Patagonia to dla fotografa prawdziwa ziemia obiecana. Kraina słynie bowiem z ekstremalnych warunków pogodowych i huraganowych wiatrów. Kadry powstają tu naprawdę niesamowite.

 

Ale ja miałem szczęście. Znajdujące się na końcu cywilizowanego świata Andy Patagońskie ugościły mnie wyjątkowo piękną pogodą, rzadko spotykaną w tym rejonie. Podczas mojego trekkingu było sporo słońca, a bezchmurne niebo towarzyszyło mi nawet przez całe dnie.

W Parku Narodowym Los Glaciares w Argentynie chodziłem sześć dni, odwiedzając jego najpiękniejsze miejsca. W tych najlepszych zakładałem biwaki i fotografowałem okolice o każdej porze dnia i nocy. Szczególnie zapadły mi w pamięć dwa niezwykłe miejsca.

 

 

Biwak na Pliegue Tumbado był moim pierwszym noclegiem w tej części Patagonii. Szczyt słynie z najdoskonalszego widoku na Fitz Roy i Cerro Torre – najładniejsze szczyty argentyńskiej Patagonii. Wtedy przez cały dzień nie było ich widać, bo zasłoniła je czapa chmur. Ale po nocnych wiatrach, gdy wyszedłem z namiotu jeszcze grubo przed świtem, oniemiałem. Wszystkie chmury zniknęły i wreszcie pokazały się andyjskie ikony!

 

 

Przy Lagunie de los Tres było już lepiej - znacznie lepiej. Chciałoby się powiedzieć, że aż za dobrze, bo brak chmur to zmora każdego fotografa. Ale widok, który roztacza się z moreny na turkusowe jezioro i idealnie wykute w granicie kształty szczytów jest tak oszałamiający, że zadowoli nawet największego malkontenta.