Stare bociany? A może Stara Robota? Jedno jest pewne, Starorobociański Wierch poleca się na jesienną, tatrzańską wędrówkę.

 

Jaka jest najpiękniejsza pora roku na zwiedzanie Tatr Zachodnich? Moim zdaniem tylko jesień. Zapewne wielu z Was się ze mną zgodzi, a niektórzy nawet zarzucą, że jestem mało oryginalna. Ale co poradzę, że kolory lasów reglowych i mieniąca się na rdzawo sit skucina działają jak magnes. Gdy w mieście robi się szaro, buro i ponuro trzeba do swojego życia wprowadzić trochę koloru.

 

To już mały park rozrywki

Na szybki weekendowy wypad w Tatry udaje mi się namówić Adelę i Kaspra. Tym razem na bazę noclegową wybieramy Kościelisko. Chcemy rano ruszyć wcześnie na szlak, nie tracąc czasu na dojazd z centrum Zakopanego. Planując wyjście, musimy mieć na uwadze, że jesienią dni są krótsze i szybko robi się ciemno. Już wieczorem pakujemy więc plecaki, szykujemy przekąski, wyciągamy kurtki deszczowe, czapki i rękawiczki. Na grani na pewno będzie zimno, a przezorny zawsze ubezpieczony.

 

Ranek, zgodnie z prognozami, wita nas chmurami i wiatrem. Ale my jesteśmy zwarci i gotowi, żadna pogoda nam nie straszna. Samochód zostawiamy na parkingu na Siwej Polanie (944 m n.p.m.), u wylotu Doliny Chochołowskiej. W tym przypadku, inaczej jak przy wejściu na pozostałe tatrzańskie szlaki, sprzedaż biletów prowadzona jest przez Wspólnotę Leśną Uprawnionych 8 Wsi w Witowie. Tworzą ją lasy, których właścicielami są rolnicy ze wsi: Ciche, Czarny Dunajec, Chochołów, Dzianisz, Witów, Wróblówka, Podczerwone i Koniówka. Na tych terenach uzyskali oni prawo do wykonywania prac leśnych, jednak pod ścisłą kontrolą Tatrzańskiego Parku Narodowego. Ale formalnie wygląda to inaczej niż choćby w sąsiedniej Dolinie Kościeliskiej.

 

Tatry Zachodnie, panorama ze Starorobociańskiego Wierchu na wschód, fot. Przemysław Piegza

 

Przekraczamy szlaban. Mniej dziwi nas asfalt, którym będziemy teraz iść, a bardziej powstała w tym miejscu infrastruktura. Nowe bacówki, chatki, nieczynny już o tej porze tzw. małpi gaj, gdzie latem dzieci mogą się wyszaleć. Do tego w szczycie sezonu kursuje tutaj kolejka “Rakoń”, która dowozi turystów do Polany Huciska. Przykro patrzeć, jak miejsce, gdzie prowadzony jest przecież kulturowy wypas owiec, zostaje powoli zamienione w park rozrywki. Nasze szczęście, że późną jesienią o poranku ruch jest tutaj zerowy, a atrakcje są pozamykane.

 

Jesienią termos to podstawa

Nie ukrywam, że pierwszy odcinek szlaku nie należy do moich ulubionych. Uważam nawet, że początek Doliny Chochołowskiej jest wręcz brzydki. Asfalt, las, ciemna roślinność, nawet widoki z tego miejsca są marne. Włączamy więc czym prędzej szósty bieg. Chcemy mieć ten nudny fragment drogi jak najszybciej za sobą. Mamy przynajmniej pretekst, żeby się rozgrzać.

 

Docieramy więc do pierwszego charakterystycznego miejsca na trasie - do Polany Huciska (983 m n.p.m.). To tutaj można kupić rewelacyjne oscypki i genialną żyntycę. To do tego miejsca musiałam kilka lat wcześniej schodzić z głębi doliny, aby złapać zasięg i powiadomić zmartwioną rodzinę, że żyję i nic mi nie jest. Na szczęście sytuacja telefonii komórkowej w polskich Tatrach diametralnie się poprawiła. Coraz rzadziej można trafić w miejsca, z których nigdzie się nie dodzwonimy.

 

Przysiadamy na chwilę na ławce. Poranny chłód i wilgoć doskwierają nam odrobinę, na szczęście na ratunek przychodzą termosy z gorącą herbatą. O tej porze roku nie wyobrażam sobie iść na szlak, nie mając w plecaku ciepłego napoju. Nic dziwnego, że ratownicy TOPR po dotarciu do zbłąkanych turystów częstują ich właśnie gorącą herbatą. Siły powracają, idziemy zatem dalej. Mijamy wylot Doliny Starorobociańskiej, którą będziemy dzisiaj schodzić. Martwi nas jedynie ilość błota, a także obecność pojazdów przystosowanych do prac leśnych. Ale na razie odsuwamy te myśli na dalszy plan, bo perspektywa powrotu zabłoconym, zniszczonym przez zrywki drzewa szlakiem, nie należy do najmilszych.

 

Tatry Zachodnie, widok z Kończystego na Starobociański Wierch, fot. Przemysław Piegza

 

Im gorsza pogoda, tym lepsza przygoda

Przy odejściu szlaku czerwonego na Polanie Trzydniówka (1081 m n.p.m.) czeka na nas odcinek, którym trzeba wdrapać się na grań. Pamiętam, jak szłam tym szlakiem kilka lat wcześniej. Nie mogę nadziwić się, jak bardzo zmieniło się otoczenie. To najprawdopodobniej efekt prac leśnych. Teraz za naszymi plecami z chmur wyłaniają się Mnichy Chochołowskie. A jeszcze trzy lata temu przedzieraliśmy się tu wąskim szlakiem, wśród gęstej roślinności i połamanych drzew. Oznacza to, że warto po latach powtarzać tatrzańskie wycieczki – na szlakach nigdy nie jest tak samo.

 

Idziemy praktycznie sami. Trasa mimo wszystko daje nam popalić, trzeba przecież zdobyć wysokość. Co ciekawe, znajdujemy się teraz na tzw. szlaku papieskim. Jego pierwotny odcinek prowadzi ze schroniska w Dolinie Chochołowskiej w głąb Doliny Jarząbczej, aż do lasku pod Jarząbczymi Szałasikami. Podczas swojego pobytu w 1983 roku właśnie na taki spacer udał się Jan Paweł II. Całe przejście, od schroniska, przez Szałasiska na Trzydniowiańskich Wierch zostało rozplanowane w formie zgrabnej pętli.

 

Wychodzimy w końcu ponad górną granicę lasu. Znajdujący się za naszymi plecami Kominiarski Wierch (1829 m n.p.m.) utonął już całkowicie w chmurach, podobnie ulokowana po naszej lewej stronie Grań Ornaku. Szybko narzucamy na siebie kurtki przeciwdeszczowe i poncza. Stało się, złapało nas typowe dla późnej jesieni nagłe załamanie pogody. Niestety dzisiejsza wycieczka nie przewiduje odpoczynku w schronisku. Wyciągamy więc szerokie uśmiechy i dobry humor, bo przecież im gorsza pogoda, tym lepsza przygoda i idziemy w stronę szczytu. Słup oznaczający pierwszy zdobyty dzisiaj wierzchołek jest już na wyciągnięcie ręki.

 

Worki zamiast kamieni

Zdobywamy Trzydniowiański Wierch (1765 m n.p.m.), z którego przy pięknej pogodzie rozpościera się rewelacyjna panorama na Dolinę Chochołowską, a także Rakoń, Wołowiec, a nawet niepozornie wyglądające z tej strony Rohacze. Jak to mówią górale, duje mocno i siąpi deszczyk, ale chmury są dosyć wysoko. Kucamy przy szlakowskazie i schowani pod ponczem, pałaszujemy kanapki i rozgrzewamy się herbatą z termosu.

 

Widać już nasz dzisiejszy cel, aby jednak się na niego wdrapać, musimy zdobyć jeszcze jeden szczyt. Tak jest, nasza dzisiejsza trasa została zaplanowana ambitnie - ponad 25 kilometrów i trzy wierzchołki do zdobycia. Trawersujemy zbocza Czubika (1845 m n.p.m.) i świeżo wyremontowanym szlakiem brniemy dalej wśród wiatru. Mamy nadzieję, że może chociaż na chwilę uda się wejść w jakieś osłonięte miejsce. Ale będąc na ścisłej grani, nie ma na to szans.

 

Kasper za to jest zaskoczony stanem szlaku. Na części tras w Tatrach Zachodnich TPN przeprowadza swego rodzaju eksperyment. Na rozdeptywane przez tysiące turystów szlaki ułożono worki jutowe wypełnione żwirem i kamieniami. Wcześniej juta, jako materiał, była już wykorzystywana do zabezpieczania szlaków choćby na Czerwonych Wierchach. Jest to materiał naturalny i dobrze sprawdza się w miejscach, gdzie nie ma naturalnie występujących kamieni. Jest nadzieja, że wypełnienie worków ulegnie zbiciu, juta się rozłoży i powstaną naturalne stopnie, a szlaki nie zostaną rozdeptane.

 

Jesteśmy gośćmi u tatrzańskich kozic

Delikatnie prowadzącym pod górę odcinkiem grani zdobywamy drugi dzisiejszy wierzchołek - Kończysty Wierch (2002 m n.p.m.). Nie robimy długiej przerwy. Mocno wiejący wiatr nie pozwala nam na dłuższy popas. Plus jest taki, że dzięki temu nad naszymi głowami rozwiewają się chmury. Deszczyk ustępuje, a gdzieniegdzie pojawiają się pierwsze przebłyski słońca.

 

Podziwiamy górującą po naszej prawej stronie Raczkową Czubę (2194 m n.p.m., słow. Jakubina) oraz bliższy Jarząbczy Wierch (2137 m n.p.m.). Po naszej lewej stronie widać także trawers prowadzący prosto pod zakosy, którymi już za chwilę będziemy podchodzić. Naszą uwagę przykuwa jednak cisza i spokój panujące w opadającej przed nami Dolinie Raczkowej. Nie widać tam żywej duszy, jedynie niewielki kierdel kozic buszuje wśród kęp sit skuciny.

 

Nie przerywamy im rozrywki, w końcu są u siebie w domu, a my jesteśmy gośćmi na ich terenie. Skupiamy się na trasie przed nami. Została nam już ostatnia prosta, a w zasadzie “proste zakosy”. Adela funduje sobie podbieg na szczyt, a my z Kasprem spokojnie krok za krokiem zdobywamy wysokość. We trójkę rozsiadamy się na szczycie Starorobociańskiego Wierchu (2176 m n.p.m., słow. Klin) i robimy krótką przerwę na naładowanie energii i dopicie resztek herbaty.

 

Oprócz nas na szczycie jest kilka innych osób, którym nie straszna była jesienna pogoda. Zdecydowanie było warto. Z najwyższego polskiego szczytu Tatr Zachodnich rozpościera się bowiem rewelacyjna panorama na 360 stopni! Widać stąd Tatry Wysokie (Lodowy, Gerlach, Rysy, Wysoka, Świnica, Krywań), a także bliższe nam w tej chwili Tatry Zachodnie (Czerwone Wierchy, Giewont, Wołowiec, Rohacze). Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście najwyższa w okolicy Bystra (2248 m n.p.m.).

 

Tatry Zachodnie, widok z Trzydniowiańskiego Wierchu, fot. Przemysław Piegza

 

Świstakom nie spieszy się do nory

Adela już się niecierpliwi, puszczamy ją więc przodem. Prosimy tylko, żeby poczekała na nas już w Dolinie Chochołowskiej. My analizujemy jeszcze przez chwilę panoramę i czytamy w przewodniku Józefa Nyki skąd wzięła się nazwa szczytu. Nie pochodzi ona bowiem, jak wielu sądzi, od latających starych bocianów, ale od nazwy “Stara Robota” powiązanej ze znajdującymi się w dolinie wyrobiskami i kopalniami rud żelaza, które wydobywano tutaj już prawdopodobnie w XVI wieku.

 

Pora wracać. Przed nami zejście wąską, obsypującą się ścieżyną na Siwy Zwornik (1965 m n.p.m.) i dalej na Siwą Przełęcz (1812 m). Mamy stąd piękny widok na Dolinę Starorobociańską. Aż tu nagle zza szlakowskazu na Siwej Przełęczy wyłaniają się dwa świstaki. Jesteśmy zdziwieni, że jeszcze nie zakopały się w norach i nie zapadły w zimowy sen. Czyżby to był zwiastun długiej i ciepłej jesieni? Robimy powoli zdjęcia i ruszamy w dół za czarnymi znakami.

 

Niestety, skończyła nam się herbata w termosach. Mamy też puste bukłaki na plecach. Brak wody bardzo nam teraz doskwiera, wzięliśmy jej za mało. W głowach mamy już tylko grzańce, które zafundujemy sobie do obiadu. Nasze pragnienia jednak udaje się szybko ugasić. Mijamy po drodze wiele drobnych potoków spływających ze zbocza Ornaku - nie ma to jak zimna, źródlana woda.

 

Schodząc czarnym szlakiem praktycznie cały czas mamy przed oczami wielki obryw skalny. Na ratunek kolejny raz przychodzi nam Józef Nyka. Jak się okazuje, patrzymy właśnie na Dudowe Turnie oraz na obryw pochodzący z 1959 roku. Widać także kolejny, świeży obryw skalny, spowodowany prawdopodobnie obfitymi opadami deszczu w 2012 roku.

 

Jesień naprawdę jest najlepsza

Dosyć szybko tracimy zdobytą dzisiaj wysokość, mijamy Starorobociańską Rówień i ponownie wchodzimy w las. Niestety, sprawdzają się nasze poranne przypuszczenia. Im niżej, tym droga jest bardziej zniszczona przez pojazdy i intensywne prace leśne. Pozostaje nam zejście z głównej drogi i wyszukanie dogodnej, równoległej ścieżki.

 

U wylotu doliny zamyka się nasza dzisiejsza pętla. Wracamy asfaltową drogą w stronę parkingu. Dzień dobiega ku końcowi, a my jesteśmy zadowoleni z przebiegu dzisiejszej wycieczki. Chmury, wiatr i deszcz tylko dodały całości uroku. Utrwaliło to nas w przekonaniu, że jesień to faktycznie idealna pora na Tatry Zachodnie.

 

Tekst: Joanna Waryszak

9/2020

 

Noclegi

 

Schronisko PTTK na Polanie Chochołowskiej

tel. 660 144 510 (od godz. 8 do 20)

www.chocholowska.com

 

 

Szlaki

zielony: Siwa Polana (parking) – Polana Trzydniówka 1 h 45 min h 1 h 30 min i
czerwony: Polana Trzydniówka – Trzydniowiański Wierch 2 h h 1 h 30 min i
zielony: Trzydniowiański Wierch – Kończysty Wierch 1 h h 45 min i
czerwony: Kończysty Wierch – Starorobociański Wierch – Siwy Zwornik 1 h 15 min hi
zielony: Siwy Zwornik – Siwa Polana (parking) – Polana Trzydniówka 1 h 45 min h 1 h 30 min i
zielony, czarny: Siwy Zwornik – Siwa Przełęcz – Dolina Starorobobciańska 2 h 45 min i 3 h h