Trzylatek w tych stronach może nie pamiętać, jak się nazywa. Ale wie co to akcja „Wisła”, że ma znaleźć żonę wśród swoich i że jest Łemko. To ich ziemia, choć w miejscach, gdzie stały łemkowskie chyże, dziś pasą się konie. A historię i ślady dawnych czasów najlepiej widać ze szlaku.

 

„Dawno, dawno temu, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Wołowiec, niebo było jasnożółte, blade, na polach tajał ostatni śnieg. Szliśmy od strony Czarnego, przez siedem rzek.” Dwa pierwsze zdania z „Pustego Lasu” Moniki Sznajderman wystarczyły, żebym spakował rodzinę i zaszył się na krótki urlop w tej magicznej wsi. Z dala od tłumów, hałasu i jarmarków przetaczających się tego lata przy najpopularniejszych szlakach w kraju. Gdzie najlepiej odpocząć, jeśli nie tutaj? Jak pisze dalej Sznajderman „(…) w tej <<ruskiej okolicy>>, na wysiedlonej Łemkowszczyźnie, wśród zrujnowanych cerkwi i zdziczałych sadów, cmentarzy z pierwszej wojny światowej (…)”. I bez żadnego zasięgu w telefonie. Poza tym w Wołowcu mieszka 18 osób w ledwie kilku domach, a wokoło roztaczają się najdziksze góry w Polsce. Jest zatem, gdzie ładować baterie.

 

Konie pasące się na łące w Regietowie

 

Ciekawskich przyciągają tu między innymi XVIII-wieczna prawosławna cerkiew pw. Opieki Matki Bożej, pobliskie Bartne (dawna stolica łemkowskiego kamieniarstwa z bacówką PTTK), Winny Szlak Rowerowy i czas, który płynie w tej mieścinie bardzo powoli. Jest też kultowa agroturystyka – Chata Kasi, gdzie zostajemy na nocleg.

 

To coś więcej niż dach i ściany. Wyobraźcie sobie malowniczy dom u cioci na wsi, o którym każdy z Was zawsze marzył. Ze śniadaniami na werandzie, jajkami prosto od kury, zapachem pieczonego chleba i wszechobecną gościnnością, która aż krępuje. Niektórzy zostają tu na dłużej, inni nocują na chwilę, aby rano wstać i zmagać się dalej z przebiegającym przed domem Głównym Szlakiem Beskidzkim. Są też i tacy, co wieczorami wertują pokaźną biblioteczkę Kasi i chodzą po autograf do najbliższego sąsiada, Andrzeja Stasiuka - słynnego prozaika i eseisty, laureata choćby Nagrody Literackiej „Nike”.

 

W poszukiwaniu pustki

W Beskidzie Niskim to nie szczyt jest celem. Chodzi o wędrówkę. Nie od dziś wiadomo, że pasmo to uchodzi za ostatnią deskę ratunku dla tych, którym w Bieszczadach jest tłoczno. Dlatego zajadając się świeżo upieczonymi proziakami (tradycyjne placki mączne z dodatkiem sody), zaczynamy planowanie trasy przez wioski, które dziś żyją zaledwie we wspomnieniach.

 

Uwierzcie na słowo: mama i czterolatek na rowerze plus biegający za nimi tata, to niecodzienny widok na miejscowym żółtym szlaku. Tym bardziej, że na drodze prowadzącej pod wspomnianą cerkiew jesteśmy zupełnie sami. Wokół jedynie owce i krowy. A my szykujemy się do przeprawy w bród przez potok Zawoja. W trakcie suchego lata nie ma z tym problemu. Ale ostrzegam - przy niższych temperaturach i wyższym stanie wody, młody dżentelmen - taki jak nasz - z metrowym wzrostem miałby tu problem. Zwłaszcza, że przez najbliższe 5 km szlak przecina wodę kilka razy. I za każdym zakrętem robi się ciekawiej.

 

Do granicy Magurskiego Parku Narodowego trasa wiedzie po zarastającej, ale szerokiej drodze. Później jest już bardziej „górsko”, z wąską i błotnistą ścieżką wijącą się po stoku. Co ważne, w zasięgu wzroku nie ma żywego ducha. Idealne warunki dla potworów z książek fantasy, brodatych pustelników, indywidualistów brzydzących się turystyką masową…oraz rodzin z dziećmi. A to dopiero preludium, bo chwilę później stajemy u wrót szerokiej doliny, dosłownie tryskającej zielenią.

 

 

Ślady nad rzeką

Niegdyś przepełniał ją gwar. Jeszcze w 1938 roku stało tu 60 domów, dwie cerkwie i regularnie co dwa tygodnie odbywały się targi. Lecz wieś Nieznajowa przestała istnieć nagle. Jak przy precyzyjnym cięciu chirurgicznego ostrza, gdy po II wojnie światowej większość jej mieszkańców wysiedlono do ZSRR.

 

Zostały po nich przydrożne krzyże, nieliczne ślady zabudowań i opuszczony cmentarz, przy którym widać jeden wielki kontrast. Z jednej strony szum Zawoi i zdziczałe drzewa owocowe, a z drugiej przygnębiająca świadomość tragedii, pamięć o wielkich wojnach, przesiedleniach, Łemkach i krzywdzie. „Tempus fugit, aeternitas manet” – „czas ucieka, wieczność czeka”. A Nieznajowa to dopiero początek długiej listy nieistniejących wiosek.

 

Za ostatni bastion cywilizacji robią tu działająca sezonowo Chatka w Nieznajowej, która niestety, w związku z pandemią nie przyjmuje w tym roku turystów oraz stojące w polu, wyciosane z jodły drzwi. Takie same stanęły w czterech dawnych łemkowskich osadach (Lipna, Czarne, Radocyna i Długie). Te nietypowe pomniki przypominające o byłych mieszkańcach wyglądają niczym bramy do innego wymiaru. A tuż obok, jakby nigdy nic, w miejscu gdzie stykają się Wisłoka z Zawoją, ferajna rozbawionych dzieci skacze na bombę do głębokiego baniora. Widocznie kąpiel w rzece przyciąga turystów równie silnie, jak ślady przeszłości.

 

Za owczym pędem

Większość z nich przyszła od strony Czarnego. Jest nieco bliżej, szybciej. I co ważne, na tej części trasy ponownie trzeba się przeprawiać przez wodę. Ile to już razy, pięć, może sześć? Kto by liczył te brody. Niektórzy próbują przejechać je na rowerze, inni skrupulatnie ściągają obuwie przed każdym wejściem. W końcu, po trzech kilometrach walki z wodami Wisłoki, wśród drzew, błota i łąk, docieramy do skrzyżowania dróg.

 

W prawo wiedzie dukt do Czarnego, gdzie można podziwiać cmentarz z I wojny światowej i greckokatolicką nekropolię oraz solidnie się zmęczyć na podejściu do Krzywej. Podobnie jak w Nieznajowej, większość mieszkańców wyjechała stąd do ZSRR, a kilka rodzin zostało wysiedlonych przymusowo w 1947 roku w ramach Akcji „Wisła”. Kropką nad „i” był rok 1993, gdy do nowosądeckiego skansenu przeniesiono miejscową cerkiew. Szeptów historii warto posłuchać w miejscowej bacówce, gdzie świeży oscypek w otoczeniu kilkudziesięciu owiec smakuje najlepiej pod słońcem.

 

Symboliczne drzwi we wsi Czarne

 

Skoro jesteśmy rzut beretem od Radocyny, postanawiamy nadłożyć drogi i zobaczyć trzecią z nieistniejących wsi. Kierując się na południe, mijamy nowiutki Ośrodek Szkoleniowo-Wypoczynkowy Radocyna – apartamenty, szkolenia, konferencje… zupełnie nowy świat. A za nim już tylko żeremia bobrów i krajobraz wyludnionej wioski, w której niegdyś żyło ponad 400 mieszkańców. Działała też czytelnia i wiejski teatr. Warto w takim miejscu na chwilę przystanąć, oddać cześć tym, którzy odeszli i pokusić się o chwilę refleksji. Niech popracuje wyobraźnia.

 

Tętent w dolinie

Powrót do Wołowca to z tej perspektywy ruletka. Szczęśliwie udaje się nam złapać podwózkę busem z ekipą rowerową, właśnie przez Czarne, aż do czerwonych znaków GSB nad Krzywą. Stąd już raptem niecała godzina wędrówki do base camp czyli Chaty Kasi. Dlatego jeśli wolicie wariant lżejszy, polecam rozbicie trasy na dwa dni. Wołowiec plus Nieznajowa, a nazajutrz Czarne i Radocyna.

 

Niezależnie od Waszego wyboru, deserem na urlopowym torcie musi być Regietów. Ledwie kwadrans jazdy samochodem z Wołowca wystarczy, żeby stanąć naprzeciw pejzażu żywcem wyjętego z poezji Jerzego Harasymowicza. Zbocza Jaworzyny Konieczniańskiej (881 m n.p.m.), Jaworzynki (869 m) i Działu (712 m) wciskają się w łąki wsi, która podzieliła los sąsiednich łemkowskich osad.

 

Najbardziej charakterystycznym elementem jest tu drewniana dzwonnica. Z reguły komponuje się z królestwem koni z pobliskiej stadniny „Gładyszów”, największej w Europie hodowli koni huculskich. Od czasów przykrych wydarzeń po wojnie, to one w pełni zdominowały całą dolinę. Dzięki temu, trudno oprzeć się wrażeniu, że stoimy po środku odludnej krainy, a natura wokół nas powoli odzyskuje utracone ziemie.

 

Aby poczuć tę atmosferę, wystarczy dwugodzinna wędrówka żółtym szlakiem przez bagna i mokradła, aż do granicy ze Słowacją. A kto ma czas na całodzienną wyrypę z przystankiem w pijalni wód mineralnych, niech rusza na pętlę przez Wysową-Zdrój i Kozie Żebro (847 m n.p.m.). W sam raz, by w pełni rozsmakować się w Beskidzie Niskim, nawet jeśli poświęcimy na to pasmo tylko przedłużony weekend.

 

Tekst i zdjęcia Michał Parwa

5/2020

 

Dojazd

 

o Z Krakowa i innych miejsc Polski kierujemy się na Gorlice, a następnie drogą nr 977 na Małastów, gdzie odbijamy na Wołowiec.

o Korzystającym z komunikacji publicznej doradzam dojazd z Krakowa do Gorlic (pięć kursów dziennie od godz. 9.50 do 19.55). Więcej na www.mda.malopolska.pl.
Z Gorlic do Sękowej czy Gładyszowa dojedziemy wg rozkładu na: www.libropol.com.pl.

 

Szlaki

 

żółty: Wołowiec – Nieznajowa – Radocyna – 3h 15 min 
niebieski szlak rowerowy: Radocyna – Krzywa – 2h h; 1h 40 min
czerwony: Krzywa – Wołowiec – 1h 

 

 

Noclegi

Chata Kasi

www.chatakasi.pl

Wołowiec 17, 38-307 Sękowa

tel. 18 351 02 67