Tym razem nasz weekendowy wybór padł na dość niestandardową, jak na Polaków, trasę. Postanowiliśmy zwiedzić czeską część Karkonoszy, która popularna jest przede wszystkim wśród niemieckich turystów i czeskich rodzin z dziećmi.

 

Każdy ma zdjęcie z pielgrzymem

Jako punkt startowy wybraliśmy kurort Pec pod Śnieżką (czes. Pec pod Sněžkou, ok. 770 m n.p.m.). Jest to odpowiednik naszego Karpacza, jednak dużo mniejszy. Miejscowość ta słynie głównie z tego, że z jej centrum startuje kolejka gondolowa na sam szczyt Śnieżki (Sněžka, 1603 m n.p.m.). Jest to główny powód, dla którego większość turystów odwiedza to miejsce. Moim zdaniem niesłusznie. Warto otworzyć mapę i wyszukać szlaki, dzięki którym można przyjemnie spędzić choćby jeden dzień.

 

Samochód zostawiamy na parkingu w centrum miasta. Wchodzimy na czerwony szlak, który początkowo prowadzi asfaltową drogą. Powoli zdobywamy wysokość, przechodząc przez trawiaste pagórki z letniskowymi domkami. Taki domek w Karkonoszach to spełnienie marzeń wielu z nas. Pytanie tylko, czy zimą też?

 

Czeskie Karkonosze, kładka na Równi pod Śnieżką, fot. Rafał Kotylak

 

Asfalt szybko się kończy i wchodzimy na leśną zacienioną drogę. Po drodze mijamy kapliczkę z dosyć ciekawą rzeźbą. Jesteśmy zaintrygowani. Jak się okazuje, to Kapliczka Kolumnowa (Sloupová Kaplička). Została zbudowana przez miejscowych na trasie z Pecu pod Śnieżką do Zielonego Dołu (Zelený Důl) w 1834 roku. Z czasem zaniedbywana, ostatecznie została zniszczona. Na szczęście dzięki inicjatywie lokalnego kowala Libora Hurdy 17 lat temu została odrestaurowana, a obok niej stanął stalowy posąg pielgrzyma, przy którym wszyscy chętnie się teraz fotografują. Przyznam się, że każde z nas również ma zdjęcie z oryginalnym pielgrzymem.

 

Raj dla cyklistów

Idziemy dalej drogą i dochodzimy do małego skrzyżowania. W tym miejscu odchodzi żółty szlak do maleńkiego przysiółka Jelení Louky. Zbaczając z drogi, możemy udać się do wspomnianego wcześniej Zielonego Dołu, który jest przyrodniczym ewenementem w Karkonoszach. Główną atrakcją tego miejsca jest niewielki wodospad, który tworzy się na Zielonym Potoku i wygląda jak grzebień, gdyż strumień wody rozdziela się wśród wystających kamieni.

 

Zostawiamy za sobą przyrodnicze atrakcje. Podążamy dalej za czerwonymi znakami na drzewach. Niestety, ponownie wychodzimy na drogę asfaltową, która jest jednocześnie oznakowaną ścieżką rowerową. Nie ma się jednak czemu dziwić, poznaliśmy już Czechów jako naród zapalonych kolarzy, stąd ta ogromna ilość tzw. “cyklotras” we wszystkich czeskich górach.

 

Czeskie Karkonosze, widok w kierunku doliny Białej Łaby, fot. Daniel Koszela

 

Nie byliśmy świadomi, że większość naszej dzisiejszej wycieczki będzie prowadziła przez asfaltowe drogi. Dlatego nawet nasz foksterier Miko, wierny towarzysz górskich wycieczek, gdy tylko może, schodzi na trawę. Okazuje się więc, że można było założyć na nogi zwykłe niskie treki, zamiast ciężkich wysokich górskich trepów. Ale przestańmy narzekać. W końcu pogoda dopisuje, a widoki dookoła coraz ładniejsze. Na horyzoncie odsłania nam się choćby Czarna Góra (Černá Hora, 1299 m n.p.m.) z charakterystycznym nadajnikiem. Nie będziemy psuć sobie humoru ociężałymi nogami.

 

Helikopter nad głowami

Wychodzimy na rozległą polanę do oznak cywilizacji. Jesteśmy na skrzyżowaniu szlaków, gdzie wybudowane są Richtrovy boudy (ok. 1140 m n.p.m.), czyli swego rodzaju niewielki kompleks z obiektami noclegowymi oraz schroniskiem górskim, zwanym także Schroniskiem Richtera. Nie wchodzimy jednak do środka, bo naszą uwagę przyciągnął nadlatujący helikopter, który ni z tego, ni z owego wylądował na pobliskiej polance.

 

Może dla stałego bywalca Tatr lub Alp, widok helikoptera w górach to nic nadzwyczajnego. Jednak w Karkonoszach można już zastanawiać się nad powodem tego nietypowego zjawiska. Ani to helikopter z ratownikami, ani też z bogatymi turystami. To prostu maszyna przewożąca materiały budowlane. W tym czasie prowadzono remont szlaku na Śnieżkę pod kolejką gondolową. Na naszej polance miał miejsce przeładunek. Wszyscy zaraz zaczęli robić zdjęcia, a licznie bawiące się tam dzieci chciały podejść jak najbliżej.

 

Po krótkim naładowaniu baterii domowymi kanapkami, zmieniamy kolor szlaku na zielony. Teraz nasz asfalt porównujemy do wybrukowanych chodników po polskiej stronie Karkonoszy, które potrafią być istnym przekleństwem. Na szczęście ten odcinek pokonujemy sprawnie. Lepiej na pewno idzie się, gdy mamy przed sobą kolejny cel wędrówki.

 

Ciekawa historia pewnego miejsca

Z oddali widać już dosyć specyficzną budowlę. Wygląda jakby znajomo - skośny budynek, dużo okien, trochę przypomina Łabską Boudę (Labská bouda) w niedalekim Szpindlerowym Młynie (Špindlerův Mlýn). Ale nie, jesteśmy po prostu przy Chacie Výrovka. Jest to znajdujące się na wysokości 1356 m n.p.m. schronisko prowadzone przez Klub Czeskich Turystów. Oferuje noclegi oraz duży wybór tradycyjnych czeskich dań, jak gulasz, knedliki, smażony ser). Dla spragnionych nie zabraknie także popularnej Kofoli, czy też jasnego i czarnego Kozła.

 

Czeskie Karkonosze, schronisko Luční Bouda, fot. Daniel Koszela

 

Výrovka położna jest na malowniczych zboczach Karkonoszy przy dawnym szlaku, który już od IX w. łączył Czechy ze Śląskiem. W XII w. szlakami tymi podróżował Bolesław Krzywousty. Potencjał miejsca dostrzegli mieszkańcy pobliskiej Velkej Úpy i przy drodze postawili niewielki budynek, oferując podróżnym ciepłą strawę i miejsce do odpoczynku na sianie. W trakcie drugiej wojny światowej miejsce rozrosło się i służyło żołnierzom jako przygraniczny posterunek. Obecny wygląd budynku to dzieło architekta z Trutnova, który po pożarze w latach 40. dostał możliwość przeprojektowania schroniska.

 

Nie do końca jest też jasne pochodzenie nazwy. Niektóre źródła twierdzą, że Výrovka wywodzi się jeszcze z czasów, gdy w tym miejscu stacjonowało wojsko (Sokole gniazdo), inni z kolei skłaniają się do bardziej przyziemnej wersji, że nazwa prawdopodobnie pochodzi od popularnego czeskiego przekleństwa używanego przez lokalnych celników.

 

Krótki skok w bok

Dalszy odcinek trasy jest już bardziej popularny wśród turystów. Do naszego czerwonego szlaku dołączyła znakowana na zielono trasa prowadząca ze Szpindlerowego Młyna. Chwilę oddechu zapewnia nam krótki skok w bok. Po drodze mijamy bowiem miejsce o wdzięcznej nazwie Vyhlídka nad Výrovkou, czyli genialny punkt widokowy na dolinę Szpindlerowego Młyna z górującym nad nim Medvedinem (1235 m n.p.m.), który zimą oferuje narciarzom różne opcje tras zjazdowych. Musimy przyznać, że otoczenie sprawia, iż ciężar butów nie doskwiera nam chwilowo aż tak bardzo.

 

Otaczają nas coraz bardziej wypłaszczające się zbocza porośnięte trawą, co jakiś czas ubarwione kępami kosodrzewiny. Naszą uwagę przyciągają liczne bunkry ulokowane w pewnej odległości od drogi. Z każdym stawianym krokiem zauważamy ich coraz więcej. Są to tzw. rzopiki, czyli umocnienia wojskowe wybudowane w latach 1936-1938. Powstały one w całym przygranicznym pasie na północy Czech, nie tylko w samych Karkonoszach. Obecnie w okolicach Trutnova część fortyfikacji została przekształcona w ścieżkę edukacyjną. Te karkonoskie nie są jednak udostępnione do zwiedzania.

 

Czeskie Karkonosze, kapliczka kolumnowa z 1834r, obok posąg pielgrzyma, fot. Joanna Waryszak

 

Mijamy kapliczkę poświęconą ofiarom gór. Jeszcze tylko prosty odcinek asfaltem (a jakże) i będziemy mogli usiąść pod Luční Boudą. Kolos ten za każdym razem wywiera na nas ogromne wrażenie. Dokładnie po środku gigantycznego wypłaszczenia na głównej grani Karkonoszy wybudowane zostało ogromne schronisko, przekształcone obecnie na hotel górski.

 

Jest to największy tego typu obiekt w Karkonoszach, a przy okazji także najwyżej położony browar (1410 m n.p.m.). Sądząc po mijających nas turystach, jest to w zasadzie główny powód wizyty w tym miejscu. Warzone tutaj piwo Parohač (Rogacz) przyciąga ogromne rzesze smakoszy tego trunku.

 

Miejsce absolutnie unikatowe

Po szybkim naładowaniu akumulatorów ruszamy dalej realizować dzisiejszy plan. Żółtym szlakiem dochodzimy do granicy z Polską nieopodal Spalonej Strażnicy (1430 m n.p.m.). Następnie odcinkiem Głównego Szlaku Sudeckiego dochodzimy pod położone dosłownie pod Śnieżką prywatne schronisko Dom Śląski (1395 m n.p.m.).

 

Znajdujemy się teraz w miejscu absolutnie unikatowym, na Równi pod Śnieżką. Płaskowyż na tej wysokości (1400-1446 m n.p.m.) ma powierzchnię ok. 9 km2. Znaczną część zajmują ukryte między kępami kosówki torfowiska wysokie, co więcej - największy podmokły fragment ma średnicę aż 3km! Bagniste torfowiska tworzą źródła czterech rzek: czeskich Białej Łaby i Upy oraz polskich Łomnicy i Łomniczki.

 

Nie jest to jednak czas na kolejny popas. Tłum pod schroniskiem skutecznie odbiera nam chęć do bliskiego obcowania z pięknem Śnieżki. Nie możemy się już doczekać dalszej części drogi - w końcu przed nami szlak, który nie jest asfaltem! Tyle godzin przecież na to czekaliśmy. Cierpliwość się jednak opłaca.

 

Na południe od Śnieżki

Zostało nam ostatnie 7 km dreptania w dół, tym razem niebieskim szlakiem. Droga prowadzi nas przez Olbrzymi Dół (Obří důl), czyli polodowcową dolinę. Ciągnie się ona od podnóża Śnieżki aż do samego Pecu. Wydobywano tutaj kiedyś rudy żelaza, miedzi i arsenu, stąd czasami przy ścieżce można spotkać pozostałości kamiennych zabudowań. Szlak prowadzi dosyć stromo w dół, dlatego też zamykany jest zimą. Ale i tak mamy uśmiech na twarzach. Przechodzimy przez liczne i piękne polany, wąwozy, podziwiamy wodospady.

 

 

Po naszej prawej stronie wzrok przyciągają podcięte ściany Studniční Hory (1554 m n.p.m.), w najwyższym miejscu mające nawet 500 m, a po lewej stronie grzbietem na szczyt Śnieżki jeździ kolejka gondolowa. Nie udaje nam się jednak wypatrzeć legendarnego ogródka Karkonoskiego Ducha Gór, czyli Krakonošovej zahrádki. Ta nisza, gdzie znajduje się wiele rzadko spotykanych, chronionych gatunków roślin ukryta jest tuż nad ścianą Studniční Hory.

 

Gdzie ta Kofola?

Teren zaczyna się już wypłaszczać. Naszym oczom ukazują się pierwsze zabudowania, w tym schronisko Bouda v Obřím Dole. Nasze zmęczone, spragnione organizmy mają ochotę tylko na jedno - Kofolę! Rozsiadamy się uradowani na ławkach, wyciągamy czekoladę i nagle zostajemy brutalnie sprowadzeni na ziemię. Trafiamy chyba na jedyne miejsce w całych Czechach, gdzie nie serwują swojego sztandarowego napoju! Nawet psu odechciało się w tym momencie wody.

 

Głęboko rozczarowani – ponownie asfaltem – idziemy dalej za niebieskimi znakami już do samego Pecu pod Śnieżką. Pomimo zmęczonych nóg i suchego pyska, wycieczkę zaliczamy do jak najbardziej udanych. Udało nam się poznać rzadziej odwiedzaną przez Polaków część Karkonoszy, a zdecydowanie wartą głębszego poznania. Teraz nabraliśmy ochoty, aby zawitać w te strony zimową porą, kiedy cała roślinność przykryta jest warstwą śnieżnobiałego puchu.

 

Tekst: Joanna Waryszak

 

Dojazd

Do Peca pod Śnieżką (czes. Pec pod Sněžkou) najlepiej jechać przez przejście graniczne na Okraju. Dojedziemy tam z Wrocławia np. przez Świebodzice i Kamienną Górę.

Będąc na wakacjach w polskich Karkonoszach można też odwiedzić tę miejscowość, jadąc autobusem z Karpacza. Odjazdy z centrum o godz. 8.30, 11.30 i 15; powrót o 10.05, 13.35 i 17).

 

Szlaki

czerwony: Pec pod Sněžkou - Richtrovy boudy 1 h 30 min. ↑ 1 h ↓

zielony: Richtrovy boudy – Výrovka 45 min. ↑ 25 min. ↓

czerwony: Výrovka - 50 min. ↑ 45 min. ↓

żółty, czerwony: Luční Bouda – Spalona Strażnica – Dom Śląski 45 min. ↑↓

niebieski: Dom Śląski - Pec pod Sněžkou 1 h 40 min. ↓ 2 h 40 min. ↑