Dopiero czwarta nad ranem, Siwa Polana w Dolinie Chochołowskiej. Jeszcze jest ciemno. Stoję w kolejce do kontroli sprzętu obowiązkowego. Sprawdzałem wszystko cztery razy, ale i tak nie mogę pozbyć się towarzyszącego mi niepokoju. Wszystko w porządku, więc wchodzę do strefy startu. Za chwilę rozpocznie się bieg, o którym marzyłem od sześciu lat.

 

Bieg Ultra Granią Tatr to kultowa impreza. Jeśli biegasz po górach, nie mogłeś o niej nie słyszeć. Jeśli chodzisz po polskich Tatrach latem, to wielce prawdopodobne, że spotkałeś na swojej drodze jej uczestników. Limit startujących to 350 osób, a chętnych w tym roku było trzy razy więcej. Aby się na niego dostać, trzeba ukończyć różne górskie biegi i mieć szczęście w losowaniu. Gdy okazało się, że miałem trochę szczęścia, ogarnęła mnie ogromna radość, a zaraz po niej strach. Im bliżej startu, tym bardziej proporcje tych emocji się odwracały.

 

Bieg Ultra Granią Tatr
fot. Piotr Dymus

 

A wszystko dlatego, że trasa prowadzi przez wymagające szlaki Tatr Zachodnich i Wysokich. Rozpoczynająca się na Siwej Polanie i wiedzie przez Starorobociański Wierch, Czerwone Wierchy i Kasprowy Wierch, a dalej przez Halę Gąsienicową i Przełęcz Krzyżne do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Meta znajduje się w Kuźnicach. Łącznie 71 kilometrów i 5000 metrów przewyższenia. Trasa tak długa i trudna, że spokojnie można by było podzielić ją na trzy dni trekkingu. Ja miałem na to maksymalnie nieco ponad 17 godzin. Istna wyrypa.

 

Bieg Ultra Granią Tatr, okolice Ornaku
fot. Wisz Orłowski

 

Końcówka sierpnia, punktualnie czwarta rano. Właśnie ruszam ku wielkiej przygodzie. Jest zupełnie inaczej niż na pozostałych biegach – tu panuje absolutna cisza. Nikt nie rozmawia, nikt nie żartuje. Przebijam się przez gęstą atmosferę skupienia, ekscytacji, radości, strachu i niepewności.