Zdobycie w ciągu pięciu dni pięciu najwyższych punktów Turystycznej Korony Tatr, stało się naszym celem na lato 2026 roku. Poznajcie czworo bohaterów tego wydarzenia. Ich historie i różne drogi łączy coś najważniejszego - miłość do gór.
O Turystycznej Koronie Tatr pisaliśmy na łamach „Na Szczycie” pod koniec wakacji 2025 roku. Przypomnijmy, że to jest 60 najwyższych szczytów i przełęczy w Tatrach dostępnych zwykłym szlakiem. Za ich zdobycie w Polsce i na Słowacji można zdobyć honorową odznakę.
Tekst odbił się dużym echem, dlatego latem 2026 roku postanowiliśmy zdobyć w pięć dni TOP 5 Turystycznej Korony Tatr. Nasz projekt wsparła marka Simond oraz Decathlon Polska. To z ich przedstawicielami ruszyliśmy na tatrzańskie szlaki, aby zdobyć pięć najwyższych szczytów Turystycznej Korony Tatr.
Tak się złożyło, że wszystkie znajdują się na Słowacji. Stanęliśmy więc na najwyższym wierzchołku Rysów (2503 lub 2501 m n.p.m. w zależności od źródła), Krywaniu (słow. Kriváň, 2495 lub 2494 m n.p.m.), Sławkowskim Szczycie (Slavkovský štít, 2453 lub 2452 m n.p.m.), Małej Wysokiej (słow. Východná Vysoká 2429 m n.p.m.) oraz Lodowej Przełęczy (słow. Sedielko, 2376 lub 2372 m n.p.m.). Wraz z nami wędrowali Ola Osika i Jacek Wysocki, zwycięzcy konkursu „Wyprawa życia z SIMOND”, organizowanego przez Decathlon i markę SIMOND, oraz Laura Sadowska i Mikołaj Pisarski – górscy influencerzy. Poznajcie ich górską pasję, bo naprawdę warto.
– Góry są po części moją pracą, ale przede wszystkim zawsze będą dla mnie pasją. Połączenie tych dwóch elementów w jedno to idealne rozwiązanie – mówi Laura Sadowska, twórczyni internetowa prowadząca profile outdoorowe pod nazwą lauraxsadowska.
Treści o górach tworzy od wielu lat. Profil o tematyce outdoorowej prowadzi od 2017 roku, a od około trzech lat współpracuje z markami outdoorowymi. Początkowo wpisy miały formę stricte pamiętnika, jednak były na tyle dobre, że przyniosły pierwsze współprace. Tak zaczęła się jej infulencerska przygoda. Ale miłość do gór pojawiła się znacznie wcześniej.

– Pochodzę ze Śląska, więc góry od zawsze były blisko mnie. Początkowo były to wyjazdy w Beskidy, jednak przełom nastąpił w 2013 roku, kiedy po raz pierwszy weszłam na Rysy od polskiej strony. Wtedy okazało się, że mój lęk wysokości jest znacznie większy, niż przypuszczałam. To doświadczenie zamiast mnie zniechęcić, sprawiło, że postanowiłam walczyć z własnym strachem. Od tamtej pory praktycznie każdy weekend spędzam na górskich szlakach – opowiada.
Przeszła całe Beskidy i Sudety, w tym Główny Szlak Beskidzki, Główny Szlak Sudecki i Główny Szlak Świętokrzyski, które pokonała odcinkami. Znając Polskę bardzo dobrze, wyruszyła dalej, odkrywając m.in. szlaki Szkocji, Norwegii, Nepalu czy Dolomitów.
– Mam trzy listy górskich planów i wyzwań. Na pierwszej znajdują się cele i wyzwania, które chcę zrealizować lub już zrealizowałam, m.in. przejście całej Orlej Perci, zdobycie Korony Gór Polski czy przejście grani Watzmanna. Niedługo skończę również Turystyczną Koronę Tatr - zostały mi dwa ostatnie szczyty: Bystra i Błyszcz. Tym samym zakończę także swój nieoficjalny challenge przejścia wszystkich znakowanych szlaków w całych Tatrach. Druga lista to dalsze wyprawy, m.in. Mount Kenya, trekking do Gokyo Ri w Nepalu czy szczyty do 6000 m n.p.m. Trzecia obejmuje bliższe szlaki średniodystansowe, takie jak Lofoten Crossing czy Hebridean Way, na które stosunkowo łatwo dojechać z Polski – wylicza Laura.
W czerwcu 2026 roku przeszła znany szkocki szlak The Skye Trail, słynący z wymagającej pogody. Jej również nie oszczędziła, dając pole do rozmyślań nad sensem chodzenia w deszczu.

– Pomyślałam, że wędrówka jest nie tylko po to, żeby coś zobaczyć, ale też, żeby pobyć ze sobą, pomyśleć, nauczyć się cierpliwości. Do tego zwolnić, przestać tylko odhaczać i zaliczać kolejne szczyty, a po prostu być. To kształtuje charakter i bardzo pomaga w codziennym życiu – przekonuje.
A poza tym połączenie pasji z pracą pozwala poznawać ciekawych ludzi, zwiedzać niezwykłe miejsca, a do tego spełniać się kreatywnie. Czy da się z tego wyżyć? Dla Laury to dodatkowa praca, obok tej stabilnej, etatowej. Jak twierdzi, długofalowa współpraca byłaby rozwiązaniem. Jednak rynek powoli się przesyca, bo ludzi chcących przekłuć górską pasję w pracę, przybywa.
– Góry stały się viralem i czasami sama zastanawiam się jaki wpływ mają media społecznościowe na popularność niektórych miejsc. Chciałabym jednak pokazywać, że góry są dla każdego: bez względu na wiek, płeć czy rozmiar. Nie trzeba być sportowcem ani zdobywać najtrudniejszych szczytów. Wystarczy odrobina chęci, przygotowania i odwagi, żeby zacząć swoją przygodę – tłumaczy.
Sama nie mam górskiego idola. Najbardziej inspirują ją zwyczajni ludzie, którzy robią niezwykłe rzeczy, nie szukając przy tym rozgłosu.
– Nie musisz być wielkim influencerem czy podróżnikiem. Po prostu musisz chcieć zrobić coś fajnego ze swoim życiem – przekonuje Laura Sadowska.
Mikołaj fotografuje z pasji. Zarówno do gór, jak i do zatrzymywania piękna w kadrach. Swoje zdjęcia prezentuje na blogu Lost on the trail. To dodatkowe źródło dochodu. Na co dzień uczy języka angielskiego w jeleniogórskich szkołach.
– Najpierw byłem „górzarzem”. Od kiedy pamiętam, chodziłem po górach z moją mamą. Ojciec też wpajał mi tą pasję. Wychowałem się w Rudawach Janowickich, więc rower, skałki, bieganie po górach, nocki na Zamku Bolczów, spanie w hamaku, to była część mojego dorastania. I nadal to robię. Wędrówka zawsze była dla mnie czymś fantastycznym, ale w pewnym momencie zorientowałem się, że oprócz chodzenia i podziwiania widoków, fajnie byłoby coś zrobić z rękami – śmieje się Mikołaj.
W ręce wpadł mu Nikon D60, lustrzanka siostry. Postanowił spróbować swoich sił. Zaczął więcej chodzić po górach z aparatem w ręku. Czasem nawet przed lekcjami biegnąc na Śnieżkę po kilka dobrych ujęć. Początkowo krytycznie podchodził do efektów swojej pracy. To była długa droga, by spodobały mu się własne zdjęcia.

– Mam kilka takich, z których jestem dumny. Np. wschód słońca nad Secedą w Dolomitach. W polskich górach na wschodzie czy zachodzie są tłumy. Tymczasem w jednym z najbardziej spektakularnych punktów widokowych na świecie, polecanych przez wielu fotografów, spotkałem raptem pięć osób. To było niesamowite doznanie. Niebo miało fioletową poświatę, a słońce wschodziło tuż za najwyższym grzbietem, tworząc piękne rozbłyski – wspomina.
Do swoich zdjęć podchodzi sentymentalnie. Chce opowiedzieć nimi historie. Taką napisał rok 2024, gdy Dolny Śląsk nawiedziła powódź. Po kilku dniach ratowania domostw sąsiadów, pobiegł z aparatem na Sokolik Wielki, by udokumentować Trzcińsko z perspektywy ptaka. Cała wilgoć podniosła się, tworząc wraz ze słońcem spektakularne obrazy.
– Przeważnie idę w góry specjalnie dla zdjęć. Obserwuję pogodę i boli mnie, gdy jest dobry warun, a ja siedzę w pracy. W Karkonoszach, które schodziłem całe, mam takie swoje miejsca, gdzie przy odpowiedniej pogodzie zawsze mam dobry materiał. Ale lubię się też po prostu przejść. Mam ten komfort, że mieszkam 25 minut jazdy od świątyni Wang. Czasem, gdy patrzę na kamerkę i widzę, że pod Śnieżką zbierają się chmury, rzucam wszystko i lecę w góry – opowiada.
Ale góry dla Mikołaja to nie tylko fotograficzna arena. To element zdrowego stylu życia, robienia czegoś dobrego dla ciała i duszy.
– Zachwycam się takimi rzeczami, jak specyficzny zapach powietrza w górach, falująca trawa na połoninach w Bieszczadach, zwierzęta, dzikość i ten spokój. Jest mnóstwo powodów, dla których warto chodzić po górach – podkreśla.
Tatrzańską przygodę fotograficzną zaczął niedawno. Choć wiele razy był w Tatrach, na uchwycenie jego ulubionych wschodów i zachodów słońca, przyjdzie jeszcze czas.
– Podczas naszego wyjazdu widoki uginały mi kolana. Zazwyczaj chodzę po górach sam lub z jedną z trzech zaufanych osób. Pierwsza moja żona Maja, która mnie niesamowicie wspiera w tej pasji. Druga to najlepszy przyjaciel Maciek, który idzie ze mną w góry, nawet w ciężkich warunkach, a trzecia to moja siostra Jagoda. Nie byłem do tej pory przyzwyczajony do chodzenia w kilkuosobowej grupie, jednak było to fantastycznym doświadczeniem. Poznałem niesamowitych ludzi, a każda trasa oferowała coś ciekawego. Jednak to Mała Wysoka zrobiła na mnie spektakularne wrażenie. Nigdy w życiu nie widziałem tak dużej inwersji. Wzruszyłem się tam i cieszyłem tym wszystkim – kończy Mikołaj.
Ola Osika przeszła prawie wszystkie tatrzańskie szlaki. Ciężko znaleźć taki, na którym nie była. Szczególnie lubi wracać na Kozi Wierch. Choć już w dzieciństwie jeździła w góry, to prawdziwa przygoda zaczęła się po studiach. Poznała ekipę, z którą chętnie wybierała się w Tatry.
– Pierwszy raz w góry zabrali mnie rodzice. Miałam wtedy osiem albo dziewięć lat. Poszliśmy na Giewont. Najpierw wjechaliśmy kolejką na Kasprowy Wierch. Mój tata załatwił gdzieś pokątnie bilety, by nie stać w kolejce do kolejki. U góry mama, która panicznie boi się wysokości, stwierdziła, że absolutnie już do wagonika nie wsiądzie. Wracaliśmy więc pieszo. Później często jeździłam na kolonie w Bieszczady lub Tatry – opowiada Ola.
Gdy przeszła już tatrzańskie szlaki, ruszyła ze znajomymi zagranicę, m.in. w Alpy. Zaczęła też chodzić po najwyższych polskich górach zimą.
– Mam kolegę, który jest dla mnie takim guru, jeśli chodzi o zimowe Tatry. Kiedyś zapytał mnie, czy z nim pojadę, a on mi wszystko pokaże. Miałam wątpliwości, bo uważałam, że zimą w wysokie góry się nie chodzi. To był dla mnie martwy sezon – wspomina Ola.
Jednak zachęcona możliwością nauki, zgodziła się. – Przyjechałam wcześniej do Zakopanego, by wypożyczyć cały sprzęt. Ale nie umiałam go używać. Umówiliśmy się w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów. Szłam tam z Palenicy Białczańskiej po drodze popełniając chyba najbardziej standardowy błąd amatora. Założyłam czekan na plecaku do góry nogami – tłumaczy.
Szybko skorygowali jej błąd przypadkowi turyści – dwóch chłopaków, z którymi poszła już razem do schroniska. Na tym wyjeździe weszła na Kozi Wierch, ucząc się po drodze chodzenia w rakach i obsługi czekana. Z kolei z napotkanymi wcześniej turystami, zaprzyjaźniła się na tyle, że jednej zimy przeszli wspólnie praktycznie całe Tatry.

– Spodobało mi się zimowe chodzenie po górach. Teraz uważam, że zimą jest przyjemniej i łatwiej. Nie lubię się wspinać, kiepsko się czuję w skalnym terenie, gdzie trzeba używać też rąk. Zimą tego nie ma – wyjaśnia.
Rok później z poznanymi na szlaku chłopakami, poszli na kurs turystyki zimowej, by dopracować własne umiejętności. Jednak Olę ciągnie też w wyższe góry. Jej marzeniem jest wejście na Kilimandżaro i trekking w Himalajach.
– W 2025 roku byłam na Kazbeku na Kaukazie. To była moja wyprawa życia. Sami wszystko zorganizowaliśmy. Przez dwa dni czekaliśmy w Betlemi Hut [popularna stacja meteo] na okno pogodowe. Utknęliśmy tam na chwilę, ale było warto. Jak obudziliśmy się w nocy na atak szczytowy, niebo było przepiękne. Nigdy takiego nie widziałam. Całą Drogę Mleczną było widać jak na dłoni – wspomina.
Dla Oli góry to odpoczynek po siedzącej, umysłowej pracy. Zmęczenie fizyczne dobrze działa na głowę, która przestaje myśleć o czymkolwiek innym niż tylko góry. Bo one wyciszają i nie dają przestrzeni na zamartwianie się.
– Mieszkam w Katowicach, więc czasami jeżdżę w Beskidy. Bardzo lubię też Bieszczady, bo tam czas się zatrzymał. Nie ma zasięgu i jestem offline. A do tego jest bardziej dziko niż w Beskidach. Ja jestem praktykiem – zakładam buty i idę. Chowam telefon do plecaka, nie potrzebuję robić co chwilę zdjęć. Po prostu idę, oglądam i podziwiam – podsumowuje zwyciężczyni konkursu Decathlonu.
Drugim laureatem został Jacek Wysocki z Wrocławia. – Zgłosiłem się do konkursu, ponieważ chciałem zrobić coś spontanicznego. Projekt spodobał mi się ze względu na możliwość zdobycia pięciu najwyższych szczytów Turystycznej Korony Tatr. Chciałem też odmienić los, bo nigdy niczego nie wygrałem. Tym razem się udało – dodaje.

Gdy dostał telefon, że jedzie w Tatry, był przeszczęśliwy. Tego dnia nie myślał już o niczym innym. Choć z tatrzańskiej TOP 5 nie był tylko na Lodowej Przełęczy, z chęcią ponownie wszedł na Rysy i Sławkowski Szczyt, tym razem latem. Z kolei Małą Wysoką dobrze wspomina z poprzedniego wejścia, bo pogoda dopisała na tyle, że na szczycie uciął sobie krótką drzemkę.
– Moja górska przygoda zaczęła się w pandemii. Po zamknięciu w domu potrzebowałem oddechu, wyjścia na zewnątrz, do ludzi. Wtedy trafiłem na Facebooku na informację, że jest coś takiego jak Korona Gór Polski – wspomina. – Spodobało mi się, że mogę zamówić książeczkę, a później zbierać pieczątki z kolejnych szczytów. Tak to się zaczęło – dodaje.
Na grupie zrzeszającej osoby chcące zdobyć KGP, poznał ludzi, którzy podobnie jak on, dopiero zaczynali chodzić po górach. Stworzyli kilkuosobową grupę i zaczęli razem jeździć głównie w Tatry, ale też w Beskidy czy Karkonosze. Tak go to pochłonęło, że w zaledwie pół roku stanął na 28 najwyższych szczytach Polski.
– Zaczęliśmy od Rysów. Kiedy wybraliśmy się tam po raz pierwszy, wejście zakończyło się fiaskiem. Zero przygotowania fizycznego, obycia z górami, brak odpowiedniej kondycji oraz trudne warunki na szlaku, sprawiły, że posypaliśmy głowę popiołem i zawróciliśmy – opowiada zwycięzca konkursu.

Na Rysy wrócili po jakimś czasie, nabierając doświadczenia w niższych górach. Wtedy już bez problemów stanęli na szczycie. Choć Jacek woli poznawać nowe miejsca niż powtarzać szczyty, jednak uważa też, że warto wracać na te same góry o innej porze roku. Pozwala to dostrzec piękno z innej perspektywy.
– Moje marzenie to Pik Lenina w Kirgistanie. Chciałbym spróbować wejść na ten szczyt. Choć 7134 m n.p.m. to maksymalna wysokość na jakiej chcę stanąć – przekonuje.
Na swoim koncie ma już Mont Blanc (4806 m n.p.m.), a w planach jest też Kilimandżaro (5895 m n.p.m.).
– Dla mnie góry to ucieczka od codzienności. Mimo że fizycznie nie odpoczywam, łapię oddech, potrzebny mi ze względu na specyfikę mojej pracy. Jak tylko znajduję chwilę, to jadę w góry – tłumaczy mój rozmówca i dodaje: – Chodźcie w góry, bo to naprawdę super przeżycie. Polecam każdemu, nawet początkującym. Każdy da radę, wystarczy tylko samozaparcie – kończy.
Ze Szczyrbskiego Jeziora (Štrbské Pleso) idziemy lasem Doliny Mięguszowieckiej (Mengusovská dolina). Po około 4 km dochodzimy do największego z licznych stawów znajdujących się w dolinie - Popradzkiego Stawu (Popradské pleso, 1494 m n.p.m.). Tu znajduje się schronisko Majláthova chata oraz hotel górski Popradské pleso.

Dalej niebieski szlak prowadzi do Rozdroża nad Żabim Potokiem (Rázcestie nad Žabím potokom). Idąc nim dalej dotrzemy na Wyżnią Koprową Przełęcz (Vyšné Kôprovské sedlo, 2148 m n.p.m.). My natomiast skręcamy na czerwony szlak, by po dwóch godzinach znaleźć się w najwyżej położonym schronisku w Tatrach pod Rysami (Chata pod Rysmi, 2250 m n.p.m.). Stamtąd już tylko niecały kilometr i 45 minut dzieli nas od zdobycia najwyższego szczytu polskich i słowackich Tatr.
Do Szczyrbskiego Jeziora wracamy tą samą drogą, choć końcowy fragment można pokonać wariantowo zielonym szlakiem na Trigan.

Schronisko pod Rysami (Chata pod Rysmi)
Schronisko Majlátha (Majláthova chata)
Wędrówkę rozpoczynamy przy Szczyrbskim Jeziorze (Štrbské Pleso). Idziemy czerwonym szlakiem, czyli Tatrzańską Magistralą – najdłuższym tatrzańskim szlakiem, biegnącym południowymi zboczami Tatr Wysokich.

Rozwidlenie szlaków przy Jamskim Stawie (Jamské pleso), zmienia kolor oznakowań na niebieski. Tu zaczynamy mozolną wspinaczkę Pawłowym Grzbietem (Pavlov chrbát), czyli opadającą stromo w kierunku Tatrzańskiej Magistrali południową granią masywu Krywania. Dochodzimy do Rozdroża w Krywańskim Żlebie (Rázcestie v Krivánskom žľabie, 2130 m n.p.m.), który łączy prowadzące na Krywań szlaki – niebieski z Jamskiego Stawu oraz zielony z Trzech Studniczek (Tri studničky) – zamknięty w czasie naszego pobytu.
Końcowe podejście na Krywań (Kriváň, 2495 m n.p.m.) jest skaliste, dość ekspozycyjne i wymagające uwagi na wyślizganych skałach, szczególnie po deszczu. Wracamy do punktu startu po swoich śladach.

Hostel SHB w Szczyrbskim Jeziorze (Turistická ubytovňa SHB, Štrbské Pleso)
Droga na trzeci z najwyższych szczytów Turystycznej Korony Tatr wiedzie niebieskim szlakiem ze Starego Smokowca (Starý Smokovec). Najpierw przez półtorej godzinny monotonnym leśnym podejściem do rozdroża pod Sławkowskim Szczytem (Rázcestie pod Slavkovským štítom). Tu szlak przecina się z Magistralą Tatrzańską biegnącą od Smokowieckiego Siodełka (Hrebienok). Jest to druga i ostatnia opcja trasy na Sławkowski Szczyt (Slavkovský štít).

Dalej trafiamy na zabezpieczony barierkami punkt widokowy, z którego możemy podziwiać m.in. szczyt Łomnicy (Lomnický štít, 2634 m n.p.m.). Podążamy dalej coraz bardziej skalnym terenem Doliny Sławkowskiej (Slavkovská dolina), by po ponad 3,5 godz. osiągnąć wierzchołek Sławkowskiego Szczytu (Slavkovský štít, 2453 m n.p.m.). Nie ma tu innej opcji powrotu, wracamy więc tą samą drogą.
Schronisko Bilíka (Horský hotel Bilíková chata)
Z Tatrzańskiej Polanki (Tatranská Polianka) idziemy zielonym szlakiem przez Dolinę Wielicką w kierunku Domu Śląskiego (Sliezsky dom, 1670 m n.p.m.), będącego bazą wypadową na najwyższy tatrzański szczyt Gerlach (Gerlachovský štít, 2655 m n.p.m.). Dalej, już w skalnym terenie, podążamy aż na Polski Grzebień (Poľský hrebeň, 2200 m n.p.m.). Końcowe podejście na przełęcz ubezpieczają łańcuchy.

Tu odbijamy na 45-minutowy żółty szlak prowadzący na szczyt Małej Wysokiej (Východná Vysoká, 2429 m n.p.m.), to odcinek momentami wymagający użycia rąk. Zejście to powrót na Polski Grzebień i dalej początkowo zielonym, a później niebieskim szlakiem przez Rohatkę (Prielom, 2293 m n.p.m.) do Schroniska Zbójnickiego (Zbojnícka chata).
Doliną Staroleśną (Veľká Studená Dolina) docieramy do malowniczych Wodospadów Zimnej Wody (Vodopády Studeného potoka), a po kolejnej godzinie na koniec trasy, czyli do Starego Smokowca (Starý Smokovec).

Schronisko Zbójnickie (Zbojnícka chata)
Na zielony szlak wchodzimy w Jaworzynie Tatrzańskiej, małej wiosce położonej niedaleko granicy z Polską. Długim na 10 km dnem Doliny Jaworowej idziemy praktycznie sami. Otacza nas m.in. majestatyczna ściana Jaworowej Grani z Jaworowym Szczytem oraz masyw Lodowego Szczytu. Ostatnie dwa kilometry na przełęcz to ponad 700 metrów przewyższenia. Lodowa Przełęcz (Sedielko, 2376 lub 2372 m n.p.m.) jest najwyżej położoną przełęczą w Tatrach, przez którą przebiega szlak turystyczny.

Schodzimy nową wersją szlaku, poprowadzoną skalnym zboczem (łańcuchy i klamry) w kierunku Doliny Pięciu Stawów Spiskich (Kotlina Piatich Spišských plies). Po niecałym kilometrze zielony szlak łączy się z żółtym z Czerwonej Ławki (Priečne sedlo, 2305 m n.p.m.). Tak dochodzimy do Schroniska Téryego (Téryho chata), zwanego potocznie Terinką. To najwyżej położone tatrzańskie schronisko czynne przez cały rok (chata pod Rysami jest zimą zamykana).
Doliną Małej Zimnej Wody (Malá Studená dolina) schodzimy w kierunku Smokowieckiego Siodełka (Hrebienok), które Polacy nazywają „smokowiecką Gubałówką” i dalej do Starego Smokowca (Starý Smokovec).

Schronisko Téryego (Téryho chata)
Wykaz szczytów i przełęczy zaliczanych do odznaki TURYSTYCZNA KORONA TATR. Wysokości według bielskiego oddziału PTT.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze