Akademia GOPR. W ramach niej oferowane są np. darmowe szkolenia dla dzieci lub odpłatne dla dorosłych, by uczyć ludzi odpowiednich zachowań w górach, ale tez pokazywać, jak ważne jest bezpieczeństwo na szlaku.

 

– W ten sposób wychodzimy do ludzi na zewnątrz. Chcemy ich zachęcać do aktywności górskiej i liczymy, że część z nich zostanie z nami, pójdzie na egzamin i wstąpi w szeregi GOPR. Widzimy, że to ma sens. Na przykład po szkoleniach zimowych w ubiegłym roku widzieliśmy duże zainteresowanie. Niektórzy dopytywali o możliwość współpracy czy o konkretne terminy egzaminów – podkreśla Dziedzic.

 

Zostań ratownikiem GOPR

Aby więc zostać ratownikiem Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego po pierwsze potrzebne są chęci. Co jeszcze musi posiadać kandydat na ratownika?

 

– Przede wszystkim musi zdać egzamin wstępny, który polega na sprawdzeniu kondycji. To jest pokonanie biegiem odpowiedniego dystansu w górach i to w określonym czasie. Kandydat na ratownika musi też przyzwoicie jeździć na nartach, zarówno na zjazdowych po stoku, jak i skiturowych poza trasami. Ważne też, aby znał topografię regionu, do którego aplikuje. Poza tym nie trzeba mieć żadnych umiejętności i wiedzy ratowniczej. Bardzo mile widziane są osoby mające przygotowanie medyczne – lekarze czy ratownicy medyczni, bo będą mieli już na wejściu odpowiedni pakiet wiedzy. Jednak to nie jest obowiązkowy wymóg – podsumowuje Roman Dziedzic.

 

Ratownicy GOPR służą nam od 70 lat. Doceńmy ich pracę, pasję i zaangażowanie, bo dzięki nim możemy ze spokojem podejmować górskie aktywności. Szczególnie, że większość z nich robi to za darmo. A jeśli sami mamy taką możliwość, może warto dać coś z siebie i wstąpić w ich szeregi? Żeby nigdy się nie zdarzyło, że ktoś zostanie w górach bez pomocy.

 

 

Ludzie GOPR

Marian Sajnog – przewodnik sudecki, instruktor ratownictwa górskiego; od 1965 r. ratownik górski, a w latach 1973-1975 naczelnik Grupy Sudeckiej GOPR. Obecnie jest honorowym członkiem GOPR oraz pełni funkcję sekretarza zarządu Fundacji GOPR. Redaktor naczelny portalu Ratownictwo Górskie.

 

Roman Dziedzic – prezes zarządu Fundacji GOPR, ratownik górski Grupy Sudeckiej GOPR. Z wykształcenia elektronik, ale od lat związany z górami. Zastępca redaktora naczelnego portalu Ratownictwo Górskie.

 

Mariusz Grudzień – wieloletni ratownik górski, a także ratownik medyczny. Obecnie naczelnik Grupy Sudeckiej GOPR. Był uczestnikiem wypraw w ramach programu Polski Himalaizm Zimowy. Za akcję ratunkową na Broad Peak otrzymał nagrodę Fair Play Polskiego Komitetu Olimpijskiego.