W chmurę łatwo wejść, ale wyjść bez przyrządów radionawigacji to mało odpowiedzialne. Brak widzialności to zmora każdego pilota. Ale i tak do pilotowania w górach trzeba mieć odpowiednią psychikę.

 

Najczęściej scenariusz wygląda tak: ktoś zgłasza wypadek, jest wezwanie. Pilot sprawdza warunki lotu i podejmuje decyzję. Musi ocenić, czy akcja będzie bezpieczna. W końcu z lądowiska przy zakopiańskim szpitalu podrywa się śmigłowiec Sokół. Od zgłoszenia nie zajmuje to więcej niż sześć minut. Na pokładzie dwóch pilotów, dwóch ratowników i lekarz. Pilot ma za zadanie odnaleźć miejsce wypadku, ocenić możliwość zawisu i podjęcia poszkodowanego. Lot zazwyczaj nie jest długi, kilka minut i śmigłowiec zatrzymuje się w powietrzu. W tym momencie koordynację akcji przejmuje ratownik.

- Lecą dwaj ratownicy - tak zwany ratownik dołowy, ten który zjeżdża na windzie do poszkodowanego i pokładowy, który z pokładu śmigłowca dyryguje akcją - tłumaczy Henryk Serda, pilot.

Pokładowy jest dla pilota niczym drugie oczy - rozgląda się dookoła, ocenia sytuację. Serda, rocznik 1948, ma na koncie ponad pięć tysięcy godzin lotów ratowniczych na śmigłowcach. Gdy pytam czy to dużo - śmieje się. Bo to i mało, i dużo. Tłumaczy, że koledzy latający na nizinach, mają niekiedy dwa, trzy razy więcej. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że górski lot ratunkowy może trwać kilka albo kilkanaście minut, to okazuje się, że to tysiące startów i lądowań. Tysiące akcji. Henryk Serda nie pamięta, ile ich było.