Na początku chodziłem po górach, bo nie miałem innego wyjścia. Ale szybko zacząłem w nie jeździć, bo po prostu chciałem. Dziś, niemal 40 lat po tym, jak pierwszy raz trafiłem w Tatry, historia zatoczyła koło - chodzę, bo muszę. Góry są dziś moim nałogiem, z którego wcale nie zamierzam wychodzić. 

 

Uwielbiam się też w górach zmęczyć. Do tego stopnia, że nie myślę o niczym innym, tylko o odpoczynku. A kiedy już trochę odpocznę, kombinuję, kiedy znowu pojadę. Jeszcze bardziej lubię dostać w kość od aury - albo solidnie zmarznąć, albo jeszcze lepiej, żeby przewiało mi głowę.

 

Tatry Wysokie, widok ze Szpiglasowej Przełęczy na Dolinę Pięciu Stawów, fot. Kuba Witos

 

Kocham górskie widoki, panoramy i perspektywę, ale również klimatyczna mgła oraz widoczność na wyciągnięcie ręki dają mi to, po co w góry chodzę. Są to przede wszystkim towarzyszące mi na grani emocje, których doświadczam tylko i wyłącznie tam - gdzieś wyżej, nieco dalej, najlepiej w samotności albo w towarzystwie raptem kilku na świecie osób. 

 

Nie ma jak kawa przed Roztoką

Ruszamy po raz kolejny z Jerzem w Tatry. Który to już raz? Musimy to kiedyś policzyć, spisać dla potomnych. Pędzimy, co staje się powoli tradycją, w nocy. Powiedzmy sobie szczerze, ma to swój urok. Z drugiej strony nie wiem, czy kiedyś uda nam się w Tatry wyskoczyć nie jak po ogień, tylko tak spokojnie i na luzie.