Jak być może już wiecie, moją drugą pasją obok gór są gry komputerowe. Rzadko się zdarza, że te tematy idą w parze. Lecz jeśli już tak się dzieje, to jest duża szansa, że stoją za tym Polacy.

 

Jakiś czas temu krakowskie studio Draw Distance zapowiedziało poświęconą himalaistom przygodówkę „Far Peak”. Projekt ten wylądował niestety w zamrażarce, ale podobno nie został skasowany i czeka na swoją kolej. Rzeczywistość, także ta wirtualna, nie znosi jednak próżni i na horyzoncie pojawił się „Climber: Sky is the limit”. To kolejna powstająca nad Wisłą produkcja, próbująca przenieść himalaizm na monitory. Podczas targów Poznań Game Arena miałem okazję chwilę zagrać i zamienić parę zdań z twórcami.

 

Trzeba przyznać, że pracujące nad wirtualną wspinaczką ekipy A2 Softworks i Art Games Studio podjęły się bardzo ambitnego przedsięwzięcia. Próbują bowiem zrobić symulator himalaisty (swoją drogą, chyba co druga obecnie robiona w Polsce gra to symulator czegoś) mierzącego się z najwyższymi górami globu. Nad merytoryczną częścią projektu czuwa zdobywca sześciu ośmiotysięczników, Paweł Michalski. Z tego, co mi powiedziano, bardzo dąży on do tego, by gra jak najwierniej prezentowała zmagania ze szczytem i momentami trzeba wręcz hamować jego pęd ku realizmowi. Raczej więc nie ma obaw, że polska gra będzie prezentować się jak absolwent szkoły wspinaczki imienia „Granic wytrzymałości”.

 

Kibicuję temu projektowi, ale mam też spore obawy. Szczególnie obawiam się sytuacji, w której dla statystycznego gracza produkcja okaże się zbyt skomplikowana, natomiast osoby na wyrywki znające „Mój pionowy świat” i „Wszystko za Everest” będą kręcić nosem na wszelkie uproszczenia. A tych, siłą rzeczy, musi być sporo.

 

Dlatego w tego typu grach odpadają takie żelazne punkty każdej wyprawy jak cierpliwe wyczekiwanie na okno pogodowe, konieczność aklimatyzacji, żmudne krążenie między obozami czy poręczowanie. Nie ma też zespołu i wspinamy się samotnie, a zabawa kończy się w momencie wejścia na wierzchołek, czyli odpada droga powrotna, która w rzeczywistości bywa dużo niebezpieczniejsza niż podejście.

 

A o co trzeba zadbać? Choćby o odpowiednie wyposażenie, a także wybranie sponsora, który w zamian za zastrzyk gotówki stawia pewne wymagania, jak na przykład osiągnięcie wierzchołka w odpowiednim czasie. Przy zdobywaniu wirtualnego szczytu kluczowe są także takie kwestie, jak umiejętne spakowanie plecaka, biwakowanie czy wcinanie batonów energetycznych, gdy nasz górołaz opada z sił. Trzeba także opanować elementy zręcznościowe oraz strategiczne.

 

Idealne wyważenie tych składników i znalezienie złotego środka między wiernym oddaniem realiów walki z himalajskimi kolosami, a zapewnieniem wciągającej rozrywki może być niezwykle trudne. Sam mam trochę problem z zaakceptowaniem tego, że zmęczenie czy temperatura naszego cyfrowego wspinacza, przedstawione są po prostu jako rząd cyferek. Zamiast obserwować statystyki, wolałbym słyszeć jak mój lodowy wojownik coraz ciężej dyszy, a każdy krok sprawia mu większy problem.

 

W żadnym razie nie chcę was jednak do gry zniechęcać. A wręcz przeciwnie – zachęcam, abyście przetestowali ją sami, instalując wersję demo. Jest ona dostępna za darmo na Steamie, a pozwala spróbować swoich sił w walce z Manaslu. Wprawdzie w obecnym stanie gra jest jeszcze mocno niedopracowana, ale ta próbka powinna wystarczyć, aby wyrobić sobie o niej wstępne zdanie. Jeśli „Climber: Sky is the limit” Wam się spodoba lub zauważycie w nim potencjał, to zajrzyjcie na Kickstartera. Do 19 listopada autorzy zbierają tam pieniądze na dokończenie projektu, więc możecie pomóc Polakom zapisać kolejną stronę w historii himalaizmu. Tym razem tego wirtualnego.