Luwak jest najdroższą kawą na świecie. Kilogram może kosztować tysiąc dolarów, a nawet dochodzić do trzech tysięcy! Na jej wyprodukowanie potrzeba tyle zachodu, że rocznie na całym świecie zbiory luwaku wynoszą zaledwie 300-400 kilogramów. Możemy z bliska zobaczyć, jak to wszystko się rodzi.
Luwak jest najdroższą kawą na świecie. Kilogram może kosztować tysiąc dolarów, a nawet dochodzić do trzech tysięcy! Na jej wyprodukowanie potrzeba tyle zachodu, że rocznie na całym świecie zbiory luwaku wynoszą zaledwie 300-400 kilogramów. Możemy z bliska zobaczyć, jak to wszystko się rodzi.
Tekst i zdjęcia Andrzej Meller
Od paru lat mieszkamy na południu Wietnamu w nadmorskim Mui Ne. Postanawiamy wybrać się w podróż najpopularniejszym motocyklem w kraju - hondą dream. Sąsiad doradza odległe o 180 km, górskie uzdrowisko Đà Lạt nazywane wietnamskim Paryżem, choć to raczej alpejskie Chamonix, bez śniegu, za to z wieczną wiosną.
- To miasto zakochanych i nowożeńców. Bardzo romantyczne. Spodoba Wam się. Trochę francuskie, a trochę wietnamskie. Byliśmy tam z Hong w podróży poślubnej – zachwyca się Tuynh u którego na ścianie wisi ich kiczowate, studyjne zdjęcie ślubne w jedwabnych ludowych strojach Áo dài.
Podjeżdżamy pod autostradę na wydmach, żeby nie przebijać się przez wioski. Od razu czuję, że jesteśmy obładowani i spowolnieni. Do tego huraganowy wiatr w twarz. Daję gaz do dechy, ale honda w porywach dociąga do 70 km/h. Pędzimy równiną wśród pól ryżowych, przeskakujemy mostki nad kanałami irygacyjnymi. W strumieniach dzieciaki wypasają uwalane błotem bawoły. Inne gęsiego wracają w mundurkach z wiejskiej szkoły. Na rozwidleniu dróg staję i pytam ciężarnej kobieciny okutanej od stóp do głów: - Đà Lạt ở đâu? (Gdzie jest Dalat?)
Kobiecina wskazuje skręt na wyrastające kilkadziesiąt kilometrów przed nami Góry Annamskie w masywie Płaskowyżu Centralnego Lâm Viên. To ten masyw oddziela Wietnamczyków żyjących na wybrzeżu od ludów plemiennych zamieszkujących góry, w których żyje ponad 50 małych narodów. Jeszcze godzina jazdy przez wioski zapomniane przez Boga i wreszcie powoli zaczynamy się wspinać na dwójce górską serpentyną.
Przez trzy godziny jedziemy 20 km/h. Robi się rześko, a nawet przyjemnie chłodno. Zakładamy polary. Stajemy odpocząć pod wodospadem koło drogi, ale do pierwszych kropel monsunu zostały jeszcze dwa miesiące i wody tyle, co kot napłakał. Kapie ostatkiem sił. Za to z przełęczy mamy oszałamiający widok na południe Płaskowyżu Centralnego oraz na równinę, którą zostawiliśmy w dole. Wspięliśmy się od zera na półtora kilometra nad poziom morza. Zresztą w oddali, jak w fatamorganie, pulsuje turkusowy horyzont za kolejnymi schodzącymi w dół pasmami gór, dolinami i wsiami na równinach.
Zrobiło się późne popołudnie. Jesteśmy na grani, która potem rozlewa się w płaskowyż. Mijamy typowe wietnamskie ni to wsie, ni to miasteczka prowincji Lâm Đồng. Do wietnamskiego Paryża zostało 30 km, tymczasem niespodziewanie zacina deszcz, który przeradza się w ulewę. Pogoda robi się ekstremalna: jesteśmy, przyzwyczajeni do prawie 40 stopni Celsjusza, a teraz w górach temperatura spada do 16. Ręce grabieją mi tak, że nie jestem w stanie kciukiem włączać kierunkowskazu.
Musimy już być blisko. Nisko nad nami unoszą się chmurki. W nozdrzach górskie powietrze i fantastyczny zapach, za którym tak często tęsknimy w Azji - woń sosen i żywicy. To dlatego Đà Lạt bywa nazywane także "miastem tysięcy sosen". Z lasu wyrastają drewniane, stuletnie pensjonaty, jakby żywcem przeniesione z alpejskich uzdrowisk. Już po ciemku, dokładnie o godzinie 18, z gór zaczyna schodzić ślimak porządnego asfaltu w okolicę sztucznego jeziora Xuan Huong, nazwanego tak od XVII-wiecznej wietnamskiej poetki, której imię oznacza Esencję Wiosny. Rowery wodne w kształcie białych łabędzi mokną puste w wiosennym deszczu. Wietnamczycy grzeją się w gustownych kawiarniach, popijając ciepłe napoje i przez załzawione szyby spoglądają na swoją ukochaną perłę - Đà Lạt. To dla nas pierwsze miejsce w Wietnamie, gdzie zamiast kawy i herbaty na lodzie pije się ich wersję gorącą. Nad centrum miasta góruje wieża radiowa o kształcie tej Eiffle'a z Paryża - Le Petit Paris.
Zatrzymujemy się w willi z typowym wietnamskim olbrzymim hallem. Na wstępie błagamy gospodynię, żeby włączyła termę z ciepłą wodą. Czekamy godzinę aż się nagrzeje, popijając w tym czasie typowo dalacką herbatę z karczochów, którą przyniosła nam w termosie. Po najdłuższym prysznicu w życiu kładziemy się spać opatuleni ciepłymi, chińskimi kocami. W pokoju jest 9 stopni Celsjusza.
Nie dziwi, że Francuzi z Sajgonu właśnie w tej chłodnawej jak na Indochiny krainie postanowili zbudować letnisko. Średnia temperatura waha się tu pomiędzy 15 a 24 stopniami Celsjusza. Đà Lạt był i nadal pozostaje dla Sajgonu tym, czym Sapa dla Hanoi – górskim uzdrowiskiem zbudowanym w europejskim stylu. W 1893 roku na tereny zamieszkałe przez górskie plemiona zawitał francuski bakteriolog pochodzenia szwajcarskiego Aleksander Yersin. Trzydziestolatek był protegowanym, bliskim współpracownikiem Ludwika Pasteura. W Sajgonie i Nha Trang otworzył nawet instytuty sławnego chemika i mikrobiologa. Sam przeszedł do światowej historii jako odkrywca przełomowej szczepionki na dżumę. Jednak dla regionu pozostaje przede wszystkim odkrywcą Đà Lạt. Młody badacz był na tyle przekonujący, że namówił francuskiego generała-gubernatora Paul'a Doumer'a, by na Płaskowyżu Centralnym wybudować uzdrowisko.
Dziś Đà Lạt to 200-tysięczne miasto. Niedaleko kopii wieży Eiffle'a stoi spłowiała, różowa katedra pod wezwaniem św. Mikołaja wzniesiona tuż przed upadkiem francuskich Indochin. Część Dalatczyków przyjęła od Francuzów katolicyzm, inni protestantyzm od misjonarzy amerykańskich. Po przeciwnej stronie sztucznego jeziora Xuan Huong znajdziemy dworzec kolejowy w stylu art déco z 1938 roku wzorowany na stacji z francuskiego Deauville w Normandii.
Đà Lạt znaczy "strumień (plemienia) Lạt", czyli ludu, który zamieszkuje Płaskowyż Centralny. Nie zawsze było im po drodze z Wietnamczykami, gdy ci zaczęli się tu osiedlać w czasach kolonialnych. Tradycyjnie Wietnamczycy żyli na nadmorskich nizinach, a plemiona w górach. Potem kolonializm i komunizm wymieszały etnosy i zaburzyły niegdysiejsze proporcje. Do dziś tli się konflikt o ziemię, reprezentację polityczną we władzach prowincji, partii i kraju, o szkolnictwo we własnym języku, o pracę. Górali możemy dziś spotkać na przykład w centrum miasta na Rynku Głównym. Skostniały, kupuję u nich podrabianą kurtkę "The North Face" za równowartość 50 złotych.
Dziś najważniejszą twarzą miasta są oczywiście Wietnamczycy. Jeszcze sprzed komunistycznych czasów pozostała tu pagoda Lâm Tỳ Ni , która cieszy się popularnością ze względu na "szalonego mnicha". Czcigodny Viên Thức mieszka tu od 1968 roku. Na początku medytował z dwoma kolegami, ale od ponad 40 lat towarzyszy mu jedynie stado psów. Mnich na co dzień tworzy poezję Zen, odlewa cementowe popiersia (głównie swoje) i maluje obrazy. Namalował ich podobno dziesiątki tysięcy. Oniryczne pejzaże oraz malarstwo religijne przynoszą mu ponoć godziwe zyski.
W mieście i okolicach są dziesiątki małych pagód. Na Wzgórzu Smoka w lesie na skraju letniska stoi choćby widowiskowa Pagoda Thiên Vương z 1958 roku. Zbudowali ją jednak Chińczycy, których także z łatwością odnajdziemy w mieście, głównie w sklepach z medycyną naturalną i w restauracjach oferujących różnego rodzaju kluski z dodatkami do własnej aranżacji.
Niedaleko pagody "szalonego Mnicha" położony jest pałac letni Bảo Đạia, ostatniego cesarza dynastii Nguyen, niezbyt szanowanej przez Wietnamczyków marionetki francuskiej, a przez chwilę japońskiej. Bảo Đại mieszkał tu z żoną, a potem z konkubinami w czasie II Wojny Światowej, "spędzając większość czasu na polowaniach i uwodzeniu kobiet" – jak wyczytałem w wietnamskiej prasie. Tutaj też abdykował w 1945 roku i mimo że jeszcze 10 lat współpracował zarówno z rewolucjonistami Ho Chi Minha, jak i z rządem francuskim nosząc nawet tytuł głowy państwa, to karierę zakończył na politycznej emigracji w Monaco.
Wietnamski charakter Đà Lạt to oprócz zabytków przede wszystkim ta "romantyczność", którą zachwalał Tuynh, a którą tak uwielbiają Wietnamczycy. To z ich punktu widzenia bajkowa, a dla nas groteskowa i pozbawiona dobrego gustu infrastruktura uzdrowiskowa, która robi z miasta coś na kształt wietnamskiego Disneylandu na miarę komunistycznych możliwości. To coroczny Festiwal Kwiatów, których plantacje otaczają miasto. Na co dzień można je podziwiać w Ogrodach Kwiatowych na jeziorem Xuan Huong. Ich silny zapach jest kolejnym, z którym Đà Lạt się kojarzy. To także spektakularna dwu i pół kilometrowa kolej linowa, która biegnie z centrum miasta nad sosnowym lasem do Świątyni Zen Trúc Lâm oraz położonego nieco na uboczu klasztoru Thiên Viện Trực Làm, w którym żyje 180 mnichów. W ogrodach Centrum Medytacji w Bambusowym Lesie nad Rajskim Jeziorem można cały dzień kontemplować w absolutnej ciszy.
Wizytówką Đà Lạt okazuje się jednak Szalony Dom Hằng Nga. To szpetne, a zarazem ciekawe miejsce jest dla miasta takim znakiem rozpoznawczym, jak dla Warszawy Pałac Kultury. Z ostatnich pięter wykrzywionego budynku widać tarasowe poletka pod miastem, góralskie wioski i plantacje.
Udajemy się do jednej z nich na plantację kawy luwak. Đà Lạt to stolica kawy, a Wietnam to drugi w świecie jej producent po Brazylii. Sprowadzili ją tu Francuzi pod koniec XIX wieku. Szybko stała się ulubionym napojem Wietnamczyków i jednym z głównych produktów eksportowych. Na wyjeździe z miasta drogowskaz wskazuje: Organic Weasel Coffee Farm – Organiczna Hodowla Kawy z Łaskuna.
Produkcja - głównie robusty - parę lat temu znacznie przekroczyła milion ton rocznie i przynosi około 1,5 miliarda dolarów dochodu. Kraj produkuje także Arabicę, ale okolica, którą eksplorujemy, słynie z rzadkiej i piekielnie drogiej odmiany kawy luwak. Po farmie oprowadza nas 23-letnia studenta Dalackiego Uniwersytetu Quế Trâm. Malutka dziewczyna z nieśmiałym uśmiechem posługuje się wyszukanym angielskim. Musiała wykuć cały proces produkcji na pamięć i teraz radzi sobie świetnie. Na początku pokazuje nam krzewy kawowca i tu pierwsze nasze zdziwienie. Jego owoce, jagody są zielone, a gdy dojrzeją robią się czerwone. Te najlepszej jakości zrywa się i karmi nimi żyjące tu w klatkach łaskuny muzangi. Po indonezyjsku - bo to światowa stolica tego rodzaju kawy - luwak oznacza właśnie łaskuna, czy inaczej po polsku cywetę. Te drapieżniki, których w klatkach jest około 20, dostają pożywienie dwa razy dziennie.
- Łaskuny są bardzo wybredne – opowiada dziewczyna. - Dlatego wybierają najlepsze owoce kawowca, ale nie trawią nasion, jedynie miąższ. Na naszej farmie używamy wyłącznie odmiany mokka. Ich enzymy trawienne nadtrawiają, a bakterie produkujące kwas mlekowy lekko fermentują ziarna, przez co zmienia się ich struktura – kontynuuje studentka. Po przejściu przez przewód pokarmowy łaskuna, ziarna tracą gorzki smak, a wytwarzana z nich kawa zyskuje nowy, łagodny aromat.
Dlatego miejscowi myśliwli tak chętnie polują, a raczej łowią łaskuny. Takie zwierzątko w połączeniu z dobrym kawowcem to majątek. Luwak jest najdroższą kawą na świecie – kilogram może kosztować tysiąc dolarów, a nawet dochodzić do trzech tysięcy! Na jej wyprodukowanie potrzeba tyle zachodu, że rocznie na całym świecie zbiory luwaku wynoszą zaledwie 300-400 kilogramów.
Jak mówią Wietnamczycy, "szczęśliwe chwile są bardzo krótkie". Czas wracać na parne równiny, gdy w górach tak chłodno i przyjemnie. Jestem prawie pewien, że trasa w dół przebiegnie błyskawicznie. Wyjeżdżamy rano. Przed nami na początek 30 km po równinie. Tyle, że zaczyna siąpić, a potem lać, aż w końcu, kiedy jedziemy przez szare miasteczka zaczyna się gradobicie. Stajemy w najbliższym hotelu, zamawiamy termos herbaty z karczochów i ponownie wskakujemy pod chińskie pledy. Do Mui Ne dotrzemy następnego dnia, zjeżdżając z przełęczy prawie sto kilometrów na neutralnym biegu.
Andrzej Meller. 46 lat, z wykształcenia antropolog kultury. Reporter, korespondent wojenny i pisarz. Wiele lat spędził w Azji, skąd pisał reportaże dla polskich mediów. Pracował m.in. w czasie konfliktów zbrojnych w Gruzji, na Sri Lance, w Afganistanie i Libii. Był gospodarzem programu „Prepersi gotowi na wszystko” w Fokus TV. Owocem podróży reporterskich są książki: „Miraż. Trzy lata w Azji”, „Zenga, zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki” o wojnie domowej w Libii i „Czołem, nie ma hien. Wietnam jakiego nie znacie”. W maju 2022 r. w wydawnictwie Znak wychodzi jego nowa książka napisana wspólnie z żoną pt. „Kamperem do Kabulu”. Mieszka na Podlasiu.
Tekst ukazał się w wydaniu nr 2/2022
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze