Mam prostą definicję miłości. Kochasz – znaczy chcesz dla drugiego dobrze. Jesteś wsparciem, ostoją, koncentrujesz się na nim. Wojtek skoncentrowany był tylko na górach. To była jedyna jego miłość – mówi Ewa Kurtyka, była żona czołowego polskiego wspinacza. 

 

Pierwsze nasze spotkanie – włoska restauracja w Krakowie. Włoska była również pogoda, zaczęłyśmy więc od dzbanka zmrożonej wody z cytryną. Ewa przywitała się zdecydowanie: „Dlaczego ja?”. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że mówią o niej pozytywnie wszystkie moje poprzednie rozmówczynie. Że wśród żon himalaistów jest autorytetem.

 

Sporo o niej słyszałam. Wyróżniała się w towarzystwie wspinaczy. Była niedostępna, a jednocześnie bardzo miła. Imponowała stoickim spokojem. Przyciągała uwagę strojami – długie suknie w indyjskim stylu, odważna biżuteria, na głowie turban.

 

Dziś ma 78 lat, przenikliwe spojrzenie, nosi skromne sukienki. Na pierwszym spotkaniu rozmawiałyśmy głównie… o mnie. Chciała mnie poznać, zaufać mi. Na drugiej kawie opowiedziała o sobie. Zaczęła od buddyzmu, jak wielki miał na nią wpływ, ile w jej życie wlał radości. Dopiero podczas czwartej rozmowy prawdziwie się otworzyła.

 

Urodziła się w Krakowie. Przez pierwsze dwa lata wychowywała ją babka. Matka była wtedy aresztowana, siedziała w obozie w Jaworznie. To była kara za zakazaną miłość do Niemca, której owocem była Ewa. Po powrocie do domu matka nigdy nie była już sobą. Publicznie pohańbiona i napiętnowana, stała się dla swojej córki zimna i oschła. Chowała ją ciężką ręką. Ewa swojego ojca poznała dopiero u progu dorosłości, w wieku 17 lat. Nie nawiązali bliskiego kontaktu. Szła przez życie sama. Ukojenia szukała w górach. 

 

Ewa Kurtyka, pierwsze wspinaczki w Tatrach z sizalem, 1966r.
fot. archiwum wydawnictwa Czerwone i Czarne

 

Skończyła bułgarystykę, następnie psychologię. Na jednym z górskich spotkań nad Morskim Okiem zobaczyła Wojtka. Zakochała się. Jeszcze przed jej 24. urodzinami stanęli na ślubnym kobiercu.

 

Kiedy opowiada o Wojtku, delikatny uśmiech rozświetla jej ładną twarz. Każde zdanie waży, chce być szczera, ale nie zranić byłego męża. Bo nie ma w niej żalu, że była „tą drugą”. „Tą pierwszą” zawsze była góra… 

 

*

Byłam młodą, lekko postrzeloną dziewczyną. Uwielbiałam Tatry. Miały w sobie coś magicznego. Spędzałam w nich każdą wolną chwilę. Mama wściekała się na mnie, prosiła: „Zajmij się porządną pracą”. Nie słuchałam. Szłam swoimi ścieżkami. Góry dawały mi oddech, swobodę. Były jak narkotyk. Upajały swoim ogromem i dzikością. Człowiek uzależniony od nich jest praktycznie nie do wyleczenia. Mam wrażenie, że góry wyrzucają nas na inną orbitę.

 

Wojtek również silnie je odbiera. W jednym z wywiadów pięknie powiedział, że są miejscem, gdzie wraz ze wzrostem wysokości stopniowo zanikają codzienne problemy, stają się źródłem szczególnego objawienia, zdumienia i refleksji. I przytoczył, jak po pięciu dniach samotnego marszu przez lodowce Biafo i Hispar natknął się na pierwsze krowie łajno, które poruszyło go do łez.

 

Odczuwam podobnie

Nie interesowało mnie zakładanie rodziny, rodzenie dzieci, praca, dom. Żyłam inaczej. Byłam zafascynowana ludźmi z Tatr. Młodzi, piękni, wysportowani, z marzeniami, by zdobyć cel. Potrafiliśmy godzinami siedzieć przy ognisku i dyskutować, mieszkać w spartańskich warunkach. Nikt z nas nie miał za dużo pieniędzy. Liczyła się mistyka gór. Nie pragnęłam nowej spódnicy, swetra, butów. Chodziłam w pocerowanych skarpetach, spodniach z ponaszywanymi łatami. Matka dziergała nam na drutach wełniane czapki. To nic, byłam szczęśliwa w swoim świecie.

 

Zakładałam na siebie co popadło i pędziłam do Morskiego Oka. To dawna mekka taterników, przyszłych alpinistów. Turystów było wtedy stosunkowo niewielu.

 

Wymagająca miłość

Jest jesień 1968 roku, siedzimy w mrocznej jadalni schroniska Morskiego Oka, w sali kilkanaście stołów. Tłum taterników. Gdzieś na drugim końcu siedział Wojtek. Zerkałam na niego. Miał włosy do ramion, grzywkę, szeroki uśmiech. Odległość między nami była spora, ale nie dało się ukryć, że zwróciliśmy na siebie uwagę. Miał w sobie to coś.

 

W pewnym momencie dostałam od niego karteczkę: „Patrzysz i patrzysz na mnie i nie wiem, kim jesteś”. Przysiadł się, zaczęliśmy rozmawiać.

 

Wojtek był już wtedy znany w środowisku wspinaczy, miał za sobą kilka trudnych przejść. Doświadczeni taternicy go cenili, dostrzegali w nim potencjał. Dla mnie nie miało to znaczenia. Widziałam przystojnego faceta, wrażliwego człowieka kochającego góry jak ja.

 

Spędziliśmy razem czas do października, mieszkając w namiocie w taborisku pod Wysoką w słowackich Wysokich Tatrach, gdzieś po schroniskach. Młodzieńcza sielanka skończyła się późną jesienią. Każde z nas musiało wrócić do swoich zajęć. On – do Wrocławia, gdzie kończył elektronikę, ja – do Krakowa, studiowałam bułgarystykę.

 

Kilka miesięcy później, kiedy Wojtek obronił pracę magisterską, przyjechał do mnie do Krakowa. Zamieszkaliśmy u mojej mamy. Mieli poprawne stosunki, ale dla niej to nie był idealny kandydat na męża. Mama chciała dla mnie normalnego życia. Wiedziała jednak, że nie ma szans, by mnie do tego przekonać. Na swój sposób jednak go lubiła. Gdy wracał ze skałek, czyściła mu zabłocone buty, robiła na drutach wełniane czapki, które potem zabierał w Alpy i Himalaje.

 

U mamy mieszkaliśmy trzy lata. W końcu dostałam swoje upragnione M3. Wprowadziliśmy się w 1971 roku, tuż po ślubie. Nasze mieszkanie przypominało jeden wielki magazyn. W dużym pokoju – łóżko, w drugim – namioty, plecaki, wielkie bębny, do których pakowaliśmy rzeczy na wyprawy, w malutkim łóżko. Niewiele czasu spędzaliśmy razem. Wojtka coraz częściej nie było w domu, góry wciągnęły go na amen.

 

Czy mi to przeszkadzało? Wtedy nie. Kochałam jego pasję – góry. Kochałam jego. Byliśmy młodzi. Kiedy braliśmy ślub, Wojtek miał 24 lata, ja 28. Wydawało nam się, że jesteśmy dorośli, a byliśmy dzieciakami. Dla mnie Wojtek był wtedy niczym książę Myszkin z Dostojewskiego – człowiek wrażliwy na krzywdę innych, prostolinijny, uczciwy, szczery, dobry. Wstawiłam go w ramki. Czy on taki wtedy naprawdę był, a z czasem się zmienił, czy też tak wyidealizowany obraz istniał tylko w mojej wyobraźni? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć.

 

To była trudna miłość. Wymagająca. Szybko zdałam sobie sprawę, że z górami nie mam szans, że jestem na drugim miejscu. Człowiek, który potrafi zaznać tak fantastycznej wolności, będzie narażony na złudzenie, że jest pępkiem świata. Ale to chyba cecha wszystkich kreatywnych osób. Do pewnego momentu nie stanowiło to dla mnie problemu, uwielbiałam z nim wyjeżdżać, cieszyłam się jego sukcesami. Ale wiedziałam, że nie mogę na niego liczyć jak na faceta. Początkowo nie miałam mu tego za złe, lecz z upływem czasu chciałam go trochę więcej w swoim życiu. Potem coraz bardziej doskwierała mi samotność.

 

„Co ja tu robię, zamiast wisieć w skałach” – Wojtek Kurtyka z żoną na wycieczce w Tatrach, 1973r.
fot. archiwum wydawnictwa Czerwone i Czarne

 

W środowisku wysokogórskim Wojtek dał się poznać jako prekursor i propagator stylu alpejskiego, który polega na dojściu na szczyt góry w pojedynczej, ciągłej próbie, bez zakładania obozów, a także bez użycia lin i poręczówek. Pierwszego takiego przejścia dokonał w 1972 roku w Hindukuszu. Pokonał wówczas północno-wschodnią ścianę Akher Chagh (7017 m n.p.m.). Wydarzenie to uznano za przełom w światowym himalaizmie. W 1977 roku podczas wyprawy pod kierownictwem Andrzeja Zawady po raz kolejny udało im się przejść w stylu sportowym trudną drogę, północno--wschodnią ścianę Kohe Bandaka (6843 m n.p.m.). Podziwiałam go i bardzo mu kibicowałam.

 

Wojtek nie tyle był nastawiony na sukces, ile na cel. Zawsze miał inne priorytety niż koledzy. Nie brał udziału w pogoni za ośmiotysięcznikami. Dla niego nie liczyło się samo zdobycie szczytu, tylko piękna, wymagająca ściana, z którą trzeba się zmierzyć. Każdą wyprawę i kontakt z górami traktował również jako silne przeżycie mistyczne. Chciał przekraczać kolejne granice, wyznaczać nowe trendy w alpinizmie. I to mu się udało. Zawsze szedł pod prąd. Lubiłam to. Był odważny.

 

W krwiobiegu

Z roku na rok ten związek coraz bardziej mnie jednak wyniszczał. Z perspektywy czasu myślę, że problemem wcale nie były góry, tylko jego upór tu, na ziemi. Owszem, bałam się, kiedy zdobywał szczyt. Ale nie był to strach paraliżujący. Wiedziałam, że jest ostrożny, uznawany przez wielu za wzór bezpiecznych zachowań w górach. Pomimo że ma na swoim koncie ekstremalnie trudne i najbardziej ryzykowne przejścia w Himalajach, zawsze trafnie oceniał swoje siły. Nigdy nie miał żadnego wypadku, co przecież jest rzadkością w tej profesji. Ambicja zdobycia szczytu czy ściany nigdy nie przesłaniała jego zdolności racjonalnego myślenia. Potrafił powiedzieć sobie: nie. Ktoś zawyrokowałby – tchórz. To zła ocena. On po prostu umiał podjąć mądrą decyzję.

 

Uwielbiałam z nim wyjeżdżać, chociaż wędrowałam zazwyczaj sama. Wyglądało to tak – Wojtek wyjeżdżał na wyprawy, ja zabierałam się razem z nim, dochodziłam do ich bazy, a później ruszałam dalej samotnie z porterem, czyli tragarzem, na trekking.

 

Pamiętam wyprawę pod Dhaulagiri (8167 m n.p.m.). Himalaje, jest maj 1981 roku, Wojtek po raz pierwszy razem z Alexem MacIntyre’em, René Ghiline’em i Ludwikiem Wilczyńskim zrobili przejście wschodniej ściany tej góry. To był wyczyn. 18 maja zeszli do bazy. Czekałam tam na Wojtka. Nie spodziewał się mnie. Zrobiłam wokół góry wyczerpujący trekking. Byłam dumna, szłam sama. Nie mogłam doczekać się, kiedy go zobaczę i opowiem szczegóły. Wojtek przywitał się ze mną, po czym jeszcze tego samego dnia poinformował, że musimy szybko zwijać się do Polski, bo planuje kolejną wyprawę… A ja liczyłam, że spędzi ze mną choć kilka dni, razem pochodzimy po szlakach. Chciałam się nim nacieszyć. Tęskniłam. On pewnie też, ale nie zapytał o nic, jak spędziłam dwa miesiące, jak dojechałam, czy było bezpiecznie... Tak bardzo był pochłonięty już następną wyprawą.

 

Schemat się powtarzał. Pojechałam do Islamabadu, stolicy Pakistanu. Musiałam najpierw dojechać pociągiem do Moskwy, tam przesiadka na samolot, później jazda autobusem. Wojtek schodzi z góry, a ja, wyczerpana po podróży, spocona, czekam na niego. Oczywiście z nadzieją, że pobędziemy tu razem przez kilka dni. Pierwsza noc w namiocie…i wszystko jasne. Wojtek myślał tylko o powrocie. Nie zostaliśmy nawet jeden dzień dłużej.

 

Kiedy byłam młoda, nie zdawałam sobie sprawy, że u Wojtka góry nie kończą się tam, wysoko, na wyprawie. One są zawsze, ma je w krwiobiegu. Jest dobrym człowiekiem, ale ma bardzo egocentryczną osobowość. Z czasem przestałam się nad tym zastanawiać, robiłam rzeczy, na których mi zależało. Nigdy mnie w niczym nie ograniczał. Uwielbiałam jeździć w Tatry na narty, kochałam Halę Gąsienicową, przez wiele lat spędzałam tam sama każdą wolną chwilę. Szkoda, że nie pojechał tam ani razu razem ze mną. Chciałam, żeby zobaczył, jak jeżdżę, z kim, poznał moje towarzystwo. On wtedy wspinał się w Morskim Oku.

 

Coraz wyższy mur

Długo wypierałam prawdę ze świadomości, bagatelizowałam liczne sygnały. Udało nam się przetrwać czternaście lat, ale dziś wiem, że powinnam zakończyć małżeństwo zdecydowanie szybciej. Dla naszego dobra.

 

Pierwszy sygnał, że dla Wojtka najważniejsza jest jego pasja, nastąpił tuż po ślubie. Wojtek przed każdą wyprawą intensywnie trenował, żeby utrzymać dobrą kondycję fizyczną. Na treningi zazwyczaj jeździliśmy w krakowskie skałki. Ładował do plecaka kamienie i piętnaście razy bez przerwy wchodził pod górę i schodził w dół. Ja w tym czasie jeździłam na nartach na przeciwległym stoku. Pech chciał, że przy kolejnym zjeździe zwichnęłam kolano. Niesamowity ból. Ledwo doszłam pod skałę, na której trenował. Zszedł. Popatrzył na mnie i zapytał, co mi się stało. „Skręciłam kolano” – to jedyne słowa, jakie byłam w stanie wypowiedzieć. Zwijałam się z bólu. Wojtek obrócił się i stwierdził, że on jeszcze musi wejść na skałkę pięć razy. Po czym zaczął się wspinać. Ściemniało się. Nie wiedziałam, co robić. Wypięłam narty i zaczęłam iść kilka kilometrów w stronę przystanku autobusowego. Jakoś doczłapałam, wsiadłam do ostatniego autobusu. W ostatniej chwili Wojtek wskoczył zdyszany. Usiadł koło mnie i przez całą podróż nie odezwał się słowem. Kiedy to opowiadam, brzmi, jakbym chciała się na nim odegrać. To nieprawda. Chcę pokazać, że człowiek skupiony na swojej pasji często nie zauważa ludzi wokół. Jego umysł był po brzegi wypełniony myślami o górach.

 

Moje kolano wyglądało jak bania. W tym czasie przez chwilę mieszkał z nami kolega Wojtka. Widział, że cierpię. Po dwóch dniach powiedział Wojtkowi: „Chłopie, nie bądź jak zwierz, zawieź ją do szpitala”. Po tym zdarzeniu zaczęliśmy go nazywać zwierz, i tak to przylgnęło do Wojtka, że stało się jego naturalnym pseudonimem. Mało kto wie, skąd się wziął.

 

Wtedy po raz pierwszy zapaliła mi się czerwona lampka. Byłam jednak za słaba, by podjąć radykalne kroki. Usprawiedliwiałam go. Liczyłam, że się zmieni. Złościłam się, po czym znów odpuszczałam. Przez te lata wspólnego życia nie nauczyliśmy się razem rozmawiać. To z czasem budowało coraz większy mur między nami, utajone pretensje.

 

On wyjeżdżał, a życie toczyło się swoim rytmem do 1981 roku.

Zaszłam w ciążę. Nie planowaliśmy dziecka, nigdy nawet o tym nie rozmawialiśmy. Podświadomie nikt z nas nie był na to gotowy. Ale życie pisze swoje scenariusze.

 

Wojtek pojechał na kolejną wyprawę. Ja w siódmym miesiącu, mdłości, przestraszona, ospała. Nasze życie za chwilę ma się wywrócić do góry nogami, a nie ma nawet urządzonego miejsca dla dziecka. Nie mogłam usiedzieć w domu. Spakowałam rzeczy do starego volkswagena i ruszyłam do Niemiec, do mojej ciotki. Ciężka zima, w aucie szron, po kilkunastu godzinach dotarłam na południe Niemiec. Czułam się fatalnie, miałam dreszcze. Przestałam czuć ruchy dziecka. Poroniłam w sypialni. Po wyjściu ze szpitala chciałam jak najszybciej wrócić do Polski. 13 grudnia 1981 rok, siedzimy z ciotką przy stole, w radiu komunikat, że w Polsce wprowadzono stan wojenny. Wróciłam do Krakowa kilka dni później. Gdzieś w połowie stycznia w drzwiach mieszkania stanął Wojtek. O wszystkim wiedział, bo wcześniej dostał ode mnie wiadomość, a nawet nie zapytał, jak się czuję. Co się w ogóle stało. To był gwóźdź do trumny tego małżeństwa.

 

Koniec złudzeń

Odchodzenie od Wojtka było długim procesem, takich decyzji nie podejmuje się ot, tak. Wiedziałam jednak, że jeśli tego nie przerwę, nie dam sobie szansy na szczęście. Zniszczy mnie uczucie do niego. Zrozumiałam, że cokolwiek zrobię, tylko ja ponoszę w pełni za to odpowiedzialność.

 

Tego dnia, gdy Wojtek wrócił ze skałek, zdobyłam się na odwagę i w końcu wykrztusiłam z siebie: „Chcę rozwodu”. Długa chwila milczenia. „Dlaczegoż to?” – zapytał buńczucznie. Uznałam, że powtarzanie ciągle tych samych argumentów nie ma sensu. Podjęłam decyzję.

 

Na początku nie chciał o tym słyszeć, ale nie miał wyjścia. Mieszkaliśmy razem jeszcze ponad rok w separacji. W końcu wyprowadził się do wynajętego mieszkania.

 

Czy się bałam? Rozwiodłam się na własne życzenie, mając 42 dwa lata. W tamtych czasach niewiele kobiet zdecydowałoby się na taki krok. Zaczynać życie od nowa w takim wieku było pomysłem szalonym, ale też jedynie słusznym. Doszłam do wniosku, że nie mogę karmić się złudzeniami.

 

Po kilkunastu latach małżeństwa pragnęłam, by ktoś zajął się mną, był przyjacielem, na którego mogę liczyć. Widziałam, jak mijały kolejne lata, moje zdrowie się sypało – walczyłam z potwornymi migrenami. Pracowałam wtedy w szpitalu psychiatrycznym w krakowskim Kobierzynie. Po bułgarystyce poszłam bowiem na drugi kierunek studiów, na psychologię, i w ten sposób znalazłam się jako psycholog w Kobierzynie.

(,,,)

Pyta mnie pani, czy noszę w sobie żal do Wojtka? Nie. Dziś może nie mamy częstego kontaktu ze sobą, ale był okres, że po rozwodzie nawet się niemal przyjaźniliśmy. Wydawało mi się, że mogę na niego liczyć, że gdybym go poprosiła, pomógłby mi finansowo – tak deklarował.

 

Nie umiałam brać

Do dziś jest dla mnie zagadką, dlaczego związałam się z mężczyzną, którego miłością nie byłam ja, tylko góry. Myślę, że tak naprawdę byłam nadwrażliwa, uległa, słaba, chociaż na zewnątrz sprawiałam wrażenie niezależnej, ostrej. Nigdy się nad sobą nie rozckliwiałam, ale zbyt empatyczna reakcja na świat mnie pogrążała. Odbierała radość.

 

A może gdybym potrafiła egzekwować pewne rzeczy, wyznaczać granice, moje małżeństwo wyglądałoby inaczej? To zrozumiałam dopiero z czasem. Już po rozwodzie uświadomiłam sobie, gdzie popełniam błąd. Wskazał mi to mężczyzna w klubie buddyjskim w Krakowie. Rozpakowywaliśmy paczki z zagranicznymi darami, które w czasie stanu wojennego do nas trafiały. Znajomi mówią: „Zobacz, jakie ładne spodnie, weź dla siebie”. Zawsze odmawiałam. Wydawało mi się, że są ludzie, którzy mają większe potrzeby. W końcu usłyszałam: „Ewa, nauczże się też brać”.

 

Zapewne ważnym czynnikiem było to, że wychowałam się bez ojca. Właściwie wychowały mnie kobiety. Może dlatego nie umiałam ułożyć sobie relacji z mężczyznami. Brak męskiego wzorca w życiu dorastającej dziewczynki jest kalectwem. Niestety, w moim przypadku nikt nie miał na to wpływu.

(…)

Dziś kocham swoją samotność. Nie jestem ofiarą. Nie żałuję niczego. Małżeństwa, wspólnych lat młodości. Po rozstaniu z Wojtkiem nigdy nie związałam się z żadnym himalaistą, ale mężczyźni pojawiali się w moim życiu. Byli całkiem inni, jednak z żadnym nie jestem do dziś. Wybrałam życie pielgrzyma. Mam duszę nomady, wędrowca. Gdyby nie wiek, włóczyłabym się po górach i po świecie. Podziwiała świat z wysokości tysięcy metrów. 

 

Fragment opowieści Ewy Kurtyki, byłej żony czołowego polskiego wspinacza, pochodzi z książki Katarzyny Zdanowicz "Zawsze mówi, że wróci" o żonach i partnerkach himalaistów, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czerwone i Czarne. Autorka, na co dzień dziennikarka TVN24, rozmawiała także z Katarzyną Wielicką, Izabelą Hajzer, Elżbietą Pawlikowską, Elżbietą Dąsal, Anielą Łukaszewską, Anną Solską Mackiewicz, Aleksandrą Leksińską i Agnieszką Korpal.