Reklama

Legenda Chaty pod Rysami – Viktor Beránek. Król wolnego królestwa Rysów


Opowiada, że kiedy był dzieckiem, wychowywał go niedźwiedź z Doliny Białej Wody. Ale w ogóle to niechętnie mówi o sobie. Do Chaty pod Rysami trafił w zadziwiających okolicznościach. Aż trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od radzieckich czołgów w Popradzie.


 

Viktor Beránek, wieloletni chatar pod Rysami. Król wolnego królestwa Rysów

 

Tekst Oľga Krajčiová

 

Przeprowadził się z Pragi w Tatry Wysokie, gdy był małym chłopcem. Fakt, że w ówczesnej Czechosłowacji mówiono dwoma językami – Słowacy po słowacku, a Czesi po czesku – nie stanowił wówczas problemu. W zasadzie tak jest do dziś. Czasy się zmieniły, ale kto chce zrozumieć, ten rozumie. Być może dlatego jedną z jego najbardziej charakterystycznych cech stała się mieszanka językowa. Dzięki niej nawet po 48 latach życia w najwyżej położonej chacie w Tatrach Wysokich, mówi więcej po czesku niż po słowacku. Oto chatar, tragarz, król wolnego królestwa Rysów – Viktor Beránek. 

Reklama

 

Wychował go niedźwiedź z Doliny Białej Wody

 

Z typowym dla siebie humorem opowiada, że kiedy był dzieckiem, wychowywał go niedźwiedź z Doliny Białej Wody (Bielovodská dolina). Jednak niewiele mówi o swoim pochodzeniu, przyjeździe w Tatry, dzieciństwie czy życiu prywatnym. Wiemy zatem na pewno, że lata szkolne spędził w Nowym Smokowcu (Nový Smokovec), małym tatrzańskim osiedlu, w mieszkaniu z oknami wychodzącymi na Sławkowski Szczyt (Slavkovský štít). Krajobraz Tatr Wysokich, który oglądał każdego dnia, postrzegał jako część środowiska, w którym żył. To było coś zwyczajnego, nic szczególnego. 

Reklama

Nikt w ich domu się nie wspinał. Jako dziecko pamiętał za to spacery na Hrebienok, ale na pewno nie całodniowe wędrówki gdzieś wyżej. Nie rozumiał entuzjazmu, z jakim ludzie wokół niego opowiadali o wspinaczce na ostre szczyty i granie.

 

Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie

 

- Kiedyś byliśmy na Jakubkowej Łące. Nie było tam jeszcze wyciągu narciarskiego, gdy jakiś facet wyszedł z lasu. Jak się okazało zszedł prosto ze Sławkowskiego Szczytu najkrótszą drogą na dół. Zastanawiałem się, kim on jest, że podejmuje tak lekkomyślne ryzyko - opisuje Viktor swoje pierwsze wrażenia dotyczące tatrzańskich turystów. 

Reklama

Jakubkova Lúka to niewielki, trawiasty teren pod lasem u podnóża Sławkowskiego Szczytu w Nowym Smokowcu. Dziś przez całą zimę działa tam wyciąg narciarski dla dzieci i nieco większy dla dorosłych, o ile pozwalają na to warunki śniegowe.

 

Pierwsze spotkanie z nosiczem

 

Podróż Viktora w góry rozpoczęła się później i była kręta. Dokładnie pamięta swoją pierwszą wędrówkę. Nie dlatego, że był zachwycony wspinaczką do Chaty Téry'ego, wręcz przeciwnie. Nie mógł się doczekać, aż dojdzie na miejsce i wróci do domu. 

Miał około 10 lat, może trochę więcej. Nie pamięta, z kim właściwie poszedł. Rodzice wysłali go z kimś znajomym. Pamięta tylko, jak przy wysiadaniu z kolejki linowej na Hrebienok utknął jego palec, co bardzo bolało. A to był dopiero początek. W dolinie po raz pierwszy zobaczył nosicza górskiego idącego wąską ścieżką z ciężkim ładunkiem. 

Reklama

- Pomyślałem sobie, że dźwiganie takiego ciężaru musi być straszne, a nawet wydawało mi się to okrutne – tak Viktor wspomina swój pierwszy kontakt z nosiczem. Nigdy nie wyobrażał sobie, że będzie wędrował po dolinach z takim ciężarem - i to dobrowolnie, i z radością - przez następne 50 lat. 

Tego dnia burza dopadła ich w pobliżu Chaty Tery’ego. Szalała za nimi w dolinie, grzmiało i błyskało, więc najbezpieczniej było schować się w Terince. Było tłoczno, ludzie stali wszędzie, powietrze w wąskim korytarzu było ciężkie i stęchłe. 

Reklama

- Miałem dość cierpienia, chciałem jak najszybciej wrócić do Smokowca -  – tak Viktor ze śmiechem w głosie, wspominając swoją pierwszą, poważną górską wędrówkę. 

 

Będziemy cię nazywali Chrystusem

 

21 sierpnia 1968 roku matka Viktora wysłała go do Popradu po spodnie. Uczył się w trzyletniej szkole ogólnokształcącej. - To był najgorszy dzień na zakupy. Wszędzie byli ludzie, a placem przejeżdżały rosyjskie czołgi – wspomina Viktor inwazję wojsk Układu Warszawskiego nas Czechosłowację. Stał wtedy na samym Popradzkim Rynku, gdzie padły strzały do ​​protestującego tłumu i zginął młody chłopiec. 

Reklama

- Chociaż nie wiedziałem, co dokładnie się dzieje, kierowałem się uczuciami. Zrozumiałem, że dzieje się wielka niesprawiedliwość – opisuje punkt zwrotny, który właśnie nastąpił w życiu młodego studenta Viktora Beránka. 

Odmówił nauki rosyjskiego w szkole i zniesmaczony tym, co działo się wokół, postanowił rzucić szkołę zaledwie kilka tygodni po rozpoczęciu roku szkolnego. Z okazji pierwszej rocznicy okupacji pomalował ulice Starego Smokowca antyrosyjskimi hasłami. Aby uniknąć kary kilku lat więzienia za swoje zachowanie, wyruszył ze Smokowca w Tatry. Przez Dom Śląski (Sliezsky dom) i Polski Grzebień (Poľský hrebeň) dotarł do Zbójnickiej Chaty (Zbojnícka chata). 

Reklama

Przy filiżance gorącej herbaty przyszedł mu do głowy pomysł, żeby zgłosić się do gospodarza jako nosicz. Musiał bowiem jak najszybciej znaleźć pracę. Oprócz kary za zniesławienie państwa, groziły mu również zarzuty o pasożytnictwo. 

- Masz takie długie włosy, będziemy cię nazywali Chrystusem – powiedział do Viktora ówczesny właściciel schroniska František Kele, i przyjął go na nosicza. 

Viktor dostał drewnianą konstrukcję z dwoma szerokimi pasami, na którą następnego dnia miał załadować towar w Starym Smokowcu i zanieść go do schroniska. Choć był pusta, nie mógł w ogóle ruszyć. Już miał dosyć, ale obiecał sobie, że wytrzyma co najmniej miesiąc. Ostatecznie Viktor został czynnym nosiczem w Tatrach Wysokich i był nim aż do jesieni 2025 roku. 

Reklama

 

Zrozumiał, że tęskni za Tatrami

 

Tatry Wysokie są wyjątkowe pod wieloma względami. Również dlatego, że wysokogórskie schroniska, położone głównie na wysokości ok. 2000 m n.p.m. w skalistym terenie, często na końcu długiej doliny, do której trzeba iść godzinami po ścieżkach z wielkich głazów, są zaopatrywane przez tatrzańskich tragarzy, zwanych nosiczami. Owszem, niektóre schroniska korzystają już z helikopterów, ale nie dotyczy to choćby ze obiektu pod Rysami (Chata pod Rysmi, 2250 m n.p.m.). 

Tu nosi się wszystko, co da się umieścić na ramie i co można dźwigać na plecach. Nawet pianino, na którym grano na tarasie. Śmigłowce służyły tam tylko do transportu materiałów budowlanych. 

Reklama

W pamiętnym 1968 roku schronisko pod Rysami nie miało udanego sezonu. Szlak, który wciąż nie należy do najłatwiejszych turystycznych tras po słowackiej stronie Tatr Wysokich, był wówczas jeszcze bardziej wymagający. Turyści musieli wspinać się na skałę bez pokonywania schodów. 

W tamtym roku prawie nikt tam nie zawitał, a ówczesny chatar Bela Kapolka zamknął ją i pod koniec września udał się do Zbójnickiej Chaty, którą miał przejąć. Po drodze spotkał Viktora w dolinie. Młody chłopak, zaledwie 18-letni, z pustym plecakiem schodził doliną do Starego Smokowca. Był to ostatni dzień jego miesięcznego kontraktu. Uśmiechnięty, z sombrero na głowie, nie czekał na nic innego, jak tylko oddać plecak i ruszyć na zachód. Najpierw do Pragi, a potem jeszcze dalej. Szukać wolności, której, jak wiedział, na pewno nie znajdzie w Popradzie. 

Reklama

Ale plany szybko się zmieniły. Podróż na zachód niespodziewanie się opóźniła. Kapolce sombrero Viktora nie przypadło do gustu, ale kiedy zobaczył rejestr jego dostaw – nie nosił wielu kilogramów, ale bardzo regularnie – zaproponował mu nocleg w chacie. I tak minęła jesień i zima. Wiosną 1969 roku Viktor zaciągnął się do wojska. Wysłano go do koszar po drugiej stronie republiki. Z dala od wszystkich, co wcale by mu nie przeszkadzało. Ale nagle zdał sobie sprawę, że jest daleko od tych zimnych dolin pełnych skał. Chata, która była mała, i choć prowadził do niej szlak turystyczny, dawała mu dokładnie taką wolność, za jaką tęsknił. Owszem został nosiczem, ale nie pociągało go w góry coś wielkiego. To okoliczności 1968 roku pchnęły go w Tatry. I teraz czuł, że tęskni za chatą. 

- Gdyby rosyjskie czołgi nie przejechały przez Poprad, prawdopodobnie nie mieszkałbym tu i miałbym pracę tragarza wiele mil stąd – mówi Viktor. 

Po powrocie z zasadniczej służby wojskowej nie kupił biletu kolejowego do Pragi. Po prostu wrócił w Tatry. Do Zbójnickiej Chaty, nieistniejącej już Kamzickiej Chaty [położonej u zbiegu Doliny Staroleśnej i Doliny Małej Zimnej Wody], a potem nad Popradzkie Jezioro. Stamtąd w 1977 roku trafił do Chaty pod Rysami. I tak zaczyna się długi i wymagający, ale dla Viktora chyba najpiękniejszy rozdział życia. 

...

Płatny dostęp do treści

Dołącz do grona naszych prenumeratorów aby przeczytać tekst w całości.

Pozostało 47% tekstu do przeczytania.

Wykup dostęp
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 25/08/2026 15:28
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama