Symboliczne cmentarze – pod Osterwą i na Wiktorówkach w Tatrach albo w karkonoskim Kotle Łomniczki – wypełniają tabliczki upamiętniające tych, którzy zginęli w górach.

 

Wielu z nas taką śmierć idealizuje, uważa za bardziej szlachetną od „starczego zgonu w dolinach”. W dyskusjach chętnie przywołujemy wzniosłe frazesy o spełnieniu, realizacji marzeń, emocjonującym „prawdziwym” istnieniu. Wreszcie sięgamy po koronny argument – pasję.

 

W naszych oczach uwzniośla ona ludzkie poczynania, czasem nadaje im heroiczny odcień, a kiedy coś się stanie, ma moc pocieszenia.

 

Łaciński wyraz passio początkowo oznaczał „mękę, cierpienie”, dopiero później nabrał dodatkowego znaczenia – „namiętności, wielkiego zamiłowania do czegoś”. Nieprzypadkowo. Obie te rzeczy są ze sobą ściśle splecione. Życiowa potrzeba, wręcz wewnętrzny przymus realizacji tego, co „gra w duszy”, zwykle wymaga wyrzeczeń, i to nie tylko od człowieka owładniętego pasją, lecz również, a może przede wszystkim, od jego bliskich.

 

Myślę o tym, kiedy w jeden z późnojesiennych dni odwiedzam Istebną. W centrum sennej wsi stoi czorten poświęcony Jerzemu Kukuczce, replika tego znajdującego się w Nepalu pod południową ścianą Lhotse. Na wietrze łopoczą kolorowe buddyjskie flagi modlitewne, uświęcając przestrzeń, w której zostały umieszczone; zamiast kadzidełek palą się znicze. Krajobraz nie przypomina wysokogórskiego, ale przygotowujące się do zimy Beskidy są wyjątkowo nastrojowe. Czerwienią się bukami, chrzęszczą lekko zmrożonymi liśćmi, uwodzą pasmami mgieł.

 

Wiatr roznosi wibracje mantr, a mnie przypomina się „Królowa” wydana przez Fundację Wielki Człowiek. Pod taką nazwą wydano dziennik, który Kukuczka prowadził podczas swojej ostatniej wyprawy - tej w 1989 roku. Dopiero co, w lawinie pod Everestem zginęło pięciu polskich himalaistów, a on szukał chętnych do zmierzenia się z nieujarzmioną do tej pory południową ścianą Lhotse. „Wszelkie racjonalne przesłanki mówiły to samo – spokojnie, zrób wyprawę na drugi rok” – zanotował w dzienniku. I zaraz kontrował samego siebie: „Postanowiłem zrobić to tak, jak robiłem wielokrotnie, poszedłem za podszeptem czegoś wewnętrznego, teraz albo nigdy”.

 

„Teraz” okazało się „nigdy”. Kukuczka ruszył na swoją wymarzoną wyprawę i już z niej nie powrócił. 24 października odpadł od skał, jego ciała nigdy nie odnaleziono. Człowiek żyje, dopóki jest pamiętany – mówi jedna z ludowych mądrości. W Istebnej, z którą tyle himalaistę łączyło, jego obecność wciąż jest odczuwalna.


 

„Martwym ku pamięci, żywym ku przestrodze” – motto symbolicznych cmentarzy ofiar gór jest zawsze takie samo. Bo górska śmierć, jak bardzo nie byłaby emanacją pasji, zawsze pozostaje tragedią. Kiedy wędruję gminnym szlakiem imienia Kukuczki, nie opuszcza mnie przekonanie, że dziś tę pasję nadmiernie gloryfikujemy. Umyka nam jej destrukcyjna siła lub nie chcemy brać jej pod uwagę.

 

To wszystko prowadzi mnie do Wandy Rutkiewicz, samotnej wojowniczki, która górom podporządkowała wszystko. W wielu rozmowach i wywiadach podkreślała: „w nich czuję się jak w domu, tam jestem szczęśliwa”. Przebieg jej życia jakby to potwierdza. Jakby - bo miała przecież chwile zwątpienia - to, co osiągnęła w himalaizmie, poddawała może nie negacji, ale zawieszeniu. W swojej książce „Na jednej linie” umieściła wiersz, który ponoć znalazła w podręczniku do nauki angielskiego. Jak bardzo oddawał to, co czuła?

 

Próbowałam | nie udawało się | wiele razy | wodziło na pokuszenie |

poddaj się | mogłam znaleźć wykręt | choćby zwolnienie lekarskie |

niezdolna do walki” | nie zrobiłam nic | walczę aż do gorzkiego końca |

przeciwko nim | przeciwko tobie | przeciwko sobie samej |

i wygram | ponieważ nie mam | innego wyjścia”

 

Wygrała? Nie ma kogo zapytać.

Góry milczą.