Cztery godziny dzielą nas od parkingu na Siwej Polanie do szczytu Grzesia, gdzie po raz pierwszy robimy wielkie „Wow”. Ale warto poświęcić się wczesnym rankiem, by potem przez kilka godzin cieszyć oczy wspaniałymi panoramami. Grań Tatr Zachodnich to jest niezapomniana pętla.

 

 

Dolina Chochołowska. Ta, która każdej wiosny jest na ustach niemal wszystkich Polaków. Gdy tysiące ludzi przyjeżdżają tu, by zobaczyć kwitnące krokusy. Rozjeżdżają pobocza, zadeptują kwiatki, byle tylko strzelić sobie selfie na tle fioletowego koloru.

 

Chyba że jest pandemia koronawirusa. Za sprawą lockdownu i „Zostań w domu” w tym roku nie było pospolitego ruszenia. Krokusy mogły cieszyć się wolnością i spokojnym życiem. W sezonie też jest tu o wiele ciszej niż w sąsiedniej Dolinie Kościeliskiej, żeby o Murowańcu czy Kasprowym Wierchu nie zapominać. Zapomnijcie więc o krokusach i ruszajcie z nami do Doliny Chochołowskiej.

 

Początek na rozruszanie mięśni

Parking na Siwej Polanie, godzina 5. Na placu tylko kilka samochodów. To pewnie ci, którzy śpią w schronisku. Dlatego warto wstawać wcześnie, by potem nie kląć w korkach.

 

Plan na dziś nasza 4-osobowa ekipa ma bardzo ambitny. Najpierw spacer doliną do schroniska, potem wejście na Grzesia. I klasyczne przejście przez najpopularniejsze szczyty Tatr Zachodnich: Rakoń, Wołowiec, Jarząbczy i Kończysty z krótkim skrętem, by wejść na Starorobociański Wierch. Potem jeszcze długie zejście przez Trzydniowiański Wierch z powrotem do samochodu. Według mapy, to prawie 14 godzin wędrówki i niemal 31 km na szlaku. Ale spokojnie, można to podzielić na dwa odcinki z noclegiem na Polanie Chochołowskiej. Tylko zarezerwujcie nocleg, bo gleba tu nie wchodzi w rachubę.

 

Czas mamy idealnie zaprogramowany na spokojny trekking aż do zmierzchu. Nie jesteśmy biegowymi harpaganami. Nie bijemy rekordów, tylko lubimy iść spokojnie. Jak to pisał miesiąc temu na łamach „Na Szczycie” Wojtek Szatkowski – „Idź w góry, gdy masz dla nich czas”. Ta słowa są naszą dzisiejszą wskazówką.

 

Dla takiego spotkania warto wejść na Wołowiec z samego rana,
fot. Kuba Witos

 

Janosik żenił się z Maryną

Dwie godziny doliną do schroniska to czas na poranną rozgrzewkę i rozruszanie leniwych mięśni. Pewnie wszyscy wiecie, że w 1983 roku Jan Paweł II spotkał się tu bez kamer z Lechem Wałęsą, więc nie będę nikogo zanudzał. Ale młodszym przypomnę tylko, że kaplica pw. św. Jana Chrzciciela, która stoi niedaleko schroniska, na polanie pod lasem, została zbudowana, gdy w latach 70. kręcono popularny wtedy serial „Janosik”. Ślub tytułowego bohatera z Maryną wyciskał łzy, bo niemal sprzed ołtarza trafił on na szubienicę. A serial wciągał młodszych i starszych, takie to były czasy.

 

Ogromne jak na Tatry schronisko na Polanie Chochołowskiej (1146 m n.p.m.) zostało wybudowane kilka lat po drugiej wojnie światowej. Wcześniej w tym miejscu stał budynek Warszawskiego Klubu Narciarskiego, ale Niemcy spalili je w styczniu 1945 roku. Tak czy inaczej, miesiąc później sprowadzano tutaj rannych partyzantów ze Skrajnego Salatyna. To wydarzenie upamiętnia tablica przymocowana na murze schroniska.

 

Stąd ruszamy na Grzesia. Razem z nami idzie kilka osób, które nocowały w schronisku. Jest kilka minut po godzinie 7. Spokojne podejście zakosami nie zmusi nas do maksymalnego wysiłku, ale wysokość trzeba zdobyć. Przypominam sobie tragiczne wydarzenia z sierpnia ubiegłego roku, gdy nad Tatrami przechodziły gwałtowne burze. Pięć osób zginęło, ponad 150 zostało rannych. Epicentrum wydarzeń znajdowało się nad Giewontem. Dlaczego więc wspominam te wydarzenia na tym podejściu?

 

Znów przywołam Wojtka Szatkowskiego, który na jednym z górskich spotkań opowiadał, że tamtego dnia - 22 sierpnia 2019 roku schodził właśnie z Grzesia. Już słychać było grzmoty w oddaleniu, tymczasem do góry pchali się turyści. Ostrzegał ich i radził wracać, ale oni - jak gdyby nigdy nic - szli na szczyt.

 

Górka jak w Beskidach

Grześ (1653 m n.p.m.) - niepozorna jak na Tatry górka. Bardziej przypomina Baranią Górę niż honorny, tatrzański szczyt. Łatwo tu wejść z każdej strony świata.

 

Może dlatego to właśnie na Grzesiu spotykali się w latach 80. polscy i czechosłowaccy opozycjoniści. Nie będę wymieniał ich nazwisk, bo dzisiaj polityka nas Polaków dzieli jak nigdy, a w górach powinniśmy o tych sporach zapomnieć. Ale warto wiedzieć, że byli ludzie, którzy wymieniali się tu na przykład zakazaną literaturą. Bez względu na to, że groziły im za to surowe kary. Z zachodniej, słowackiej strony prowadzi zielony szlak ze Zverovki. Idzie on pod grzbietem Osobitej (1687 m n.p.m.), charakterystycznej góry, która stoi sobie z boku, jakby nie należała do Tatr. Szkoda, że ponad 30 lat temu z powodu ochrony przyrody zamknięto szlak na jej wierzchołek.

 

Z Grzesia ruszamy granią w stronę Rakonia. Gdy tylko dopisuje pogoda, możemy cieszyć się niesamowitymi widokami na polskie i słowackie Tatry Zachodnie. Teraz człowiek już wie, dlaczego szedł tu od samochodu ponad cztery godziny.

 

Podejście z Kończystego Wierchu na Starorobociański Wierch,
fot. Kuba Witos

 

Tam są Rohacze

Niech jednak nikogo nie zmyli szlak z Grzesia na Rakoń (1879 m n.p.m.) – to nie jest małe piwo przed śniadaniem, jak mawiał Edzio Prokop, dozorca z serialu „Dom”. Niby jesteśmy już wysoko, ale droga przez Długi Upłaz potrafi dać w kość. Niejeden turysta ma na tym odcinku pierwszy kryzys. Zwłaszcza, gdy idziemy po czterech czy pięciu godzinach snu. A gdy jeszcze wiatr dokłada swoje, można mieć problemy.

 

Na Rakoniu są już prawdziwe perełki widokowe. Najbardziej imponująco wygląda stąd słowacka grań Rohaczy. Mówią o niej, że to Orla Perć Tatr Zachodnich. Powiem więcej, niektóre fragmenty tej drogi są nawet trudniejsze od naszego kultowego szlaku, na którym w wielu miejscach zamontowano klamry i łańcuchy. Tutaj w wielu przypadkach możemy liczyć tylko na własne ręce i nogi, a lufy w przestworzach są bardzo konkretne.

 

Ale na Rohacze pójdziemy przy innej okazji. Teraz mozolnie wspinamy się jedynie na Wołowiec (2064 m n.p.m.). Na przełęczy pod szczytem jest pierwsza okazja, żeby uciec w dół do schroniska, gdy pogoda zaczyna się psuć albo stwierdzamy, że jednak sił nam brakuje. To jest też dobre rozwiązanie, gdy chcemy tę trasę podzielić na dwa odcinki. Ale uważajcie - zielony szlak ostro traci wysokość i trzeba być na nim niezwykle skoncentrowanym.

 

 

Nawet Wołowiec bywa zdradliwy

Jesteśmy na Wołowcu. To niby bezpieczny szczyt, gdzie każdy znajdzie dla siebie miejsce, by odpocząć, zjeść drugie śniadanie albo wczesny obiad, by pokontemplować widoki. Ale w Tatrach nie ma bezpiecznych miejsc. Pamiętam, jak w 2004 roku to właśnie na zboczach Wołowca zginął znany w moim rodzinnym Poznaniu, doktor Andrzej Kostrzewa, wieloletni ordynator oddziału toksykologii Szpitala Miejskiego im. Raszei. Pojechał w Tatry z wnukiem. Na zboczach Wołowca poślizgnął się i spadł w przepaść. Nawet niepozorny Wołowiec bywa zdradliwy…

 

Idealnie widać stąd grań słowackich Otargańców. To jeden z moich ulubionych tatrzańskich szlaków, który na pewno wymieniam w pierwszej piątce. Dziki, pusty, męczący, z niesamowitymi widokami - jest tu i bujna zieleń i niesamowite skały. Gdy grań kończy się już na polskim Jarząbczym Wierchu (2137 m n.p.m.), który teraz jest następny na naszej trasie, człowiek czuje się naprawdę spełniony. Wróciłem niedawno na Otargańce po niemal 20 latach. I znów się w nich zakochałem.

 

Spojrzenie na Tatry Wysokie ze Starorobociańskiego Wierchu,
fot. Kuba Witos

 

Wielka pętla dla szczęśliwych ludzi

Grań Tatr Zachodnich, którą idziemy, na poszczególnych odcinkach wygląda bardzo podobnie. Wchodzimy na jeden szczyt, po czym schodzimy - tracąc czasami sporo wysokości - by wejść na kolejny. Tak jest i w przypadku Kończystego (2002 m n.p.m.), jak i później Starorobociańskiego Wierchu (2176 m n.p.m.). Zdobycie każdego kolejnego to już spory wysiłek. Mamy za sobą ponad 20 km i sporo przewyższeń. Każdy z naszej ekipy czuje to w nogach. Tempo spada, robimy przerwę na jedzenie. Kalorie są potrzebne, by zdobyć kolejny wierzchołek.

 

Z tego ostatniego szczytu można iść dalej na Ornak i zejść do Doliny Kościeliskiej, ale my wracamy na Kończysty Szczyt, by przez Trzydniowiański Wierch (1765 m n.p.m.) wrócić do auta. Ten odcinek jest już dla nas zabójczy. Idziemy jak niemieckie automaty, miarowym krokiem chcemy jak najszybciej znaleźć się na dole. Niestety, szlak jakby nie miał końca. Na szczęście widoki zmęczenie rekompensują. Nie ma dziś idealnego błękitu, ale na szczęście z żadnej chmury nie spadł dzisiaj deszcz.

 

Niemal równo po 14 godzinach jesteśmy na parkingu, samochodów jeszcze mniej niż rano. Zrobiliśmy wielką pętlę i jesteśmy naprawdę szczęśliwi. Także z bezpiecznego powrotu w doliny. Bo tego musimy sobie życzyć każdego dnia pobytu w górach.

 

Tekst Tomasz Cylka

05/2020

 

Szlaki

zielony: Siwa Polana (parking) – Schronisko na Polanie Chochołowskiej 2h 15 min. h / 1h 50 min 
żółty: Schronisko na Polanie Chochołowskiej – Grześ 1h 45 min h / 1h 20 min 
niebieski: Grześ – Rakoń – Wołowiec 1h 50 min h / 1h 20 min 
czerwony: Wołowiec – Jarząbczy Wiech – Kończysty Wierch – Starorobociański Wierch – Kończysty Wierch 4h / 4h
zielony, czerwony, zielony: Kończysty Wierch – Trzydniowiański Wierch – Polana Trzydniówka – Siwa Polana (parking) 3h 45 min / 4h 45 min h

 

Dojazd

Do wylotu Doliny Chochołowskiej dojedziemy autem. Musimy je zostawić na parkingu na Siwej Polanie (w sezonie tłoczno).
Warto jednak dojechać tu busem, np. sprzed dworca PKP i PKS. Wtedy jednak musimy mieć z tyłu głowy, że ostatnie odjeżdżają ok. godz. 18.
Warto mieć zarezerwowany nocleg w schronisku.

 

Noclegi

Schronisko PTTK na Polanie Chochołowskiej

tel. +48 18 207 05 10 , +48 660 144 510 (od godz. 8 do 20)

www.chocholowska.com