Każde tatrzańskie schronisko ma swoją historię i klimat. Ale przede wszystkim kochamy je za niezwykłą atmosferę albo idealne położenie, tak ważne przed długimi wędrówkami na granie i szczyty. Cieszymy się, że możemy czuć się w nich jak w domu albo że spotykamy niezwykłych ludzi, którzy je prowadzą.

 

Oczywiście krytykujemy je przy tym za wysokie ceny, bałagan i wszechobecny tłum ludzi. Ale nie może być inaczej. W 2019 roku, przed pandemią, Tatry odwiedziły prawie 4 mln ludzi. Co dziewiąty Polak chciał przynajmniej spojrzeć na Giewont lub Morskie Oko. Ale między Bogiem a prawdą, to właśnie ten ruch turystyczny sprawia, że schroniska wciąż żyją i to w dobrej kondycji.

 

Tatry Polskie, Kultowy krajobraz z Hali Gąsienicowej w stronę Orlej Perci i Kościelca, fot. Karol Nienartowicz

 

W polskich Tatrach mamy osiem czynnych schronisk górskich, gdzie możemy liczyć na nocleg. Bardzo mało, choć ich lokalizacja jest idealna, żeby wędrować z plecakiem bez schodzenia do Zakopanego. Ale niech się odezwie ten, kto w słuchawce telefonu nie usłyszał „bardzo nam przykro”, „nie ma wolnych miejsc”, „wszystko zajęte”. Chętnych jest tylu, że na maile często nikt nie odpowiada. Gdy przychodzi ich kilkadziesiąt albo nawet kilkaset dziennie, nie ma szans, by to ogarnąć. Zostaje więc łut szczęścia.

 

Oaza spokoju, to się jeszcze zdarza

Startujemy w czteroosobowej ekipie przyjaciół w Palenicy Białczańskiej. Pierwszy cel to słynna Roztoka (1031 m n.p.m.) i tylko godzina spokojnego spaceru. Idealne na rozgrzewkę, gdy na plecach mamy plecak ważący prawie 20 kg, a przed sobą tydzień wędrówki.

 

To jest jedno z tych miejsc w polskich Tatrach, gdzie jeszcze można liczyć na ciszę i spokój. Często, gdy siedzę wieczorem przed wejściem, zastanawiam się nad jego fenomenem. Zaledwie 10 minut od niego biegnie asfalt do Morskiego Oka, którym w sezonie przemierzają tysiące ludzi każdego dnia. A tu można usiąść z książką na ławce i w spokoju oddać się lekturze. Nikt nikogo nie szturcha, nie pogania, ani nie przeklina. Prawdziwy cud.

 

Tatry Polskie, spojrzenie z Kasprowego w stronę Czerwonych Wierchów, fot. Kuba Witos Fotografia

 

Od jesieni 2008 roku schronisko prowadzą Anna i Stefan Krupowie. Zmienili to miejsce nie do poznania. Nic dziwnego, że aż trzy razy wygrało Ranking Schronisk Górskich „n.p.m.”. Przy tego rodzaju rankingach zawsze w internecie rozpętuje się burza. Ale w tym przypadku trudno znaleźć w sieci krytyczne opinie. Najczęściej tatrzańskie schroniska prowadzą rodziny z pokolenia na pokolenie. Jak to się stało, że małżeństwo bez takiego doświadczenia trafiło w to miejsce?

 

- Przygotowaliśmy precyzyjny plan naszych działań, podkreślając, że nie chcemy poprzestać na usługach gastronomicznych i hotelowych. W końcu Roztoka to miejsce z duszą i ogromnymi tradycjami. Natomiast na wszelki wypadek nie przyznałam się wówczas, iż nigdy wcześniej w Roztoce nie byłam... – opowiadała Anna Krupa naszemu redakcyjnemu koledze Kubie Terakowskiemu.

 

Dziś każdy, kto odwiedzi to miejsce, naprawdę poczuje się jak w domu. I w tym stwierdzeniu nie ma cienia przesady.

 

Ostatnie spojrzenie na Tatry

Roztokę opuszczamy o świcie. Co prawda do Morskiego Oka (1410 m n.p.m.) są tylko niecałe dwie godziny spokojnego spaceru, ale chcemy tego dnia jeszcze wejść na Rysy. O godzinie piątej nad ranem słynny asfalt jest jeszcze pusty. Szybkim krokiem przemierzają go przed wszystkimi taternicy z linami i kaskami przytroczonymi do plecaków. W głowie mam obraz tego, jak ta trasa wyglądać będzie już za trzy albo cztery godziny. Na szczęście w tym momencie to nie nasz problem.

 

Plecaki zostawiamy w schronisku i ruszamy w wyższe góry. Najpopularniejszy szlak wiedzie z Morskiego Oka oczywiście na Rysy (2499 m n.p.m.), ale można też wybrać piękną trasę na Przełęcz pod Chłopkiem (2308 m n.p.m.). Pierwsze moje wspomnienie z tym szlakiem to studenckie czasy, gdy na trasie minęliśmy schodzącego z synem Marka Kondrata. Już godzinę wcześniej inni turyści uprzedzali nas o niezwykłym aktorze na trasie. Po latach wciąż nie pogodziłem się, że ten wybitny artysta tak łatwo porzucił zawód.

 

Morskie Oko to schronisko, które od lat prowadzi rodzina Łapińskich. Jeden z najbardziej niezwykłych dni wydarzył się tu 5 czerwca 1997 roku, gdy nieoczekiwaną wizytę złożył Jan Paweł II.

 

- W południe przyjechał jakiś ksiądz i zaczął mnie bardzo dokładnie wypytywać o turystów. Chciał wiedzieć, kiedy ruch w schronisku maleje. Był czerwiec, więc wieczorami Morskie Oko pustoszało. Około godz. 17.30 papież stanął w progu. Spodziewano się go na Rusinowej Polanie. Czekał tam tłum wiernych, ale śmigłowiec w ogóle nie wylądował, tylko wrócił do Zakopanego. W Morskim Oku nie było nikogo z prasy, żadnej telewizji. To wtedy papież widział Tatry po raz ostatni – wspominała gospodyni Maria Łapińska, która trafiła tu 47 lat temu.

 

Nocujemy w starym schronisku, zwanym wozownią. To tu śpią wszyscy, którzy potem atakują słynną Kazalnicę i inne pionowe ściany. Takiego drugiego miejsca w Tatrach nie ma, chyba że weźmiemy pod uwagę Betlejemkę na Hali Gąsienicowej. Ale to nie jest klasyczne schronisko, a chatka tylko dla taterników i kursantów. Jeśli chcesz poczuć klimat z takich książek jak „Miejsce przy stole” Andrzeja Wilczkowskiego czy „Komin pokutników” Jana Długosza, musisz koniecznie spać w Moku.

 

Zakazany owoc smakuje najlepiej

Z Morskiego Oka do popularnej w Tatrach Piątki, czyli schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, można dojść albo przez Przełęcz Szpiglasową (2110 m n.p.m.) albo przez Świstówkę (ok. 1750 m n.p.m.). To drugie rozwiązanie jest nieco łatwiejsze, bo nie ma tu ani łańcuchów, ani klamer, co przy ciężkim plecaku jest lepszym rozwiązaniem. Ale to nie znaczy, że jest tu łatwo i przyjemnie. Dość powiedzieć, że niebieski szlak jest zimą zamykany ze względu na zagrożenie lawinowe. To właśnie na tej trasie usłyszałem kiedyś znamienne słowa od spotkanych tu taterników, którzy życzyli nam, młodym i nieopierzonym w wysokich górach studentom, „szczęśliwego powrotu do domu”. Wtedy to życzenie zupełnie do nas nie docierało. Po latach, gdy o tylu wypadkach w górach człowiek słyszał i czytał, wspominam te życzenia ze Świstówki za każdym razem, gdy ruszam w góry.

 

Tatry Polskie, widok z podejścia na Świstówkę w stronę Doliny Pięciu ze Stawów Polskich ze słynnym schroniskiem, fot. Przemysław Piegza

 

Piątka jest najwyżej położonym schroniskiem górskim w Polsce (1671 m n.p.m.). I słynie z tego, że w czasach przedpandemicznych nawet w sezonie przyjmowała wszystkich pod dach na nocleg. A gdy dachu zabrakło, to w pogodne dni turyści chowali się w śpiworach nawet przed budynkiem. Stanął on nad Przednim Stawem na początku lat 50. ubiegłego wieku. Pierwszą gospodynią była Maria Krzeptowska, a jej dzieło kontynuują kolejne pokolenia rodziny.

 

Kto chce poznać szczegółowo tę historię, powinien sięgnąć po książkę Beaty Sabały-Zielińskiej „Pięć stawów”. Jej podtytuł „Dom bez adresu” najlepiej chyba oddaje klimat tego miejsca. Książka zaczyna się jak bajka: „Gdzieś na końcu świata…”. I choć Piątka na pewno nie jest beskidzką chatką, gdzie diabeł mówi dobranoc, to coś w tych słowach jest. W końcu nie dojedzie tu żaden terenowy samochód. Każdy musi dojść na własnych nogach.

 

A że jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju, niech świadczy choćby ten cytat z książki: „Spirytus w Stawach zawsze był mile widziany – można go cudownie rozmnożyć, rozcieńczając w nalewki lżejsze, lub zrobić spécialité de la maison, czyli litworówkę. Oczywiście nielegalną, bo park nie pozwalał, nie pozwala i nigdy nie będzie pozwalał na zbieranie litworu. Co znacznie podnosiło, podnosi i będzie podnosić wartość specjału (nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc smakuje najlepiej”.

 

Na drugą stronę Orlej Perci

Z plecakiem droga z Piątki do Murowańca wiedzie albo przez Przełęcz Krzyżne (2112 m n.p.m.) albo przez Zawrat (2157 m n.p.m.). To drugie rozwiązanie, by dostać się na drugą stronę Orlej Perci, z pewnością jest ciekawsze. Choć zejście w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego już przy odrobinie deszczu bywa wymagające.

 

Nie będę pewnie oryginalny pisząc, że Murowaniec to nie jest moje ulubione schronisko. Jadalnia przypomina jeden wielki bar szybkiej obsługi. A jakby tego było mało, rok temu pod sufitem zamontowano szpetne rury i zraszacze systemu przeciwpożarowego. Nie ma tu na pewno górskiej atmosfery, a fakt, że w przeciwieństwie do Piątki, od wielu lat w Murowańcu nie było możliwości noclegu na glebie, sprawia, iż szczęściarze, którzy „wyrwali” nocleg są prawdziwymi wybrańcami losu. I nie ma chyba nic gorszego niż zdobyte cudem miejsce w pokoju, a za oknem pogoda uniemożliwiająca jakąkolwiek wędrówkę.

 

 

Ukochana góra Michała Jagiełły

Kolejny etap i wędrówka aż na Halę Ornak jest chyba najbardziej wyczerpującym dniem podczas tygodnia z plecakiem w polskich Tatrach. Najpierw trzeba wejść na Kasprowy Wierch (1987 m n.p.m.), a potem przejść całe Czerwone Wierchy. Oczywiście, technicznie to nie jest żaden problem. Ale musimy wziąć pod uwagę, że kolejne wejścia na Kopę Kondracką (2005 m n.p.m.), Małołączniak (2096 m n.p.m.), Krzesanicę (2122 m n.p.m.) i Ciemniak (2096 m n.p.m.) będą kosztowały nas sporo wysiłku. Teoretycznie z Kopy można skręcić do schroniska na Hali Kondratowej, ale tam jest tylko 16 miejsc noclegowych. Tu nawet szczęście w rezerwacji nie pomoże.

 

Lubię Czerwone Wierchy. To właśnie ta grań była jedną z pierwszych, które przeszedłem, gdy starszy brat wziął mnie po raz pierwszy w Tatry. Teraz kiedy zawsze przez nie idę, przypominam sobie postać Michała Jagiełły, autora niezwykłej książki „Wołanie w górach” i zasłużonego przewodnika TOPR, który zmarł nagle pięć lat temu. Kopa Kondracka to była jego ukochana góra. A taka jest niepozorna.

 

Gdy wieczorem dochodzimy do schroniska na Hali Ornak jesteśmy naprawdę wyczerpani. Ale o tej porze dnia to miejsce ma coś z magii. O atmosferę dbają tu Anna i Grzegorz Gąsienica-Daniel. Warto wspomnieć, że w progach tego schroniska wystawiane są nawet sztuki teatralne („W stronę Pysznej i tatrzańskiej poezji”), a spotkania z ludźmi gór zdarzają się tu bardzo często. Już nie mogę się doczekać, kiedy znowu przeżyję w tym miejscu teatralną przygodę.

 

Spotkanie w wielkiej konspiracji

Ostatni dzień to już spokojne przejście przez Przełęcz Iwaniacką do ostatniej doliny na naszej trasie – Chochołowskiej. Postacią spinającą naszą wędrówkę może być na przykład Jan Paweł II. W Morskim Oku spojrzał na Tatry po raz ostatni w 1997 roku. Tutaj spotkał się z górami pięć lat po tym, jak wybrano go papieżem. W progach schroniska rozmawiał między innymi z Lechem Wałęsą. Patrząc na tłumy ludzi na polanie aż trudno uwierzyć, że prawie 40 lat temu odbyło się tu spotkanie w wielkiej konspiracji.

 

I tak tydzień z plecakiem w Tatrach przechodzi do historii. Nie pisałem tu szczegółowo o trudach wędrówki, problemach z rezerwacjami noclegów czy niesprzyjającej pogodzie. Chciałem po prostu zainspirować Was do niezwykłej przygody. Zapewniam wszystkich, że podczas takiej wędrówki tłumy na szlaku nie są irytujące. Nawet na Kasprowym Wierchu będziecie się uśmiechać. Nie wypada mi nic innego, jak tylko życzyć Wam „Szczęśliwego powrotu do domu”.

 

Tekst: Tomasz Cylka

 

Dojazd

W same Tatry autem jedziemy zakopianką. Pamiętajmy, że do Kuźnic nie dojedziemy własnym samochodem, który trzeba zostawić na parkingu – najlepiej w okolicach ronda.

Autobusy z Krakowa do Zakopanego najlepiej sprawdzać na stronie www.mda.malopolska.pl.

 

Szlaki

Dzień 1

Palenica Białczańska – Schronisko w Dolinie Roztoki 1 h ↑↓

 

Dzień 2

Schronisko w Dolinie Roztoki – Morskie Oko 1 h 45 min. ↑ 1 h 15 min. ↓

Wejście na Rysy (bez plecaka) 4 h 15 min. ↑ 3 h 15 min. ↓

 

Dzień 3

Morskie Oko – Świstówka – Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich 2 h ↑ 1 h 45 min. ↓

Wejście na Kozi Wierch (bez plecaka) - 2 h 15 min. ↑ 1 h 45 min. ↓

 

Dzień 4

Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich – Zawrat – Murowaniec 4 h ↑ 4 h 15 min. ↓

 

Dzień 5

Murowaniec – Kasprowy Wierch – Czerwone Wierchy – Schronisko na Hali Ornak 7 h ↑ 8 h 15 min. ↓

 

Dzień 6

Schronisko na Hali Ornak – Przełęcz Iwaniacka – Schronisko w Dolinie Chochołowskiej 3 h 15 min. ↑↓

 

Dzień 7

Pętla przez Grześ, Rakoń i Wołowiec (bez plecaka) – 6 h ↑↓

Schronisko w Dolinie Chochołowskiej – Siwa Polana 2 h ↓ 2 h 15 min. ↑