Z Sabiną i Stanisławem Majerczykami, gospodarzami schroniska na Hali Kondratowej, rozmawia Michał Ra
W czerwcu minął rok od otwarcia schroniska. Jak go wspominacie?
Stanisław Majerczyk: 14 czerwca 2025 roku ponownie otworzyliśmy schronisko dla turystów. To był wymagający rok.
Sabina Majerczyk: Na pewno stanowił duże wyzwanie, ale to był bardzo ciekawy czas. Dużo rzeczy robiliśmy pierwszy raz, więc ciągle się uczymy. Nawet jeśli coś nie wychodzi, to podchodzimy do tego z uśmiechem na twarzy i staramy się szybko wyciągać wnioski.
Co było dla Was najbardziej zaskakujące w prowadzeniu schroniska?
Stanisław: Na pewno największym wyzwaniem okazała się logistyka dostaw - ułożenie jej, zwłaszcza zimą. Droga dojazdowa łączy się z nartostradą z Kasprowego Wierchu do Kuźnic, dlatego potrzebujemy dwóch pojazdów, w tym jednego z gąsienicami. Towar musi być kilkukrotnie przeładowywany.
Sabina: Marzyłam, ale nie planowałam, że poprowadzę schronisko
Wróćmy jeszcze do samego początku. Co skłoniło Was, żeby podjąć takie wyzwanie jak prowadzenie schroniska i to w Tatrach?
Sabina: Jesteśmy z Podhala, także właściwie całe życie spędzaliśmy w górach, czujemy, że to nasze środowisko. Ja trenowałam narciarstwo alpejskie i zawsze, gdy mieszkaliśmy w wysoko położonych schroniskach, np. na Passo dello Stelvio we Włoszech albo w innych alpejskich kurortach, to bardzo podobał mi się ten klimat. Brat był z kolei skoczkiem narciarskim.
W dzieciństwie tata pytał mnie, co zrobię, gdy przestanę jeździć na nartach. Odpowiadałam, że chciałabym prowadzić schronisko górskie (śmiech). Marzenie stało się rzeczywistością trochę niechcący, bo nie planowałam tego po zakończeniu kariery.
Budynek schroniska po remoncie ma wiele nowoczesnych rozwiązań, a jednocześnie wciąż jest najmniejszym obiektem w polskich Tatrach, zachowuje kameralny klimat. Czy godzenie tych dwóch funkcji jest trudne?
Sabina: Od początku zależało nam, żeby budynek zachował górski klimat, a także aby materiały, z których został wykonany, pochodziły z naszych pięknych, podhalańskich okolic. Budynek powstał właściwie od podstaw i wszystko u nas jest nowe, chcieliśmy więc połączyć tradycję z nowoczesnością, tak by turyści mieli też komfort po swoich wędrówkach.
W swojej ofercie kładziecie nacisk na atmosferę w pokojach kreowaną także tym, w którym miejscu jest światło. Opowiedzcie o aranżacji noclegu dla turystów.
Stanisław: Przy aranżacji staraliśmy się zadbać o każdy detal. Światło odgrywa ważną rolę, zwłaszcza dla turysty po długiej wędrówce.
Sabina: Wpadliśmy na pomysł, aby każdy z gości miał lampeczkę przy swoim łóżku i mógł na przykład poczytać książkę nie zakłócając komfortu pozostałych w wieloosobowym pokoju. Są też zasłonki, aby było trochę prywatności, tak by przejść do trybu regeneracyjnego po długim dniu.
Jak wygląda codzienne życie schroniska na Hali Kondratowej?
Stanisław: Rano mamy szybkie śniadanie gości, którzy nocują i ruszają w dalszą trasę. Po południu ruch turystyczny jest największy, kiedy część osób przychodzi z dołu, a część już wraca z gór. Niemal wszyscy chcą usiąść i zjeść.
Sabina: Część pracowników zostaje na noc, pozostali dojeżdżają trochę później. Kuchnia działa od 6 rano, czasami nawet trochę wcześniej. Gdy turyści opuszczają pokoje, stoimy już w blokach startowych, by je uporządkować dla kolejnych gości. Rankiem zjeżdżamy też pierwszy raz po towar i wtedy też zabieramy do góry drugą część ekipy. Ilość zjazdów staramy się ograniczać, więc gdy kierowca jedzie po produkty, zabiera przy okazji śmieci i rzeczy do pralni. Życie schroniska trwa do późna, nasi pracownicy bardzo ciężko pracują. Gdy goście kładą się do łóżek, trzeba jeszcze obrać dużo jabłek, aby szarlotka była pyszna (śmiech) albo by świeże ziemniaki już czekały w garnku na kolejny dzień.
Porozmawiajmy w takim razie o ofercie gastronomicznej. Mamy tutaj dania typowe dla schronisk górskich. Jednak kilka rzeczy mnie zaskoczyło i to na plus, np. Kofola z nalewaka.
Sabina: Chcemy zachować górski klimat także w menu. Kuchnia jest tradycją Podhala, mamy charakterystyczne dla regionu dania, takie jak choćby kwaśnica.
Stanisław: Są też moskole.
Sabina: Mamy również hałuski z bryndzą. Turysta może też liczyć na zupę pomidorową, pierogi ruskie czy kotleta schabowego. Naszym celem jest, aby było przytulnie, komfortowo i pysznie.
Z jakimi turystami najczęściej macie do czynienia? Czy to rodziny z dziećmi czy samotni wędrowcy, którzy chodzą od schroniska do schroniska?
Stanisław: Nie ma jednej takiej grupy. W wakacje przeważają zdecydowanie rodziny z dziećmi. Poza sezonem więcej jest samotnych wędrowców czy par.
Schronisko leży przy popularnych szlakach, choćby na Giewont. Czy przyjęcie w sezonie tak dużej ilości turystów jest dla Was trudnym wyzwaniem?
Stanisław: Największy problem mamy z toaletami i śmieciami. W okolicy jesteśmy jedynym punktem, gdzie są ubikacje. A mamy tylko dwie toalety zewnętrzne, przy których robią się czasem bardzo duże kolejki.
Sabina: W sezonie mamy otwarte dwie sale - bufet na dole i restauracyjną na górze. Możemy zaspokoić każdego, kto chce dobrze zjeść. Natomiast toalety faktycznie frustrują turystów, bo czasami potrzeby są nagłe, a niestety trzeba bardzo długo czekać. Trudno to zmienić.
Macie swoje ulubione miejsca w Tatrach?
Sabina: Tatry są tak piękne, że ciężko wskazać jeden ulubiony szlak. Zanim pojawiliśmy się na Kondratowej, częściej odwiedzałam Dolinę Pięciu Stawów Polskich czy rejon Morskiego Oka. Ale przecież wszędzie jest pięknie. Powinniśmy bardzo mocno doceniać miejsce, w którym mieszkamy i żyjemy. Schronisk jest bardzo mało i każde ma w sobie coś wyjątkowego.
Tekst ukazał się w wydaniu nr 5/2026
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze