Gerlach (2655 m n.p.m.) to najwyższy szczyt Tatr, Karpat i Słowacji. Choć nie prowadzi na niego znakowany szlak turystyczny, wejście na „Króla Tatr” jest możliwe dla doświadczonych turystów pod opieką przewodnika.
Nie bez zazdrości oglądałem w sieci zdjęcia i czytałem relacje różnych osób z wejścia na najwyższy szczyt Tatr. Tym bardziej, że plan zdobycia tej góry miałem już od dawna. Lubiłem też wracać do XIX-wiecznych relacji literackich w stylu Mieczysława Karłowicza („Wycieczka na Króla Tatrzańskiego”) i Tytusa Chałubińskiego („Sześć dni w Tatrach”). Bardzo je polecam, choć powstały tak dawno.
Wbrew różnym opiniom Gerlach (2655 m n.p.m., słow. Gerlachovský štít) nie jest dla wybrańców. Każdy wprawny turysta, który poznał smak szlaku na Rysy, Orlą Perć czy Świnicę, jest w stanie na niego wejść. Najważniejsze elementy przy planowaniu takiej wycieczki to jednak znajomość specyfiki Tatr (topografia, zmienne warunki pogodowe, itp.), dobra kondycja fizyczna i bezwzględna odporność na ekspozycję. I do tego trochę pieniędzy w portfelu, bo za wejście z przewodnikiem – a tylko takie jest możliwe - trzeba zapłacić. Przestrzegam przed samodzielnym wchodzeniem, ponieważ gdy tylko skalny labirynt utonie w chmurach, łatwo się zgubić, a wtedy zdradliwe urwiska nie wybaczą błędu.
Dawniej nazywany Garłuch to nie tylko szczyt, ale cały masyw o dość skomplikowanej topografii. Będąc na Podhalu trudno na pierwszy rzut oka wyodrębnić go spośród innych tatrzańskich wierzchołków. Ciekawie prezentuje się przez chwilę z drogi Oswalda Balzera, czyli popularnej asfaltówki do Morskiego Oka, choć łatwo go przeoczyć. Między Palenicą Białczańską a Wodogrzmotami Mickiewicza można dojrzeć po lewej stronie stromą, granitową piramidę, zamykającą Dolinę Białej Wody.
Z Gęsiej Szyi Gerlach przypomina długi grzbiet olbrzymiego gada, z Przełęczy Krzyżne imituje wygląd Rysów. Natomiast z samych Rysów prezentuje się dość okazale, z wyraźnie zaznaczonym w tym skalnym zgryzie Zadnim Gerlachem (2617 m n.p.m., Zadný Gerlach) i charakterystyczną Przełęczą Tetmajera (Gerlachovské sedlo, 2563 m n.p.m.). Kto nie widział Króla od słowackiej strony może się zdziwić. Od południa Gerlach jawi się jako góra z potężnym kraterem, jakby dawno temu uderzył weń meteoryt. A może przysiadł tam legendarny smok ze Sławkowskiego Szczytu? Ta wielka dziura to Gerlachowski Kocioł, polodowcowy cyrk, jeden z wielu ciekawych, topograficznych elementów całego masywu. Dlatego dawniej Gerlach był nazywany Kotłowym Szczytem (Kotlový štít), to dziś zresztą słowacka nazwa Małego Gerlacha (2601 m n.p.m.).
Z naszym przewodnikiem Edkiem Lichotą, wicenaczelnikiem TOPR, jesteśmy „na łączach” już kilka miesięcy przed umówionym dniem. Wiadomo - trzeba było zarezerwować termin na wejście w sierpniu i dogadać szczegóły:. On weźmie sprzęt, którego nam brakuje, ale nie zabierze więcej jak trzy osoby. Żona oraz brat to sprawdzeni towarzysze w górskich wędrówkach. Na wyprawę umawiamy się w Tatrzańskiej Polance (ok. 990 m n.p.m., Tatranská Polianka) na Słowacji, gdzie o świcie się spotykamy.
Przy odbiciu na zielony szlak do hotelu górskiego Śląski Dom (ok. 1670 m n.p.m., Sliezsky dom) wszystkie umówione grupy pakują się do terenowego busa i tym sposobem pokonujemy pierwszy etap, zachowując siły na dalszą wędrówkę. Auto terenowe nie jest pierwszej młodości, ale śmiało pokonuje kolejne zakręty, pnąc się w górę Gerlachowskiego Grzebienia. Po kwadransie jesteśmy pod hotelem (dawniej było to schronisko). Chętni mogą skorzystać z toalety, ale przewodnik motywuje nas do szybkiego wyjścia w górę.
- Za chwilę ruszą też inni i mogą się zrobić zatory na trudniejszych odcinkach – argumentuje. Mamy szczęście i wyruszamy jako jedni z pierwszych.
Gerlach na razie nie chce się wyłonić zza chmur, ale mamy nadzieję, że kiedy znajdziemy się wyżej, to jednak się przejaśni. Poza kontaktem z przyrodą, w górach najważniejsze są przecież widoki. Ruszamy zatem wzdłuż Wielickiego Stawu i dalej wciąż za znakami zielonymi, które prowadzą piętrami Wielickiej Doliny na Polski Grzebień (2200 m n.p.m., Poľský hrebeň). Śmigamy pod słynnym skalnym okapem, który zyskał określenie Wieczny Deszcz, bo nieustannie ciurka z niego woda.
Wciąż zdobywamy wysokość i po kilku minutach znajdujemy się na wypłaszczeniu, które nazywane jest Wielickim Ogrodem (słow. Kvetnica). Żyzna gleba, którą pozostawiło jezioro morenowe, stworzyła dobre warunki dla wielu rosnących tutaj ziół. Kilometr od Śląskiego Domu schodzimy wreszcie ze znakowanego szlaku. Przekraczamy potok i podążamy w stronę majaczących we mgle piarżysk, pod wschodnimi zerwami Gerlacha. Umówiliśmy się z przewodnikiem na klasyczny wariant przejścia: wchodzimy przez Wielicką Próbę, a schodzimy Batyżowiecką Próbą.
Doganiają nas wędrowcy, którzy mają szybsze tempo od naszego, choć wedle mojej oceny pomykamy dość żwawo, w jeszcze łatwym terenie. Wreszcie docieramy do wylotu Wielickiego Żlebu, który znajduje się tuż poniżej 2000 m n.p.m. Ekscytacja rośnie, bo za chwilę czeka nas esencja dzisiejszego dnia – dotknięcie skały, czyli bezpośredni kontakt z masywem Gerlacha!
Teraz musimy postępować zgodnie ze wskazówkami przewodnika, czyli zakładamy uprzęże oraz kaski i dalej idziemy związani nową liną (tzw. asekuracja lotna). Przepuszczamy rozgadane towarzystwo i zaczynamy drapać się na Wielicką Próbę – kilkunastometrowy uskok z prawej strony żlebu. To pierwsza techniczna trudność dzisiejszej wycieczki - dla nas to właściwie atrakcja. Pojawia się duża ekspozycja i do pomocy potrzebne są nam teraz wszystkie kończyny. Pniemy się ostro do góry, łapiąc to za uchwyty skalne, to za stalowe klamry. Warto nadmienić, że pierwsze sztuczne ułatwienia zamontowano tutaj już pod koniec XIX w., kiedy poprowadzono znakowany szlak na najwyższy szczyt Tatr.
Ponad ścianką nadal trzymamy się prawej strony żlebu, który wygląda złowrogo. Widoków na przeciwległą stronę doliny wciąż brak, tylko na moment odsłaniają się mury Staroleśnego Szczytu (2476 m n.p.m., Bradavica). Przez resztę podejścia żlebem towarzyszą nam ponure złomy skalne, od których odbija się echo kroków i komentarze naszego przewodnika, który imponuje nam zwinnymi, kocimi ruchami. To chyba najbardziej monotonna część drogi, ale w końcu pojawia się brama w niebiosach, czyli Przełączka nad Kotłem, a to oznacza kolejny etap w naszej wędrówce i to, że osiągnęliśmy wysokość ok. 2440 m n.p.m.
Dalsza droga wiedzie trawersem tnącym południowe zbocza góry, coraz stromiej opadające wprost do Kotła, który rozpościera się poniżej, z lewej strony. Ta podkowiasta dolinka jest teraz dobrze widoczna. Mijamy przepaściste miejsca, należy więc ostrożnie stawiać kroki, żeby nie nadepnąć na linę. Ścieżka momentami jest bardzo wyraźna, ale zaraz gubi się w skałach. Prowadzi trochę poniżej głównej grani, nie osiągając jej, na przemian wznosi się i opada.
Przecinamy kolejne żleby i żebra skalne, raz nawet trzeba wykonać mały. gimnastyczny myk i odepchnąć się od skały, bo wystaje z niej głaz w kształcie stołu. To właśnie gdzieś na tym odcinku zginęło trzech polskich wspinaczy w styczniu 2022 roku. Nie jest to ścieżka odpowiednia do zimowych przejść. Kiedy w Tatrach zalega śnieg, należy wchodzić i schodzić przez Batyżowiecki Żleb. Łatwo wyobrazić sobie strome pola śnieżne w miejscu, które przechodzimy.
Trawers ponad Kotłem kończymy na tzw. Przełączce pod Małym Gerlachem, gdzie znowu zmienia się otoczenie. Przechodzimy przez grań na stronę Doliny Batyżowieckiej. I już jesteśmy wyżej niż Rysy.
– Widać szczyt! – woła do nas przewodnik.
I w rzeczy samej, w oddali dostrzegamy malutkie kolorowe postacie, które wchodzą na wierzchołek Gerlacha lub z niego schodzą. W linii prostej to jakieś 300 metrów, ale czeka nas chyba najbardziej skomplikowany orientacyjnie odcinek – kolejny trawers pod granią, najeżoną niezliczonymi turniczkami.
Na prawo wznoszą się takie kulminacje grani, jak Mały Gerlach czy Gerlachowski Ząb. Na lewo zbocza opadają do Batyżowieckiej Doliny, chmury niestety zasłaniają masyw Kończystej, wznoszący się po przeciwległej stronie doliny. Jednak w dole widać charakterystyczną turnię Kościółek (Kostolik, 2261 m n.p.m.). Tam zginęli taternicy, o których w tym numerze „Na Szczycie” pisze na dalszych stronach Wojciech Szatkowski z Muzeum Tatrzańskiego.
Skupiamy uwagę na topograficzne zawiłości ostatniego etapu. Droga jest fascynująca, lawiruje wśród skał, kolejnych żeber i wklęśnięć. I choć sporo czytałem wcześniej na temat wejścia tą drogą, to bez przewodnika w wielu miejscach nie wiedziałbym, gdzie iść. Drogę pokonujemy szybkimi, ale ostrożnymi krokami, co niestety nie zawsze pozwala w pełni napawać się widokami.
Szczyt już jest na wyciągnięcie ręki i na szczęście odsłonięty od chmur. Schodzimy jeszcze w głąb Batyżowieckiego Żlebu, by po chwili zacząć ostatnie podejście. Ten fragment jest akurat wspólny dla turystów podchodzących na szczyt, jak i z niego schodzących. Przewodnicy pozdrawiają się, a my tyko zadzieramy głowy.
Na Gerlachu meldujemy się trzy godziny od wyruszenia spod Śląskiego Domu. 2655 metrów nad poziomem morza – w Tatrach wyżej już się nie da. Ba, jesteśmy najwyżej w całych Karpatach!
Chmury przewalają się przez ostrze grzbietu, pokazując pokaźną lufę i przepuszczając czasem promienie słońca. Wreszcie mamy czas na zrobienie pamiątkowych zdjęć. Na wierzchołku jest łącznie kilkanaście osób i wszyscy mają ten sam rytuał: fotki przy krzyżu, drugie śniadanie i klikanie w telefonie. Na szczęście jest gdzie usiąść, więc spędzamy chwile, kontemplując góry. Czas mija zbyt szybko i po jakichś 20 minutach zaczynamy schodzenie. Nie łatwo żegnać się z Gerlachem, jednak zrobiło się chłodno i ruch dobrze nam zrobi. Logistycznie chodzi też o to, by ekipy nie szły jedna nad drugą, a to ze względu na ryzyko strącenia kamieni. Zejście potężnym Batyżowieckim Żlebem trochę trwa, do podnóża ściany jest bowiem, 500 m w pionie.
Opuszczamy się w głąb żlebu, początkowo dość stromo, wśród wszędobylskiej kruszyzny. Nie ma tu jednej, właściwej drogi, w zasadzie to zestaw rozmaitych wariantów, półeczek i stopni, które trzeba intuicyjnie wybierać w korycie żlebu i po obu jego stronach. Przewodnik z uporem zachęca nas do stawiania kroków akurat w upatrzonych przez siebie miejscach. Jakby nie ufał, że nie potkniemy się o własne nogi.
Powoli tracimy wysokość, obniżając się do osławionej Batyżowieckiej Próby, która z Wielicką ma to wspólne, że stanowi niemal pionowe podcięcie ściany i jest ubezpieczona klamrami. Osoby niewysokie mają tu do wykonania trochę gimnastyki, momentami trudno dojrzeć, gdzie postawić stopy. Gdzieniegdzie ze skał wystają stare punkty asekuracyjne, przypominające zardzewiałe świńskie ogonki.
Podobnie jak na początku wycieczki, dogania nas grupa mocno rozgadanych turystów. Żeby chociaż rozmawiali o górach! Kłóci mi się to z majestatem turni i baszt, które wznoszą się dookoła nas. Lawirujemy przez półki skalne w dolnej części Białej Ściany i po chwili osiągamy dno doliny. Zatem przygoda już za nami. Oglądamy się na monumentalne turnie, zwane Gerlachowskimi Strażnicami i po krótkim przystanku przekraczamy próg doliny. Małą ścieżynką opuszczamy jej wnętrze i docieramy do Batyżowieckiego Stawu (ok. 1880 m n.p.m., Batizovské pleso).
Stąd popularnym szlakiem, którym jest znakowana na czerwono Magistrala Tatrzańska, obchodzimy Gerlach od południa i po godzinie meldujemy się pod Śląskim Domem. Pętla zostaje domknięta. Łapiemy pierwszy kurs busem i zjeżdżamy na dół. Była to tak ekspresowa wycieczka, że nie wiadomo, co zrobić z resztą dnia. Jest dopiero wczesne popołudnie. Decydujemy się na szybkie zwiedzenie Starego Smokowca, gdzie zamiast smoka spotykamy ogromnego jelenia, a na deser jedziemy do Popradu, skąd znów podziwiamy Gerlacha i jego zacne towarzystwo.
Samochodem do Starego Smokowca najlepiej dojechać z ominięciem Zakopanego. W Nowym Targu kierujemy się na Białkę. Na rondzie przed Bukowiną Tatrzańską skręcamy na Jurgów i drogą krajową nr 49 wjeżdżamy na Słowację. Kilka kilometrów za Smokowcami jest Tatrzańska Polanka.
Schronisko (Hotel) Dom Śląski
Na Gerlach można wejść tylko i wyłącznie z przewodnikiem IVBV/UIAGM. Można skorzystać z agencji działających po obu stronach granicy.
Tekst ukazał się w wydaniu nr 5/2023
Zobacz także:
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze