Uwielbiam zimowe igrzyska olimpijskie. Po pierwsze za hokej, a po drugie za wspaniałe górskie krajobrazy. Z Pekinu jednak zamiast ośnieżonych szczytów pamiętać będę... kominy.

 

I chyba nie tylko ja, ponieważ zdjęcia dawnej huty stali, obok której wybudowano rampę Big Air Shougang, obiegły cały świat i podbijały internet. Robiły one dziwne i nieco niepokojące wrażenie, jak zresztą niemal wszystkie plenery z Pekinu. Areny igrzysk wyglądały bowiem na nich, jak jedyne białe wysepki pośrodku zielonkawo-szarej rzeczywistości. Wszystko dlatego, że pierwszy raz podczas olimpijskich zmagań rywalizowano wyłącznie na sztucznym śniegu. Raczej nie był on sojusznikiem sportowców, gdyż ma nieco inne właściwości niż naturalny puch, na którym zazwyczaj trenują i startują.

 

Także natura nie jest fanką tego wynalazku, ponieważ przy produkcji sztucznego śniegu zużywa się astronomiczne ilości prądu i wody oraz dorzuca chemikalia opóźniające topnienie, co może źle wpłynąć na wegetację roślin.

 

Oczywiście trzeba uczciwie powiedzieć, że Pekin to nie tylko postindustrialne widoki, gdyż gór również tam nie brakuje. W końcu miasto otaczają pasma Yan Shan i Xishan. Może nie są to kolosy, ale ich wierzchołki potrafią przekraczać 2000 m n.p.m.

 

Niemniej i tak trudno było się skupić na czymś innym niż to, że stoki czy trasy biegowe wyróżniały się niczym obozy Królowej (Sztucznego) Śniegu. W tym miejscu mógłbym napisać, co generalnie myślę o MKOl-u i rządzie Chin, ale zamiast tego skupmy się na czymś przyjemniejszym, czyli na tym, co można było podziwiać na tle wspomnianych wyżej kominów.

 

Polska za sprawą pewnego wąsatego gentlemana, z którym rozmowę mogliście przeczytać w grudniowym numerze „Na Szczycie”, oszalała na punkcie skoków narciarskich. To zresztą właśnie ta konkurencja przyniosła nam jedyny w Pekinie medal. Tymczasem, patrząc obiektywnie, na Big Air Shougang działy się zdecydowanie efektowniejsze rzeczy niż na skoczni w Zhangjiakou. Otóż rozgrywano tam zawody w big airze.

 

Narciarska odmiana tej konkurencji dopiero zadebiutowała na igrzyskach, dołączając tym samym do snowboardowego big air, który mogliśmy poznać już cztery lata temu w Pjongczangu. Konieczność wyskakiwania na kilka metrów i wykręcania niesamowitych wygibasów robi na mnie zdecydowanie większe wrażenie niż konkurencja, gdzie trzeba mieć nadzieję, że wiatr akurat zawieje pod narty, a jakiś komentator nie postanowi stwierdzić, że nasze sukcesy zależne są od tego, która telewizja transmituje konkurs. Bardzo cieszę się, że snowboard i narciarstwo dowolne coraz śmielej rozpychają się w programie igrzysk, ponieważ wnoszą do nich mnóstwo świeżości i pozytywnej energii. Są też nieporównywalnie ciekawsze dla młodych widzów niż większość tradycyjnych, skostniałych konkurencji.

 

Dla miłośników gór jeszcze ciekawiej zrobi się za cztery lata. Otóż na igrzyskach w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo pojawi się skialpinizm. Jestem dosyć spokojny, że jego olimpijska kariera będzie wyglądała lepiej niż baletu na nartach. Jeśli teraz pukacie się w głowę, to w sumie się nie dziwię, gdyż ten daleki kuzyn łyżwiarstwa figurowego pojawił się na igrzyskach zaledwie dwukrotnie: w Calgary (1988) oraz Albertville (1992). I to jako dyscyplina pokazowa. Do głównego programu przebić się nie zdołał, a w dodatku w kolejnych latach całkowicie wypadł z łask. Ostatecznie w 2000 roku FIS zaprzestał organizowania jakichkolwiek zawodów w balecie narciarskim. Zamiast tego skupiono się na jeździe po muldach i skokach akrobatycznych. Jeśli macie wątpliwości, czy była to dobra decyzja, wpiszcie na Youtube „acroski”. Gwarantuję, że nic dziwniejszego już dziś nie zobaczycie.