Czasem gdy podczas wycieczki mijam jakiś mały sklepik, dopada mnie straszne wspomnienie: kiepskiej jakości mielonka turystyczna podana na rozsypującej się pajdzie fabrycznie krojonego chleba.


Czasami nocą, gdy jest mi już ciepło i wygodnie bujam się w hamaku, przez głowę przebiega mi wspomnienie nocy spędzonych na cienkiej karimacie ukrytej pod wojskową pałatką, których główną atrakcją był zmieniający się rytm przechodzących mnie z zimna dreszczy. Czasem spacerując boso po obozowisku, zobaczę kątem oka coś, co przypomina cień ciężkich wojskowych trepów, którymi katowałem sobie kiedyś stopy.

 

 


To echa lat, które spędziłem na umartwianiu się w terenie, bo przecież to jest Poważna Wyrypa, a nie jakieś tam, phi, spacerek po górach! Otrzeźwiałem jednak i stopniowo sprzęt z demobilu zaczął ustępować temu z lekkich materiałów. Ani się obejrzałem, a już radykalnie ograniczałem sprzęt wyłącznie do tego niezbędnego i znalazłem się po drugiej stronie skali. Na biegunie przeciwnym do militaryzującego stylu oblężniczego, znajdowała się filozofia surowego minimalizmu, zaspokajająca co prawda fizjologiczne minimum przebywania w terenie, ale tylko do tego ograniczona. Przespałem, nie zmarzłem, zaspokoiłem głód, ale zbyt często memrałem pod nosem mało entuzjastyczne „No, dobra…”

 

Dzisiaj robię sobie taki outdoor, który w skrajności nie popada. Nie pędzę, zabieram umilacze czasu, słucham muzyki, z namaszczeniem parzę kawę, gotujemy z przyjaciółmi wymyślne dania, przyozdabiamy biwak nastrojowymi światełkami, a na wieczorną posiadówę przebieram się w tę dodatkową koszulkę, którą zabrałem wyłącznie dlatego, że ją po prostu lubię. Mam nawet mały stolik, żeby nie kroić pomidorów na ziemi.

 

 

Suma tych wszystkich małych przyjemności sprawia, że świetnie bawię się w terenie, traktując biwak jak miejsce prawdziwie własne. Sączę yerbę, hamak rozwieszony, mam na nogach ciepłe skarpety, a w podręcznej torbie przekąski (czasem nawet chipsy i batony, owszem). Niczego nie udowadniam i z niczym nie walczę, bo nie ma o co.
 

I uśmiecham się: trochę do siebie z dawnych lat, trochę z radości do życia, a trochę na myśl o tym, że wszyscy możemy z łatwością doświadczyć tak miękkiego, naturalnego i pełnego uważności podejścia do czasu spędzanego w przyrodzie.

 


 

Rafał Palowski

założyciel LESOVIKA

Zdjęcia: Maciej Walaszczyk @naspacer