Cała historia zaczęła się jesienią ubiegłego roku, kiedy to razem z Anią i Kasią udałyśmy się na słowacką stronę Tatr, do uroczej mieścinki Nowa Leśna (słow. Nová Lesná), aby wykorzystać słoneczny weekend. Niestety, jak to o tej porze roku bywa, na szlaku zaskoczył nas śnieg. Może nie było go jakoś szczególnie dużo, jednak zrobiło się na tyle ślisko i niestabilnie, że trasę trzeba było zmodyfikować.

 

Pierwotny plan zakładał przejście przez Polski Grzebień i Rohatkę do Zbójnickiej Chaty. Pełne zapału dojechałyśmy pierwszą elektriczką do Tatrzańskiej Polanki. Doskwierał lekki mróz i żwawym krokiem ruszyłyśmy realizować nasz plan. Minęłyśmy jedynie turystów czekających przy wejściu na szlak na swoich przewodników.

 

- Pewnie idą na Gerlach, fajnie mają - pomyślałyśmy.

 

Konieczna zmiana planów

W hotelu górskim Dom Śląski (zwanym potocznie familokiem) zrobiłyśmy krótką przerwę na śniadanie. Z kanapką w ręku obserwowałyśmy przewodników z klientami szykujących się do wyjścia w wyższe partie Tatr. Jaka to musi być wielka wyprawa - wielkie plecaki, kaski, uprzęże, liny, raki, czekany. Wszyscy byli oszpejowani, jakby mieli w stylu oblężniczym zdobywać himalajskie ośmiotysięczniki! Ogrom przygotowań, jaki musiał zostać włożony w zorganizowanie wyjścia na Gerlach zrobił na nas wrażenie.

 

Onieśmielone ruszyłyśmy grzecznie zielonym szlakiem w stronę Polskiego Grzebienia (słow. Poľský hrebeň, 2200 m n.p.m.), zerkając co jakiś czas na grupki zbaczające ze szlaku, udające się w stronę Wielickiego Żlebu. Im wyżej, tym ilość świeżego jesiennego śniegu dawała nam w kość. W niskich podejściówkach miałyśmy wrażenie, że jesteśmy na lodowisku - jeden krok w górę, dwa kroki w dół. Ostatecznie padła decyzja o odwrocie, wracamy w stronę Tatrzańskiej Magistrali.

 

Tatry Słowackie, wschód słońca na Gerlachu to widok z gatunku niezapomnianych,
fot. Bogdan Bafia Fotografia

 

Słońce już mocno przygrzewało, a my spacerowym tempem przeszłyśmy w dobrych nastrojach nad Staw Batyżowiecki (słow. Batizovské pleso, 1884 m n.p.m.). Zmiana planów nie wpłynęła źle na nasze morale. Dolina Batyżowiecka, razem z położonym u jej wylotu polodowcowym stawem to urokliwe i magiczne miejsce. Jeżeli was tu jeszcze nie było, koniecznie tu zawędrujcie! Popas na kamieniach nad brzegiem wody to punkt obowiązkowy każdego spaceru magistralą.

 

A może Król i dla nas?

I wtedy to, podczas takiej leniwej przerwy, zobaczyłyśmy grupki ludzi schodzące ścieżką z przeciwnej strony wody. Czy to możliwe, że to pierwsi dzisiejszy zdobywcy Gerlacha? I w tym właśnie momencie narodził się projekt zdobycia najwyższego, tatrzańskiego szczytu (2655 m n.p.m.).

 

Przy okazji Dnia Kobiet spędzanego w tatrzańskiej Roztoce chęci zostały potwierdzone. Aż tu nagle spadła bomba - pandemia koronawirusa, zamknięcie gór, lasów, schronisk, zakaz zgromadzeń, szlabany na granicach. Niepewność dręczyła na całe trzy miesiące. Wyobraźcie więc sobie naszą ulgę, kiedy ponownie otwarto Tatry, a Słowacja zaprosiła nas do siebie.

 

 

Reisefieber się udziela

Nadszedł tak wyczekiwany przez nas lipiec. Im bliżej terminu, tym większy reisefieber nas ogarniał. Z Gliwic ruszyłam niczym Hołowczyc w stronę Tatr i na kolację bryndzowe haluszki i frankovka modra nie smakowały nam tak dobrze, jak tego wieczoru. Spędziłyśmy go w kolibie w Nowej Leśnej, zastanawiając się, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień.

 

Z jednej strony byłyśmy spokojne, bo wiedziałyśmy, że Andrzej Mikler – nasz przewodnik - w tym tygodniu już dwa razy wchodził na Gerlach. Zna więc warunki na trasie. Jednak z tyłu głowy było trochę obaw, bo dwie noce temu na szczytach Tatr pojawił się śnieg. Na szczęście wszystkie prognozy pogody były mimo wszystko zgodne - ma być lampa.

 

Tatry Słowackie, urwiste ściany Tatr wydają się nie do zdobycia,
fot. Bogdan Bafia Fotografia

 

Wieczny Deszcz na nas pada

Z Andrzejem spotykamy się w Tatrzańskiej Polance (słow. Tatranská Polianka) o godz. 5.45. Rano parking bardzo szybko się zapełnia, tego dnia sporo osób miało zaplanowane wyjścia pozaszlakowe. Dzięki Andrzejowi mamy zapewniony wjazd samochodem aż pod sam Dom Śląski. Dwie godziny maszerowania szlakiem zaoszczędzone, a jaka to frajda choć raz wjechać do schroniska!

 

W Domu Śląskim szybkie przegrupowanie, szybka toaleta i ruszamy. W końcu następuje chwila, na którą czekałyśmy od zeszłej jesieni. Ubieramy się, zakładamy rękawiczki i czapki. Pomimo braku chmur, z doliny wieje lodowaty wiatr. Jest przecież wcześnie rano, a my idziemy w cieniu. Mijamy Wielicki Staw oraz skalne rumowisko, na którym widzimy dwa świstaki. Mają tam swoje nory, nic nie robią sobie z obecności ludzi.

 

Przechodzimy pod skałami nazywanymi Wiecznym Deszczem. To przewieszona formacja, z której zawsze kapie woda, do tego ubezpieczona jest w niezliczoną ilość ekspresów. Prowadzi tam wiele krótkich dróg wspinaczkowych. Dochodzimy do progu Doliny Wielickiej i w okolicach tzw. Wielickiego Ogrodu, schodzimy ze znakowanej drogi. Wreszcie odbijamy w stronę opadającego do doliny Wielickiego Żlebu.

 

 

Tu można się przestraszyć

Na Gerlach wchodzimy drogą normalną przez Wielicką Próbę. Jak pisał w swoim przewodniku Józef Nyka - droga ta jest “piękna i bardzo pouczająca, ale niełatwa i wielce skomplikowana orientacyjnie”.

 

Idzie się bardzo dobrze. Grupki powoli się rozdzielają. Ostatecznie wszyscy tak się rozpierzchną na całej trasie, że nikt nikomu nie będzie przeszkadzał. W końcu i nas dosięgają promienie słońca, robi się coraz cieplej. Dolina Wielicka w pierwszych promieniach słońca jest po prostu magiczna. Andrzej pokazuje nam florę rosnącą przy ścieżce. Jest przecież lipiec, górskie kwiaty akurat są w szczycie kwitnienia.

 

Zachwycone widokami i otaczającym nas krajobrazem, niepostrzeżenie docieramy do wylotu Żlebu i sławnej Wielickiej Próby. Jest to ubezpieczona klamrami i bolcami 15-metrowa ściana.

 

- To pierwszy sprawdzian na trasie – mówi Andrzej. Jeżeli w tym miejscu nie pojawi się strach czy blokada, dalsza część trasy również powinna zostać pokonana bez problemów.

 

Zakładamy kaski, uprzęże, wiążemy się liną. Andrzej pierwszy pokonuje Próbę, obserwuje nas z góry i jednocześnie asekuruje. Ściana jest w odpowiednich miejscach ubezpieczona, nie sprawia trudności. Ale czy faktycznie jest tak łatwa, jak się nam to wydało? To nasze subiektywne odczucie – my przeszłyśmy ten fragment bezproblemowo, ale zdaję sobie sprawę, że osoby z lękiem przestrzeni, czy nieobyte z ekspozycją, mogą dostać w tym miejscu blokady. Dlatego przewodnicy podkreślają, aby wybierając się na jakikolwiek szczyt poza szlakiem, gdzie trasa jest eksponowana, mieć już doświadczenie na ubezpieczonych, skalnych szlakach jak np. Rysy, czy też Orla Perć.

 

Nareszcie widać krzyż

Pierwszy etap już za nami. Przed nami niedługie podejście tzw. terenem jedynkowym do miejsca zwanego potocznie “półką śniadaniową”. Jest to niewielkie wypłaszczenie na podejściu, gdzie zwykle robi się przerwę na posiłek. Rozsiadamy się wygodnie. Wyciągamy kanapki, bakalie, termosy i podziwiamy widoki na znajdujące się teraz przed nami szczyty – Staroleśny (słow. Bradavica, 2476 m n.p.m.) i Sławkowski (Slavkovský štít, 2452 m n.p.m.).

 

Tatry Słowackie, krzyż na szczycie (2655 m n.p.m.), wyżej w Tatrach wejść się nie da,
fot. Bogdan Bafia Fotografia

 

Po przerwie dochodzimy do grani. Teraz musimy przewinąć się na drugą stronę przez Przełączkę pod Kotłem, gdzie czeka nas trawers ponad Gerlachowskim Kotłem. Przyznam się, że dla mnie właśnie ten odcinek był najbardziej wymagający. Pokonujemy całość sprawnie, jednak trzeba liczyć się tu z technicznymi trudnościami wśród skał. Należy odpowiednio szukać chwytów i stopni, a kilka razy nawet odbić się z nogi, by wejść wyżej.

 

Dalej trawers pod Małym Gerlachem (2601 m n.p.m.), co chwilę schodząc i wchodząc, brniemy wśród skał, żeber i żlebików. W końcu powoli naszym oczom ukazuje się szczyt i charakterystyczny krzyż umieszczony na wierzchołku w 1997 roku. Mimo wszystko nadal emocje trzymamy na wodzy. W końcu nie jesteśmy w łatwym terenie i cały czas trzeba zachować czujność. Wiatr także nie jest naszym sprzymierzeńcem. Według danych pogodowych, tego dnia podmuchy sięgały nawet do 50 km/h!

 

Wielka radość na szczycie

Na samym wierzchołku siedzi kilka ekip. Zanim jednak siadamy na dobre, Andrzej bierze nas pod sam krzyż. Przybijamy sobie wszyscy piątki i gratulujemy zdobycia tatrzańskiego króla (Gerlach, 2655 m n.p.m.). Teraz dopiero przychodzi czas na szybką herbatkę, czekoladę, SMS-y do najbliższych. W sumie przerwa wydłuża się do całych 20 minut.

 

Z najwyższego szczytu Karpat rozciąga się imponująca wręcz panorama na 360 stopni. Widzimy oddalone Tatry Bielskie, dolinę Wielicką z niziutko położonym Polskim Grzebieniem. Dalej ukazują się nam szczyty - Jaworowy (słow. Javorový štít, 2418 m n.p.m.) i Lodowy (Ľadový štít, 2627 m), a także Durny (Pyšný štít, 2623 m) i Łomnica (Lomnický štít, 2633 m). Najbliższej nas cały czas najlepiej widać Sławkowski i Staroleśny Szczyt. Szybki obrót na zachód, a tam Kończysta (Končistá, 2537 m), Krywań (Kriváň, 2495 m), Wysoka (Vysoká, 2547 m), Rysy (2503 m), a nawet znajoma Orla Perć.

 

To jednak nie czas na rozluźnienie i świętowanie. Przed nami wymagające zejście Batyżowieckim Żlebem. Wszyscy wiemy, że najwięcej wypadków w górach zdarza się podczas schodzenia. Czujność z naszej strony nadal jest zatem wzmożona. Każde spojrzenie nie pod nogi, a przed siebie kończy się zachwianiem i utratą równowagi.

 

 

Przewodnik zna każdy kamień

Sam żleb jest stromy i kruchy. Trzeba bardzo uważać, gdzie stawia się stopy, aby nie zrzucić na nikogo kamieni. W kilku miejscach również zainstalowane są łańcuchy oraz pręty i bolce. Andrzej korzysta z nich, aby asekurować nas przy bardziej stromych momentach. Czujemy na każdym kroku, że jesteśmy w dobrych rękach.

 

Bardzo szybko tracimy zdobytą wcześniej wysokość, teren jednak nie odpuszcza. Czekała nas jeszcze jedna próba charakteru i umiejętności - Batyżowiecka Próba. Pionowa, 6-metrowa ściana, ubezpieczona klamrami, momentami nawet lekko przewieszona. Przyznam, że to miejsce, które wymagało od nas największej uwagi, skupienia i koordynacji. Tym bardziej, że do wszystkiego dochodzi zmęczenie. Najważniejsze jest tutaj to, byśmy związane liną pokonywały ten fragment w sposób zsynchronizowany.

 

Na szczęście nasz przewodnik zejście Batyżowieckim Żlebem ma w małym paluszku. Świetnie lawiruje między skałami. Wie, za którym kamieniem trzeba skręcić, przy której płycie trzymać się bliżej ściany i w którym miejscu na są odpowiednie stopnie. Bardzo nam w tym momencie imponuje. Tym bardziej, że orientacja na całej trasie na Gerlach nie jest łatwa, a znajomość drogi bywa kluczowa. Nie znając terenu, czy podczas podejścia, czy podczas zejścia, ryzykujemy utknięciem w niebezpiecznym miejscu bez możliwości powrotu. Zdecydowanie odradzam pchanie się tam na własną rękę, bez uprawnionego fachowca u boku.

 

 

Jak to było możliwe?

Próba pokonana, czekają nas już tylko ostatnie metry wśród skał Białej Ściany, krótki odcinek przez płat śniegu i ostateczne wypłaszczenie terenu. W tym miejscu Andrzej już oficjalnie nas rozwiązuje, ściągamy kaski i uprzęże. Przysiadamy pośród want na krótką chwilę, gratulujemy sobie bezpiecznego przejścia, robimy zdjęcia na tle żlebu. Jak on wygląda!

 

Patrząc na niego z dołu nasuwa się tylko jedno pytanie: - Jak? Jakim cudem tamtędy poprowadzona jest droga, którą właśnie zeszłyśmy?

 

 

Batyżowiecki Żleb oglądany z dna doliny wywołuje w nas ciarki, wygląda bardzo groźnie. Wstajemy i ścieżką oddalającą się od tatrzańskich ściany ruszamy w stronę Batyżowieckiego Stawu. Do miejsca, w którym niejako zamykamy pętlę. To tutaj rok wcześniej postanowiłyśmy, że my też wejdziemy na Gerlach. Słowa dotrzymałyśmy.

 

Chwila refleksji i duma docierają do nas powoli. W Domu Śląskim siadamy we czworo z dobrą kawą w ręku. Pod opieką Andrzeja spędziliśmy rewelacyjny dzień w Tatrach. Przewodnik zaimponował nam ogromem swojej wiedzy, a przede wszystkim czujnością i dbaniem o nasze bezpieczeństwo. Cała trasa zajęła nam 7 godzin i 20 minut. Dokładnie 3 godziny i 40 minut w górę i w dół.

 

Na dole słońce nadal grzeje, a my dumne udajemy się do Starego Smokowca na zasłużony obiad. I niech podsumowaniem tego dnia będą słowa kelnera w Kolibie, który dowiedziawszy się, że właśnie zdobyłyśmy Gerlach zapytał: - To co? Piwo?

 

Tekst: Joanna Waryszak 

06/2020

 

 

Dojazd

Samochodem do Starego Smokowca najlepiej dojechać z ominięciem Zakopanego. W Nowym Targu kierujemy się na Białkę. Na rondzie przed Bukowiną Tatrzańską skręcamy na Jurgów i drogą krajową nr 49 wjeżdżamy na Słowację. Kilka kilometrów za Smokowcami jest Tatrzańska Polanka.

Komunikacją zbiorową trzeba najpierw dojechać busem do Łysej Polany, a stamtąd kursują słowackie autobusy (rozkład jazdy na www.sadpp.sk).
Z powodu pandemii zawieszona została linia Zakopane - Poprad (Strama). Aktualnie na stronie przewoźnika widnieje informacja, że w roku 2022 linia nie będzie kursować.

 

Przewodnik

Na Gerlach można wejść tylko i wyłącznie z przewodnikiem IVBV/UIAGM. Można skorzystać z agencji działających po obu stronach granicy.