Kiedy pakuję plecak na wyprawę i przypominam, że w moim menu nie ma miejsca na mięso, ani na ryby, znajomi żartują i pytają, czy zamierzam żywić się chrobotkiem reniferowym? Ograniczenia w diecie uchodzą za podróżniczy balast. Tymczasem potrafią być najlepszym kompasem do fascynujących kulinarnych odkryć.
W świecie podróżników utarł się mit, że wyjazdy z plecakiem lub ekspedycje w ekstremalne zakątki świata wymagają zaciśnięcia zębów i pójścia na ogromny kompromis. Wydaje się nam, że opuszczając dom, musimy zawiesić nasze nawyki na kołku i jeść to, co akurat nam podadzą. Nic bardziej mylnego. Z odpowiednim podejściem, odrobiną sprytu i menażką w plecaku można zorganizować świetną ucztę niemal wszędzie.
Weźmy na warsztat Włochy. Z pozoru dla kogoś wykluczającego gluten taki cel podróży brzmi jak wyrok o pustym żołądku. To przecież ojczyzna makaronu, obłędnej pizzy i lazanii. Rzeczywistość jednak mocno wyprzedza stereotypy. Strach ma wielkie oczy, a świadomość kulinarna rośnie na całym świecie szybciej niż ciasto na zakwasie.
Obecnie w wielu włoskich sklepach bez trudu kupimy produkty oznaczone przekreślonym kłosem. Co więcej, w lokalnych restauracjach, nawet tych ukrytych z dala od turystycznego zgiełku, bez mrugnięcia okiem zamówimy świetną pizzę czy spaghetti pozbawione choćby grama glutenu. Jak się okazuje – można.
Sprawa komplikuje się, gdy cywilizacja i dobrze zaopatrzone supermarkety zostają daleko za naszymi plecami. Podczas mojego pobytu w Polskiej Stacji Polarnej na Spitsbergenie warunki dyktowała surowa natura. Gdy za oknem hula arktyczny wiatr, o chrupiącej rzodkiewce można tylko pomarzyć.

Zobacz także:
Początkowo ratowały mnie zapasy świeżych warzyw cudem ocalałych po długim transporcie. Niestety, po pewnym czasie musiałam przeprosić się z puszkami i mrożonkami. Oczywiście da się z takich zapasów ugotować pożywną michę, ale nie zamierzam zakłamywać rzeczywistości. Po kilku tygodniach monotonnej arktycznej diety byłabym gotowa oddać połowę swojego polarnego ekwipunku za garść świeżej natki pietruszki, soczystego pomidora czy pęczek zwykłego koperku. Właśnie w takich warunkach uczymy się doceniać najprostsze smaki.
W Azji prawdziwym wyzwaniem okazuje się często nie brak konkretnych produktów, lecz potężna bariera językowa. Podczas mojego krótkiego wyjazdu na Tajwan bazą przetrwania bardzo szybko stały się lokalne warzywa i tofu. Główny problem polegał tylko na tym, jak dogadać się ze sprzedawcą na zatłoczonym targu, gdy żadne z nas nie zna języka rozmówcy.
W takich momentach trzeba schować dumę do kieszeni i po prostu wyciągnąć telefon. Warto odrzucić opory i śmiało korzystać z aplikacji tłumaczących obraz ze zdjęć oraz z pomocy asystentów sztucznej inteligencji do rozszyfrowywania azjatyckich etykiet. Nie każdy mój posiłek stawał się od razu kulinarnym arcydziełem. Najważniejsze jednak, że zrealizowałam swój główny cel. W trudnym, obcym środowisku mój organizm dostawał dokładnie to, czego potrzebował do regeneracji. W drodze jedzenie czasami musi być zwykłym, funkcjonalnym paliwem.
Kluczem do kulinarnego sukcesu na szlaku pozostaje pełna niezależność. Nawet w krajach uznających mięso za świętość i główny punkt każdego programu wciąż możemy wziąć sprawy we własne ręce. Wystarczy mały palnik turystyczny, wizyta na lokalnym ryneczku i odrobina chęci do wyczarowania pożywnego hummusu, gęstej pasty czy prostej sałatki z dodatkiem miejscowego nabiału.
Gotowanie w trasie to zarazem genialna okazja do przywiezienia z wyprawy niesamowitych zapachów zamiast kolejnego magnesu na lodówkę. Brak tradycyjnych rozwiązań na talerzu doskonale uczy nas kreatywności. Z każdego wyjazdu namiętnie zwożę więc lokalne przyprawy.
Szczypta wędzonego hiszpańskiego Pimentónu podkręca dymnym aromatem każdy obozowy gulasz warzywny. Czarna sól fenomenalnie udaje smak jajka w potrawach z dodatkiem tofu. Z kolei bliskowschodni za'atar czy orzeźwiający sumak potrafią uratować nawet najnudniejszy kawałek suchego chleba.
Trzymanie się własnych założeń żywieniowych w podróży niewątpliwie wymaga od nas sprawniejszej logistyki. Cały ten wysiłek w pełni rekompensuje jednak satysfakcja z gorącego, samodzielnie przygotowanego posiłku zjedzonego pod rozgwieżdżonym niebem. Smakuje on równie wybornie na surowym Spitsbergenie, jak i w gwarnym Tajpej.
Tekst ukazał się w wydaniu nr 4/2026
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze