Pieniny od zawsze kojarzyły mi się ze spływem Dunajcem. Cały czas mam w pamięci czarno-białe zdjęcie mojego taty, który wiele lat temu podziwiał wapienne skały, płynąc flisacką tratwą. Mnie wówczas ani trochę nie ciągnęło w te strony. Nawet jako nastolatka jadąc pierwszy raz w Tatry, góry zupełnie mnie nie interesowały. Dopiero po wielu latach, już na studiach, zakochiwałam się w nich kawałek po kawałku.

 

Panorama skradła serce

W Pieniny pojechałam niejako przypadkiem. Wtedy w moim sercu były tylko i wyłącznie majestatyczne Tatry. W Szczawnicy organizowano festiwal biegowy, w którym uczestniczyłam jako wierny kibic biegającego męża. Ale na tym tamtejsza pienińska przygoda się nie skończyła. Korzystając z okazji postanowiliśmy zdobyć jeden z najpopularniejszych szczytów tego pasma, czyli Trzy Korony. Rozpościerająca się stamtąd panorama, absolutnie skradła mi serce. Wiedziałam, że wrócę tu na pewno jeszcze wiele razy.

 

I tak też się stało. Tym razem wybór padł na najwyższy szczyt pasma, Wysoką (1050 metrów n.p.m.). Na wędrówkę tym razem idę sama. Mój biegający mąż od jakiegoś czasu preferuje tę właśnie formę pobytu w górach. Toteż nasze drogi się rozchodzą i każdy idzie - lub biegnie - w swoją stronę.

 

Pieniny, pienińska gra świateł, fot. Wiktor Baron

 

Podejście rozpoczynam w położonej niedaleko Szczawnicy, leżącej u podnóża Małych Pienin wsi Jaworki. Od ponad 20 lat funkcjonuje tu kultowy klub muzyczny zwany Muzyczną Owczarnią. Jego twórca, Wieńczysław Kołodziejski, od 1997 roku w zaadaptowanej starej owczarni organizuje koncerty, warsztaty muzyczne i plenery malarskie. Występowały tu takie gwiazdy jak m.in. Hanna Banaszak, Dżem czy Lombard. Ale lista znanych muzyków jest o wiele dłuższa. Niestety, w czasach koronawirusa o koncertach musimy na razie zapomnieć. Nie mam więc możliwości zatopić się w bluesowo-jazzowym klimacie tego popularnego lokalu.

 

 

Kraina poszukiwaczy złota

Kawałek przed Jaworkami skręcam na zielony szlak prowadzący do jednego z najsłynniejszych miejsc w Pieninach, czyli Wąwozu Homole. Nosi on imię Jana Wiktora, krakowskiego pisarza, który zasłynął jako popularyzator pienińskiego piękna. To obowiązkowy punkt na mapie wszystkich wycieczek szkolnych zapuszczających się w te rewiry.

 

Nie należy on do szczególnie długich, bo ma zaledwie 800 metrów, jednak nadrabia innymi zaletami. Mnie dzisiaj, oprócz malowniczych zakątków, zapewnia to, co w górach lubię najbardziej – ciszę. Teraz nie ma tu dzikich tłumów, więc magia tego miejsca uderza z jeszcze większą siłą. Od progu swoim szumem wita mnie potok Kamionka, główny sprawca wąwozu. Przejście przez mostek, rozpoczyna podróż w krainę poszukiwaczy skarbów.

 

Pieniny, ponad Wysokim Wierchem z Trzema koronami w morzu chmur, fot. Wiktor Baron

 

Jak głoszą legendy, już w XV wieku wąwóz był licznie penetrowany. Ukryte tu rzekomo złoto przyciągało wielu chętnych. Dokument z 1529 roku wspomina o opustoszałym zamku Homola, w którym miały być ukryte znalezione tam bogactwa. Badania archeologiczne wskazują, że niegdyś w Wąwozie Homole istniała warownia oraz sztucznie wykonany przekop z wodą. Jest więc prawdopodobne, że zamek nie był tylko wytworem wyobraźni.

 

Zapiski na temat ukrytego w wąwozie złota, można odnaleźć nawet w kronikach Jana Długosza. Wzmianka o bogactwach pojawia się również w testamencie znanego poszukiwacza skarbów Piotra Wydźgi. A dowodem na prawdziwość tych zdarzeń są pozostałości po starych szybach górniczych drążonych w skale o nazwie Prokwitowska Homola. Nic więc dziwnego, że legenda żyje do dzisiaj i wciąż przyciąga do Wąwozu Homole lubiących bawić się w Indiana Jones'a turystów.

 

 

Przyszłość zapisana w skałach

W baśniowym krajobrazie przemierzam kolejne metry wąwozu. Po lewej stronie podziwiam nieregularną grań Grzebienia, po prawej ciągnie się pionowa ściana wspomnianej już Prokwitowskiej Homoli. Co ważne dla rodziców, wędrówka tym szlakiem nie przysparza żadnych trudności. Nadaje się idealnie na spacer z dziećmi, które mogą mieć niezłą frajdę, pokonując kolejne mostki. W bardziej stromych miejscach dla ułatwienia ustawiono metalowe schody, które też spodobają się maluchom.

 

Wąwóz kończy się na Dubantowskiej Dolince (ok. 640 m n.p.m.). Ta urokliwa polanka idealnie nadaje się na piknikowanie. Dzisiaj jednak nikogo tu nie ma. Jedynie tajemnicze Kamienne Księgi rozgościły się tu na dobre. Ponoć zapisane są w nich ludzkie losy, ale odczytanie ich jest wyjątkowo trudne. Według legendy do tej pory udało się to tylko jednemu człowiekowi, popowi z pobliskiego Lipnika. Spotkało się to jednak z dużą dezaprobatą Pana Boga, który ponoć odebrał mężczyźnie mowę, by ten nie mógł wyjawić ludziom ich przyszłości. Postanawiam więc nie ryzykować i skalne tajemnicze księgi zostawiam w spokoju, by kawałek dalej dość do leśnej krzyżówki.

 

Jeśli skręcimy w lewo, po około 20 minutach dojdziemy z powrotem do Jaworek. Droga wiedzie nieopodal kolejki linowej „Homole”. Zimą można tu poszusować na północnych stokach Bukowinek, a latem z punktu widokowego przy górnej stacji podziwiać okoliczną panoramę.

 

Trzymając się zielonych znaków, ruszam w prawo w kierunku polany Rówienki. W sezonie wakacyjnym działa tu baza namiotowa pod Wysoką, ale teraz nie ma tu ani żywej duszy. Odsłaniają się natomiast pierwsze widoki. Choć pogoda nie należy do idealnych, to w oddali Pasmo Radziejowej, przebijając się przez ciemne chmury, mieni się w promieniach słońca. Przystaję na chwilę, by napawać się tą urokliwą grą świateł. Natomiast za plecami mam już główny cel mojej dzisiejszej wycieczki – Wysoką.

 

 

Nie cel jest ważny, a droga do (z) niego

- „Na łańcuchu górskim spiętrzonym od południa wystercza szczyt Wysoka, jakby ułamany grot oszczepu skierowany w błękit nieba” - tak w 1965 roku pisał o najwyższym szczycie pasma Jan Wiktor. Ten sam, którego imieniem nazwano Wąwóz Homole.

 

Ale nie tylko on widział w tym miejscu potencjał. W 1961 roku na zalesionej powierzchni w okolicach szczytu Wysokiej, utworzono krajobrazowy rezerwat przyrody Wysokie Skałki. Obfituje on w bogactwa flory i fauny. Swój dom mają tu między innymi puchacze, orliki krzywe czy myszołowy zwyczajne. Można tu też spotkać rzadkie rośliny, jak na przykład modrzyk górski. A z polany nad obozowiskiem wystarczy pół godziny marszu, by znaleźć się na leżącym na granicy Polski i Słowacji szczycie.

 

 

Przez zamieszkujących okolicę Łemków wierzchołek nazywany był Pamiarky lub Kiczera. I choć wysokością nie powala, jednak bogactwem widokowym to i owszem. Rozpościera się stąd imponująca panorama na Pasmo Radziejowej, Magurę Spiską, Babią Górę, Pieniny oraz Tatry. Przysiadam więc na kamieniu i delektuję się widokiem w samotności. Dla takich chwil warto chodzić po górach.

 

Po dwóch godzinach od wyruszenia na szlak w Jaworkach ruszam dalej, w stronę Szczawnicy. Nie przypuszczałam, że to właśnie ta droga powrotna niebieskim szlakiem z Wysokiej zapadnie mi najbardziej w pamięci.

 

Miały być owce, a jest młodzież

Prowadząca grzbietem droga jest wyjątkowo bogata krajobrazowo. Z jednej i drugiej strony rozpościera się piękny widok na okoliczne wzniesienia, z przodu zaś prężą się przede mną Trzy Korony.

 

Ale ja skręcam na chwilę w prawo i w tak pięknych okolicznościach przyrody docieram do dawnego schroniska „Pod Durbaszką” (ok. 850 m n.p.m.), który dzisiaj jest Górskim Ośrodkiem Szkolno-Wypoczynkowym. Budynek powstał tuż po drugiej wojnie światowej i miał być jedną z czterech bacówek do wypasu owiec.

 

Trzeba bowiem wiedzieć, że jeszcze przed wojną hale Małych Pienin były uprawiane przez miejscową ludność pochodzenia łemkowskiego. Ale na skutek akcji „Wisła” wysiedlono ponad 140 tys. osób, w tym Łemków. Do dziś akcja ta budzi kontrowersje. Wśród wielu polskich historyków można usłyszeć takie jej określenia jak czystka etniczna lub nawet zbrodnia komunistyczna. Tak czy inaczej Łemkowie musieli opuścić Pieniny, a pozostałe po nich tereny chciano zaadaptować na wypas owiec. Plany spełzły jednak na niczym, ale ten budynek został. Przez lata niszczał, by od 1973 roku służyć turystom, a szczególnie młodzieży.

 

Pieniny, Tatry na horyzoncie to stały element wędrówki po grzbiecie, fot. Wiktor Baron

 

– Nasz obiekt to filia krakowskiego młodzieżowego domu kultury „Dom Harcerza”. Z racji tego, iż jesteśmy górskim ośrodkiem szkolno-wypoczynkowym, w swoich progach gościmy głównie duże grupy szkolne, kolonijne, zielone szkoły czy obozy harcerskie – opowiada Grzegorz Szewczyk, kierownik „Durbaszki”.

 

Lokalizacja ośrodka sprawia, że jest on świetną bazą wypadową do Wąwozu Homole, Doliny Białej Wody, czy na Wysoką albo też na leżące po słowackiej stronie szlaki. Dlatego ruch w obiekcie jest zazwyczaj spory. Jak to wygląda w czasach COVID-19?

 

– W zeszłym roku o tej porze gościliśmy bardzo wiele grup. Teraz, z racji koronawirusa, ruch wynosi około 10 procent tego, co w 2019 roku. Wszystko przez to, że w dalszym ciągu organizacja wycieczek szkolnych czy obozów jest zabroniona. A co będzie w wakacje, to się dopiero okaże. Jednak widać, że ludzie wykazują coraz więcej zainteresowania i wszystko zdaje się powoli rozkręcać – dodaje. To stan na pierwszą połowę czerwca. Gdy ten numer „Na Szczycie” pojawi się w druku, wiele może się zmienić.

 

 

Tu czas płynie inaczej

Wracam na niebieski szlak. Pienińska przyroda i panujący tu klimat naprawdę mnie urzekają. Mam wrażenie, jakbym znalazła się w alternatywnej rzeczywistości. Takie to wszystko inne od szybkiego miejskiego życia. Tu czas płynie wolniej. I ludzie żyją inaczej. W moim Poznaniu ciężko o takie widoki jak baca, który niesie w plecaku małą owieczkę. A tu taki widok nie jest niczym nadzwyczajnym.

 

Dochodzę do krzyżówki szlaków na Szafranówce (742 m n.p.m.). Idąc dalej, doszłabym do położonego malowniczo nad Dunajcem schroniska PTTK Orlica. Odbijam jednak w prawo, wybierając żółty szlak prowadzący w kierunku górnej stacji kolejki na Palenicę. Zimą to miejsce pełne jest amatorów białego szaleństwa. Teraz bez problemu mogę wybrać ścieżkę trawersującą stok narciarski, by dotrzeć nad szumiący w dole Grajcarek.

 

 

Schodzę do Szczawnicy, która już od prawie 200 lat jest uzdrowiskiem. Swoją nazwę zawdzięcza szczawom, czyli kwaśnym wodom o leczniczych właściwościach. Popijali je tutaj takie znakomitości jak Henryk Sienkiewicz, Jan Matejko czy Maria Konopnicka. Szczawnica przez lata rozkwitała, by po wojnie na długi czas zapaść w głęboki sen. Teraz widać wyraźnie, że zniszczone budynki odzyskują dawny blask. Warto przejść się ulicami miasta, by odnaleźć relikty przeszłości, choć już w nowej odsłonie.

 

W żegnających mnie strugach deszczu przemierzam ostatnie metry mojej wędrówki. Idąc promenadą nad Grajcarkiem, wsłuchuję się w uderzające o beton krople. Chłonę atmosferę i historie zaklęte w miejscach i ludziach. Wiem, że Pieniny skradły moje serce, jak kiedyś mojemu tacie z czarno-białej fotografii.

 

Tekst: Magdalena Przysiwek

4/2020

 

Dojazd

Popularną zakopianką dojeżdżamy do Nowego Targu, by tam odbić na drogę nr 969 na Łopuszną. Alternatywnie można skręcić w Lubniu na Mszanę Dolną i dalej na Zabrzeż. Można też skorzystać z komunikacji zbiorowej, m.in. z bezpośredniego autobusu jadącego z Krakowa (połączenia średnio co dwie godziny). Rozkład dostępny na www.mda.malopolska.pl

 

Szlaki

zielony: Jaworki (wejście do Wąwozu Homole) – Polana pod Wysoką 1h 30 min ↑ 45 min ↓

niebieski: Polana pod Wysoką – Wysoka 20 min ↑ 10 min ↓

niebieski: Wysoka – Schronisko pod Durbaszką 45 min ↓ 1h 10 min ↑

niebieski, żółty: Schronisko pod Durbaszką – Szafranówka 1h 45 min ↓ 1h 55 min ↑

żółty: Szafranówka – Palenica – Szczawnica 45 min ↓ 1h 10 min ↑