Surowa twarz żołnierza nie znosi sprzeciwu. Jeśli chcemy wejść na Śnieżkę, to musimy stanąć w dwuszeregu. Dwóch rosłych mężczyzn z długą bronią ostrzega, że jeśli ktoś nagle przekroczy granicę i zacznie uciekać, będą strzelać. To nie scena z filmu wojennego, tylko zbiórka turystów przed Domem Śląskim w Karkonoszach. 

Jest godz. 11 przed południem. Z 10-letnim synem Krzysiem jemy ze spokojem śniadanie na balkonie skromnego apartamentu, położonego nieopodal słynnej świątyni Wang w Karpaczu. Jest piękna, upalna wiosna z widokiem na samą Śnieżkę. Dwa charakterystyczne spodki mamy idealnie przed sobą. Wiemy, że to cel naszej dzisiejszej wędrówki, ale jakoś nigdzie się nam nie spieszy. Krzysiek łapie w telefonie Pokemony, ja czytam książkę Elizabeth Revol. Jej wspomnienia z lodowatej nocy pod Nanga Parbat mocno kontrastują ze słonecznymi Karkonoszami, które mamy teraz przed oczami. 

Pewnie wielu miłośników gór czyta te słowa z pewną dozą dezaprobaty. Bo o tej godzinie i przy takiej pogodzie powinniśmy być już dawno na szlaku. Ale uspokajam. To dobrze przemyślana strategia na pewny, słoneczny dzień. Na szczycie przekonacie się sami, że w pewnych okolicznościach takie późne wyjście to doskonały pomysł.