Wróciłem w Bieszczady po 25 latach. To nie jest tylko taka kurtuazyjna, okrągła data, żeby ładnie w tekście wyglądało. Tak się po prostu zdarzyło, że od czasów licealno-studenckich na Podkarpaciu moja noga nigdy nie stanęła. Ostatni raz było to dokładnie w 1995 roku, gdy Andrzej Woźniak zatrzymał reprezentację Francji i został okrzyknięty księciem Paryża. Kobiety mogą się śmiać z piłki nożnej, ale dzięki takim wydarzeniom mogę dokładnie powiedzieć, kiedy byłem na kempingu w Ustrzykach Górnych.

 

Przez te wszystkie lata zniechęcał mnie skutecznie fakt, że dłużej jadę z Poznania w Bieszczady niż w rozległe Alpy. Szczerze więc przyznam, że pewnie bym się tu nie znalazł, gdyby nie powszechnie znana sytuacja epidemiologiczna na świecie. Z podobnego jak ja założenia wyszły w tym roku tysiące Polaków, ale spokojnie – nie będę narzekał (może poza jednym wyjątkiem). Bo zawsze uważam, że w górskie szlaki trzeba się odpowiednio wpasować.

 

Z Chmielu trochę daleko

Bazą dla naszej kilkuosobowej ekipy jest Chmiel. Słyszeliście o czymś takim? I nie chodzi bynajmniej o piwny podkład, ale wioskę w gmine Lutowiska, położoną między grzbietem Połoniny Wetlińskiej i Pasmem Otrytu? My też wcześniej nie słyszeliśmy, ale po prostu znaleźliśmy tutaj odpowiedni domek na bieszczadzki tydzień. Był i taras, żeby zjeść śniadanie z widokiem na góry i towarzyszącym szumem Sanu. Był i salon, gdzie można było rozegrać partyjkę „Sabotażysty“, „Hollywood“ albo najzwyklejszego pod słońcem „Chińczyka“. Czego chcieć więcej…

 

Bieszczady, widok z Połoniny Caryńskiej w stronę Tarnicy, fot. Jacek Deneka UltraLovers

 

Jeśli chodzi o górskie szlaki, to niestety w Chmielu jest z tym pewien problem. Jedyna nieoznakowana trasa prowadzi do Chatki Socjologa na Otrycie. To bardzo sympatyczne miejsce, które odzyskuje swój blask dzięki zaangażowaniu ludzi dobrej woli. Ale poza tym wszędzie trzeba dojechać. Tak więc opcja bez własnego auta tu odpada, ale gdy w ekipie jest więcej samochodów, to trasy można urozmaicić – wybierając inny punkt startu i mety. To w Bieszczadach wielki atut.

 

Zaproponuję Wam więc dwie wycieczki – obie w tych stronach wręcz kultowe: Połoninę Caryńską, ale z rzadziej odwiedzanym deserem w postaci Koliby oraz Tarnicę z równie smakowitym podwieczorkiem na Haliczu lub Rozsypańcu.

 

Nocleg na sianie

Brzegi Górne. Osada, o której poza sezonem cały świat zapomniał. Oprócz parkingu i punktu kasowego do Bieszczadzkiego Parku Narodowego stoi tutaj tylko jeden dom i obszerna stodoła. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, to spałem w niej na sianie z licealną ekipą w czasach „nieboszczki młodości‘. To były czasy…

 

A jeszcze przed drugą wojną światową stało w okolicy ponad 120 domów. Ale w 1946 roku wysiedlono do ZSRR wszystkich mieszkańców, a zabudowania zniszczono. Internety podają, że dziś mieszka tu łącznie siedem osób. Nie wchodzę bezczelnie do środka, więc nie wiem, czy to prawda. Lecz gospodarze tak czy inaczej przyciągają dziś turystów fast foodową budką. A że to wioska wciśnięta między Połoniny: Caryńską i Wetlińską, to ruch całkiem spory – i na parkingu i w kolejce po frytki.

 

Aż trudno uwierzyć, że w latach 70. planowano w okolicy budowę domów wczasowych na 10 tys. osób. Tylko w samych Brzegach Górnych, zwanych kiedyś Berehami, miało wypoczywać 3 tys. ludzi. Całe szczęście z tych planów partyjnych dygnitarzy nic nie zrealizowano.

 

Bieszczady, widok z Tarnicy w stronę Szerokiego Wierchu, oraz Połoniny Caryńskiej i Wetlińskiej, fot. Jacek Deneka UltraLovers

 

Cmentarze warto odwiedzać

Ruszamy więc czerwonym szlakiem na Połoninę Caryńską. Dosłownie po dwóch, trzech minutach podejścia wchodzimy do lasu, gdzie po lewej stronie znajduje się stary cmentarz. Kiedy stała tu nawet cerkiew, ale po drugiej wojnie światowej zniszczono ją podobnie jak wszystkie zabudowania poniżej. Część nieistniejących nagrobków wykorzystano nawet przy budowie drogi w latach 70.! Niestety, kiedyś podejmowano takie idiotyczne decyzje. Do dziś ocalało więc tylko 11 sztuk.

 

Cicho tu i spokojnie, jakby zmarli chcieli nam o czymś powiedzieć. Kiedy byłem na tej nekropolii w latach 90. młodzież z rekolekcji franciszkańskich przychodziła na msze św. Takie nabożeństwa też zostają w pamięci o wiele bardziej niż te z wielkich świątyń wznoszonych w dużych miastach.

 

Wędrujemy zatem dalej. Podejścia na połoniny i w ogóle na większość bieszczadzkich szlaków są bardzo podobne. Najpierw idziemy ostro pod górę przez las, na którego krańcach najczęściej znajduje się wiata z ławkami. Potem wychodzimy na polany i wspinaczka jest już nieco lżejsza, aż wreszcie osiągamy grzbiet. Nie inaczej jest tutaj. Docieramy na niego po mniej więcej godzinie.

 

Nie jest łatwo tłumaczyć proste rzeczy

– Tata, a co to jest połonina? – pyta mnie teraz 10-letni syn. Niby człowiek wie, był tu nieraz, oglądał setki zdjęć i dziesiątki filmów. Ale gdy przychodzi objaśnić coś w prostych słowach, to człowieka zatyka.

 

– To takie rozległe wysokogórskie łąki, których nie ma w innych rejonach w Polsce – próbuję tłumaczyć jak najbardziej obrazowo. I przypominam sobie, co wyczytałem na tarasie przy śniadaniu w przewodniku.

 

- W Bieszczadach wieją suche wiatry z południa i między innymi dlatego wszystko wygląda tu inaczej niż w innych górach. Nie ma tu górnego lasu świerkowego, który jest na przykład w Karkonoszach. W Bieszczadach las kończy się dużo niżej i od razu po wyjściu z niego widziałeś trawiaste łąki, czyli połoniny – wygląda na to, że jakoś mi poszło, bo syn wyraźnie zadowolony z odpowiedzi od razu prosi o sporą dawkę czekolady. Góry są takim miejscem, gdzie tego smakołyku nigdy mu nie odmawiamy.

 

Pogoda dzisiaj w miarę dopisuje. Chmury trochę zasłaniają nam położone na południe Rawki, ale i tak nie jest źle. Za nami wyrosła sąsiednia Połonina Wetlińska, a przed nami dostrzegamy najwyższą w okolicy Tarnicę. Podobno przy dobrej widoczności można zobaczyć ukraińskie Gorgany, a nawet Tatry. Ale dzisiaj tak dobrze nie ma. Wieje ostro i nawet przystanek na drugie śniadanie nie trwa zbyt długo.

 

Najwyższy punkt na Połoninie Caryńskiej to Kruhly Wierch (1297 m n.p.m.), ale sam spacer całym grzbietem, spokojnym tempem trwa ledwie trzy kwadranse. Trochę dłużej byśmy szli, gdyby naszym celem były Ustrzyki Górne. Ale my skręcamy w lewo, na północ do studenckiego schroniska Koliba.

 

 

Tutaj piwa nie sprzedajemy

Wystarczy kilka kroków, by zejść z grzbietu i od razu jest ciszej i spokojniej. Mamy teraz naprawdę ostrą dzidę w dół i kolana dostają w kość. Przez pół godziny tracimy sporo wysokości i dopiero w lesie teren trochę się wyrównuje. Tutaj na szlaku turystów już niewielu. Jedynie kilkuosobowa rodzina napiera dzielnie do góry.

 

- Daleko jeszcze? – pytają nas zrezygnowani.

 

W ciągu 45 minut tracimy niemal 450 metrów wysokości – to jak na Bieszczady ostre zejście. Koliba nie jest tak znana jak remontowana obecnie – a raczej budowana niemal od podstaw – Chatka Puchatka albo popularna bacówka pod Małą Rawką. Ale pewnie dlatego ma swój klimat. Obecną Kolibę otwarto w 2010 roku, wcześniej stała tu o wiele mniejsza chatka. Teraz to obiekt z prawdziwego zdarzenia. Na szczęście jest cały w drewnie, nikt tu murowanego klocka nie postawił. Polecamy szczególnie zupę pomidorową. Naszemu 10-latkowi smakuje tak bardzo, że prosi o dokładkę. Czeka na nią ponad pół godziny, bo skończył się makaron, a tu podają taki dobry – domowy. Chłopak wiedział, co dobre.

 

Uwagę w jadalni przykuwa coś jeszcze i bynajmniej nie chodzi o środki dezynfekujące, tylko o napis nad bufetem. Otóż decyzją rektora Politechniki Warszawskiej nie można tutaj kupić... alkoholu, nawet niskoprocentowego piwa. Bo bieszczadzka Koliba jest własnością uczelni.

 

– Dlatego tu się wszystko wnosi na plecach – szepczą do nas konspiracyjnie siedzący przy stoliku studenci, gdy komentujemy ten niecodzienny zakaz. Jeden z nich z dumą pokazuję butelkę z jakąś kolorową nalewką. To byłby dopiero deser…

 

Po godzinnej zasłużonej przerwie wdrapujemy się na Magurę Stuposiańską (1016 m n.p.m.). To już typowo beskidzki szczyt, położony centralnie w lesie. I taki też jest dalszy szlak, poprowadzony w lesie szerokimi duktami, choć często rozrytymi przez ciężki sprzęt. Po sześciu godzinach docieramy do Dwernika, gdzie wcześniej zostawiliśmy jeden z samochodów. Dzięki temu zrobiliśmy całkiem przyjemne „kółko“.

 

Lubimy to, co najwyższe

Na drugą wycieczkę proponuję Tarnicę (1346 m n.p.m.). W końcu każdy chce zdobyć to, co najwyższe w Bieszczadach. Znów możemy sobie pozwolić na takie logistyczne ułożenie trasy, że dzięki dwóm autom nie musimy wracać do tego samego miejsca.

 

Startujemy z Pszczelin Widełek, przystanku autobusowego przy drodze z Ustrzyk Dolnych do Górnych. Najpierw idziemy szeroką, ubitą drogą, ścigając się z ciągnikiem, by szybko rychło skręcić w prawo do lasu. I jak na Połoninę Caryńską rozpoczynamy mozolne, ostre podejście, by jak dzień wcześniej po godzinie wędrówki dojść do szałasu. To znak, że zaraz zobaczymy rozległą przestrzeń.

 

 

Wychodzimy na Bukowe Berdo, grzbiet z licznymi piaskowcowymi skałkami. To dla mnie najpiękniejsze miejsce w Bieszczadach – zwłaszcza odcinek, zanim nasz niebieski szlak połączy się z żółtym, prowadzącym z Mucznego. Ludzi nie ma jeszcze tak wielu, bo później do samej Tarnicy będziemy już szli z tłumem turystów. A tu można przysiąść, popatrzeć na najważniejsze góry Podkarpacia i jeszcze w ciszy pomyśleć o życiu.

 

A później to wyłączmy świadomość, że obok nas idą ludzie, tylko ze spokojem niczym Trójkowy Karp - “krok po kroczku” – idźmy przed siebie. Najwyższy punkt Bukowego Berda liczy 1311 m n.p.m., po czym schodzimy ostro w dół na Przełęcz Goprowską. Tu możemy od razu uciec od ludzi, skręcając w lewo w stronę Halicza, Ale kto nie był na Tarnicy, albo wraca tu po 25 latach, idzie pokornie do przodu i zdobywa szczyt do Korony Gór Polski.

 

Niszczą przyrodę, „plażing“ pod szczytem

To jest ten jedyny moment, kiedy chwilę ponarzekam. Godzę się z tłumami turystów na szlaku. Ale nie pojmuję, dlaczego duża ich część nie ma w ogóle szacunku dla przyrody. Ludzie za nic mają zakazy, przechodzą na wierzchołku Tarnicy przez taśmy i rozkładają się na trawie. Jeden z przewodników nawet zwraca im uwagę, że niszczą rośliny, ale szybko zostaje zakrzyczany.

 

Nie dziwię się, że dosłownie kilka dni po naszej wizycie Bieszczadzki Park Narodowy publikuje apel: - „Prosimy nie schodźcie z kopuł szczytowych. Miejsca widokowe są wygrodzone barierami lub taśmami w celach ochronnych“ – prosi dyrekcja i uprzedzając pytanie o ewentualne kontrole dopowiada: - „Nowe tablice informacyjne są jasne i czytelne. My nie możemy też być wszędzie. Samych szlaków pieszych mamy 140 km, a terenu prawie 30 tys. ha. Dla naszego wspólnego dobra bądźmy odpowiedzialni“

 

Jestem daleki od straszenia ludzi mandatami, ale tu strażnik w sezonie powinien stać od rana do wieczora, bo ludzie pomylili góry z plażą we Władysławowie. Budżet instytucji zostałby w sposób znaczący podreperowany.

 

Świat wygląda inaczej

Część ekipy schodzi teraz czerwonym szlakiem do Ustrzyk Górnych, a ja decyduję się na samotną wędrówkę przez Halicz i Rozsypaniec w kierunku Wołosatego. To prawie cztery godziny wędrówki, a że jest już po godzinie 15, więc ruch na tym szlaku niewielki.

 

Znów są więc Bieszczady takie, jakie każdy chciałby oglądać. Puste, dzikie z widokiem na daleką Ukrainę z Pikujem (1408 m n.p.m.) na czele. Trzeba jedynie uważać, by nie zalogować się do sieci komórkowej naszych sąsiadów, bo trochę to może kosztować. Ja tylko przez 40 sekund pobierałem internet, przez minutę rozmawiałem i… ściągnęło 22 złote. Ale co tam, za chwilę dialogu na Haliczu (1333 m n.p.m.) było warto. A że według legendy w średniowieczu zbiegały się tu granice Polski, Węgier i Rusi, to tym bardziej można było czarować.

 

Szlak dalej wiedzie na Rozsypaniec (1280 m n.p.m.). Im później i dalej, tym ludzi coraz mniej. A jeśli już, to spotyka się oryginały, jak pan Jan z Olecka, który Bieszczady pokonuje na boso.

 

– Spróbuj, świat wygląda wtedy inaczej – zachęca mnie do ściągnięcia ciężkich treków. Ale propozycji nie przyjmuję. Życzę tylko zdrowia.

 

Jeszcze przysiadam na szlaku. Wyciągam książkę Adama Robińskiego „Kiczery. Podróż przez Bieszczady“, by zatrzymać w głowie ulotne chwile. Gdy miesiąc później autor zgarnie Grand Prix na Festiwalu Górskim w Lądku-Zdroju, uśmiechnę się na wspomnienie tego dnia. Za kilka albo kilkanaście lat będę to miejsce wspominał jak księcia Paryża w tym roku.

 

Tekst: Tomasz Cylka

 

Dojazd

Do Ustrzyk Górnych dojedziemy przez autostradę A4, Sanok i Ustrzyki Dolne. W wakacje bezpośrednie autobusy są m.in. z Krakowa. Poza sezonem trzeba się przesiadać w Sanoku lub Ustrzykach Dolnych. Na miejscu można złapać autostop do Ustrzyk Górnych. Tu znajdziemy namiary na firmy przewozowe oferujące dojazd na telefon – m.in. do Brzegów Górnych i Dwernika. Numery są na przystankach, przy sklepach i w centrum miejscowości.

 

Szlaki

czerwony, zielony: Brzegi Górne – Połonina Caryńska – Schronisko Koliba 3h ↑↓

zielony, niebieski: Schronisko Koliba – Magura Stuposiańska – Dwernik 2h 45 min ↓ 3h 15 min ↑

niebieski, żółty: Pszczeliny Widełki - Bukowe Berdo – Przełęcz Goprowska – Tarnica 4h 45 min ↑; 3h 30 min ↓

żółty, czerwony: Tarnica - Przełęcz Goprowska – Halicz – Rozsypaniec – Wołosate 3h 45 min ↓; 4h 45 min ↑