Z jednej strony Tatry Bielskie, z drugiej poszarpane turnie Tatr Wysokich. W dłoniach łańcuch, w duszy lęk przed ekspozycją i kilka kozic do towarzystwa. A w perspektywie widok na jedną z największych tatrzańskich ścian i najlepsza na świecie „buchta na pare” w schroniskowej jadalni. Takie cuda tylko na Jagnięcej turze.

 

 

Każdy z nas ma rachunki do wyrównania z jakąś górą. Ale Jagnięcy Szczyt (słow. Jahňací štít, 2230 m n.p.m.) to zdecydowanie mój największy koszmar. Podchodziłem do tego kolosa cztery razy i zawsze kłody pod nogi. Najpierw burza, innym razem listopad i szlak już zamknięty na zimę. W efekcie człowiek wracał z podkulonym ogonem na parking. Albo turlał się na otarcie łez ścieżką przez Dolinę Białych Stawów (Dolina Bielych plies) do schroniska pod Szarotką (Plesnivec).

 

Może trzeba było pandemii, żeby przełamać tę złą passę? W końcu najprostsza droga wiedzie przez Dolinę Kieżmarską (Dolina Kežmarskej Bielej vody), którą w szczycie sezonu odwiedzają tłumy. Ale tuż po otwarciu granic, przed szóstą rano, spotkać tu można jedynie biegaczy cierpiących na bezsenność i drwali przy pracy. I tym właśnie fortelem, na tzw. śpiocha, postanowiłem przechytrzyć tę dwuwierzchołkową bestię.

 

Podejście pod Jagnięcy Szczyt oferuje niezapomniane widoki m. in. na Łomnicę i Kieżmarski Szczyt,
fot. Michał Parwa

 

Nie spać, zwiedzać

Zatem, jakie są argumenty, aby wstawać skoro świt i mierzyć się z 10-godzinną turą? Primo – bierzemy się za bary z najbardziej na północny wschód wysuniętym masywem grani głównej Tatr Wysokich. A w ślad za tym, jak pisze Józef Nyka w swoim przewodniku po słowackich Tatrach: „(…) widok z Jagnięcego Szczytu jest nieprzeciętnie piękny, sama zaś droga bardzo interesująca.” Secundo – trudności są niewielkie, kilka łańcuchów. I co ważne, w razie radykalnej zmiany pogody, mamy schronisko w zasięgu dwóch godzin marszu. Jest za to jeden minus, bowiem z góry schodzimy tym samym szlakiem. Ale o tym później. Bo na razie startujemy z parkingu przy wlocie do doliny. Tuż za Kieżmarskimi Żłobami (Kežmarské Žľaby), niewielkim osiedlu przy Drodze Wolności, łączącej Łysą Polanę ze Szczyrbskim Jeziorem. Zaledwie 30 km od granicy, więc dla przykładowych Krakusów taka wycieczka, to wypad w góry na jeden dzień.

 

Z resztą Dolina Kieżmarska sama w sobie jest nie lada atrakcją. Już na wejściu dostajemy bajeczny widok na rozświetlone słońcem stoki Kieżmarskiego Szczytu (Kežmarský štít, 2558 m n.p.m.) i drugiej pod względem wysokości w Tatrach – Łomnicy (Lomnický štít, 2634 m n.p.m.). A do tego wędrujemy po jednym z najstarszych szlaków w paśmie. Swą sławę zawdzięcza on między innymi Beacie Łaskiej, pierwszej znanej z imienia turystce, jaka odwiedziła te okolice. Według podań spacerowała tędy w 1565 roku, zatem tatrzańska eksploracja trwa tu nieprzerwanie od blisko pięciu stuleci.

 

Nasi tu byli

Nie ma co ukrywać, cała nasza pięcioosobowa ekipa ostrzysobie zęby na kolejne widoki. Zwłaszcza, że Magda i Mateusz po raz pierwszy odwiedzają tę część Tatr i wlekli się tu z Poznania kilka godzin. Ale najpierw trzeba się uporać z lasem i ponad 7-kilometrową trasą wiodącą do Schroniska nad Zielonym Stawem Kieżmarskim (Chata pri Zelenom plese). Marszruta w sam raz na pobudkę z szumiącym potokiem. Biała Woda Kieżmarska do towarzystwa sprawi, że zapomnimy o kłopotach zostawionych na nizinach.

 

Za punkty kontrolne robią drwale, uszczuplający drzewostan i Zimna Studnia czyli tzw. Rzeżuchowe Źródło (Šalviový prameň), obok którego niegdyś stał niewielki schron pełniący w swych początkach funkcję domku myśliwskiego. Zaraz potem most i niezmienne pilnowanie żółtych znaków, aby nie zboczyć na szlak niebieski prowadzący do Doliny Białych Stawów.

 

– Byle do kosówki, tam musi być jakaś cywilizacja! – rozbudza nas Tomek.

 

Cały poranek rozmawialiśmy o tym, że gdy tylko skończy się las, ujrzymy monumentalną, blisko 900-metrową, północną ścianę Małego Kieżmarskiego Szczytu (Malý Kežmarský štít, 2513 m n.p.m.). Od jej dziewiczego przejścia (z ominięciem dolnego piętra) upłynęło ponad sto lat, a ona wciąż stanowi obiekt westchnień każdego taternika. Nic dziwnego, skoro wyznaczono tutaj ponad 100 dróg wspinaczkowych o skali trudności od II do VIII+. I niemałą rolę w jej pokonaniu odegrali Polacy.

 

W kwietniu 1933 roku Zbigniew Korosadowicz i Jan Staszel zmierzyli się z nią w warunkach zimowych. Wyprawa zakończyła się sukcesem, a „Taternik” w tym samym roku określił ich wyczyn jako „niewątpliwie jeden z rekordów taternictwa”. Na tym nie kończą się ojczyste związki z doliną. Wystarczy wspomnieć, że nazwę Doliny Kieżmarskiej do literatury wprowadziła jedna z wypraw doktora Tytusa Chałubińskiego w 1898 roku. Z kolei pomiędzy pobliskim Durnym Szczytem (Pyšný štít, 2623 m n.p.m.), a Poślednią Turnią (Posledná veža, 2560 m n.p.m.) rozpościera się Klimkowa Przełęcz (Bachledova štrbina) nazwana od imienia i nazwiska Klimka Bachledy.

 

 

Cicho wszędzie, głucho wszędzie

Nie ma się co spierać. Otoczenie Schroniska nad Zielonym Stawem Kieżmarskim to jeden z najwspanialszych widoków w Tatrach. Docieramy tu po dwóch godzinach szybkiego podejścia. I stoimy jak wryci ze szczękami opadającymi z wrażenia. Ściana Małego Kieżmarskiego to ledwie początek fajerwerków. Na pierwszy plan wychodzi Jastrzębia Turnia (Jastrabia veža, 2137 m n.p.m.). Prawdziwa ikona lokalnej panoramy. Jakże bliska polskim sercom od 1880 roku, kiedy jako pierwszy zdobył ją nasz rodak Maciej Sieczka. Towarzyszą jej jeszcze bardziej okazałe tatrzańskie molochy – Baranie Rogi (Baranie rohy, 2526 m n.p.m.) i wspomniany Durny Szczyt. A wszystko to jest delikatnie podlane spokojnymi wodami Zielonego Stawu Kieżmarskiego (Zelené pleso Kežmarské).

 

Według mapy, od mojego koszmaru dzielą nas ponad dwie godziny podejścia. I niewiele mniej, by wrócić do schroniska. Idealny timing, bo w samo południe według prognoz szykuje się oberwanie chmury. A tym razem, nikt nie ma zamiaru poddać się Jagnięcemu.

 

Trzeba jednak przyznać, że góra broni się zaciekle. Na starcie funduje nam strome zakosy w kosówce – niezbędne, by pokonać 250-metrowy próg Doliny Jagnięcej. Typowy tatrzański ceremoniał. Krok za krokiem, pot na czole, aż na lekkie wypłaszczenie z Czerwonym Stawkiem (Červené pleso, 1811 m n.p.m.). Jeśli w tym miejscu ktoś ma jeszcze wątpliwość, czy warto się tak męczyć, to polecam się obrócić i raz jeszcze stanąć oko w oko ze ścianą Małego Kieżmarskiego. Co za kolos!

 

Nic lepszego od rana nie widzieliśmy, a będzie tylko ciekawiej. Szczególnie, że z drugiej strony pojawiło się już nasze danie głównie i klarowna ścieżka prowadząca do mety jak po sznurku. Lecz najpierw trzeba się trochę nadreptać po piarżystych i trawiastych zboczach, mijając w oddali Modry Stawek. Na deser jeszcze mała ślizgawka, czyli płat śniegu zalegający do późnego lata i można zakręcać w stronę łańcuchów ubezpieczających niewielką ściankę. Nie są to „lufy” znane z Orlej Perci i pewnie znajdą się kozacy, którzy pokonają tę trasę bez dotknięcia żelastwa. Ale w trakcie deszczu, gdy kamienie momentalnie stają się śliskie, takie sztuczne ułatwienie może nam uratować skórę.

 

Po drugiej stronie podziwiamy zupełnie inny krajobraz Tatr Bielskich,
fot. Michał Parwa

 

Panorama reglamentowana

Tymczasem każdy krok do góry, to jeszcze lepsza perspektywa chociażby na Łomnicę i wieńczącą ją stację kolejki. Wydaje się być na wyciągnięcie ręki, gdy stajemy na grani nieopodal Kołowego Przechodu (Kolový priechod, 2118 m n.p.m.). No nie powiem Panie Jagnięcy, dzieje się! Przekraczając jedną ze szczerbin zaglądamy w dziką otchłań Doliny Kołowej. To jedna z tych chwil warta milion dolarów. Poza nami na szlaku walczy tylko para Słowaków. I rodzina kozic przyglądająca się nam z odległości kilku metrów. Na szczęście czasy, gdy w okolicy polował na nie książe Christian Hohenlohe odeszły bezpowrotnie. Teraz spokojnie patrzą, jak garstka dwunożnych stworów przewija się przez kilka skalnych żeber. Nic, tylko cmokać z zachwytu! Wąskie rynny, skały, trochę ekspozycji i to bez żadnych metalowych ułatwień – czyli to, co tygryski lubią najbardziej.

 

Takimi atrakcjami wita nas, jak to mówią Słowacy, Jahňací štít. A gdy w końcu stajemy na jego czubku, mój koszmarek ukochany raczy nas widokami na niemal całe Tatry. Od Wołoszyna, przez najwyższą w Tatrach Zachodnich Bystrą (2248 m n.p.m.), aż po Rysy (2503 m n.p.m.), Wysoką (2560 m n.p.m.), Lodowy Szczyt (2627 m n.p.m.), wspomnianą Łomnicę i Tatry Bielskie na deser. I jeszcze ta różnorodność – z jednej strony alpejski, szorstki landszaft, zaś z drugiej trawiaste zbocza Hawrania (2152 m n.p.m.) i Płaczliwej Skały (2145 m n.p.m.). Zdążyliśmy zresztą w ostatnim momencie, bo w przeciągu pięciu minut zza Kołowego szczytu wypełzają chmury i zakrywają cały spektakl. Jakby Jagnięcy zdawał się krzyczeć: „Wystarczy, na więcej nie pozwalam, proszę schodzić”. A nikt z nas nie ma zamiaru polemizować z tym potworem.

 

Niby wracamy po własnych śladach, toteż chmury i mgła nie powinny przeszkadzać. Ale właśnie w pobliżu Kołowego Przechodu, tam gdzie raz jeszcze przekraczamy grań i wracamy na łańcuchy, najłatwiej jest się zgubić. Wprost na wydeptanej ścieżce, która jeśli przegapimy znaki, może wyprowadzić człowieka na urwiste skały.

 

Grunt, żeby dobrze skręcić. A potem już na autopilocie można się desantować z powrotem na pole śnieżne, stawek i przez kosówkę aż do schroniska. W sumie łaskawy gość z tego Jagnięcego. Kurek z deszczem odkręcił dopiero w momencie, gdy weszliśmy do jadalni.

 

W sam raz, żeby przeczekać deszcz i zamówić „buchte na pare”. Nazywajcie je po polsku jak chcecie: kluski na parze, pampuchy, drożdżowe bułeczki… ale ta bomba kaloryczna z masłem, kakao i cukrem jest idealną nagrodą i zwieńczeniem „operacji Jagnięcy”. Widoki już były, a teraz zaręczam – nic lepszego dzisiaj nie zjecie. I ciężko Wam będzie doturlać się z takim balastem z powrotem na parking. Najlepiej asekurować się w gronie przyjaciół i planować kolejne szczyty, skoro dzisiaj udało mi się już zdjąć klątwę z jednego.

 

Tekst: Michał Parwa

06/2020

 

Szlaki

żółty: Parking Biela Voda – Chata pri Zelenom plese – 3 h / 2 h 30 min
żółty: Chata pri Zelenom plese - Jahňací štít – 2 h 30 min / 2 h 

 

Dojazd

Dojazd autem wygląda podobnie jak w przypadku wycieczki na Gerlach. Kierujemy się na przejście graniczne w Jurgowie przez Białkę i Bukowinę Tatrzańską (droga nr 49). Za granicą skręcamy w lewo, w kierunku Starego
Smokowca (Starý Smokovec).
Bez samochodu pozostaje dojazd busem na przejście w Łysej Polanie. Za mostem granicznym czekają autobusy obsługiwane przez SAD Poprad a.s. Wysiadamy na przystanku Tatr. Lomnica, Biela Voda.
Rozkład szczegółowy na:
www.sadpp.sk

 

Noclegi

Chata pri Zelenom plese
tel. +421 901 767 420
www.chataprizelenomplese.sk