Z Beatą Sabałą-Zielińską, dziennikarką i autorką górskich książek, m.in. o TOPR, rozmawia Magdalena Przysiwek
Spod Pani pióra wyszło wiele książek o Tatrach, zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Miała Pani jakąś misję, pisząc książki o takiej tematyce?
Przede wszystkim edukacyjną. Chciałam pokazać TOPR od środka: kim są ratownicy, dlaczego wybierają tę drogę, jak wygląda ich szkolenie oraz jak organizacja rozwijała się przez sto lat. Zależało mi, by czytelnicy zrozumieli czym jest TOPR, ale też dostrzegli wysiłek i odpowiedzialność związane z ratownictwem. Nie chodzi o podkreślanie poświęcenia ratowników – oni świadomie wybierają tę służbę i chcą pomagać. Moją intencją było raczej zwrócenie uwagi na potrzebę dbania o własne bezpieczeństwo, co pośrednio zwiększa także bezpieczeństwo ratowników. TOPR to organizacja wymagająca ogromnych nakładów pracy, szkolenia i środków finansowych, a jednocześnie jest to jedna z najlepszych służb ratowniczych na świecie, z której możemy być dumni.
Opowiadając różne tragiczne historie, czy to z wydarzeń na Giewoncie czy z Jaskini Wielkiej Śnieżnej, miała Pani, jak i może ratownicy, nadzieję, że liczba wypadków w Tatrach zmaleje?
Problem polega na tym, że słabo się edukujemy. Wiele osób świadomie przygotowuje się do górskich wędrówek, uczestnicząc w kursach turystyki górskiej czy lawinowych. Jednak wciąż jest to mniejszość. Ratownicy na co dzień obserwują, że mimo apeli i łatwego dostępu do wiedzy wielu turystów naraża się na niebezpieczeństwo. Jedną z przyczyn jest sposób postrzegania Tatr. Dzięki rozwiniętej infrastrukturze wydają się łatwo dostępne i mniej wymagające niż Alpy czy Dolomity, do których zwykle przygotowujemy się znacznie staranniej. Możliwość podjazdu pod szlak czy wjazdu kolejką na Kasprowy Wierch dają złudne poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem Tatry są wysokimi, wymagającymi górami, gdzie pogoda potrafi zmienić się w ciągu kilku minut. Kiedyś w górach spotkałam pana rozmawiającego cały czas przez telefon. I nagle mówi do swojego rozmówcy: „Jestem w górach i wyobraź sobie, tu jest ciągle pod górę.” Prawdopodobnie ta bliskość Tatr wyłącza nam myślenie.
Naczelnik TOPR mówił, że tragedia podczas burzy na Giewoncie była pierwszym masowym wypadkiem w Tatrach i obawia się, że nie ostatnim. Po tym zdarzeniu część turystów tłumaczyła, że nie słyszała sygnałów nadchodzącej burzy i nie otrzymała alertu o zagrożeniu. To pokazuje, że wyłączamy instynkty niezbędne do chodzenia po górach. W górach potrzebne są nie tylko wiedza i umiejętności, ale także zdrowy rozsądek. Jeśli warunki budzą niepokój, warto zawrócić. Nie należy ryzykować dla ambicji, presji otoczenia czy chęci udowodnienia czegoś sobie lub innym. Góry dają ogromną satysfakcję, ale zawsze pozostają miejscem wymagającym i potencjalnie niebezpiecznym.
Uczymy się tylko na własnych błędach, a na cudzych już nie?
Jak mówił Józef Nyka, warto uczyć się na błędach innych, bo życie jest zbyt cenne, by uczyć się na własnych. Mało kto tak robi. Prezentujemy filozofię owczego pędu. To było widać podczas burzy na Giewoncie. Jeżeli sto osób idzie szlakiem, mamy złudne poczucie bezpieczeństwa. Wydaje nam się, że nic złego się nie wydarzy. Zakładamy, że w razie problemów ktoś pomoże lub przyjdą ratownicy. Oczywiście, że przyjdą. Ale trzeba pamiętać, że czasami mogą nie zdążyć, np. w przypadku lawiny.

Myślę, że koronne hasło TOPR: „Dziękujemy, że dbacie o nasze bezpieczeństwo”, to fałszywy przekaz. To nie ratownicy mają dbać o nasze bezpieczeństwo, ale my sami mamy to robić. Chyba, że idziemy w góry z przewodnikiem, który jest przy okazji ratownikiem TOPR. Wtedy ciężar odpowiedzialności spada na niego. Jeśli nie znasz gór, nie wiesz jak się w nich poruszać, weź przewodnika. Łatwość zadzwonienia po TOPR, jakby zwalniała nas z odpowiedzialności za siebie. Choć to niezwykle sprawna organizacja i czasem przy sprzyjających warunkach od momentu wezwania ratowników do momentu odesłania pacjenta do szpitala, mijało 20 minut, nie zawsze tak jest.
Niejednokrotnie, gdy w górach dochodzi do wypadków na skutek ludzkiej nieodpowiedzialności, mówi się o płatnych akcjach ratunkowych. Popiera pani ten pomysł?
Mam takie stanowisko jak TOPR, który uważa, że ubezpieczenia górskie niczego nie zmienią. Sprawa jest dużo bardziej skomplikowana niż nam się wydaje. W konstytucji mamy zagwarantowane bezpłatne ratownictwo. A nawet gdyby akcje były płatne, ratownicy musieliby egzekwować należność za akcję ratunkową występując przeciwko poszkodowanemu. Nie zrobią tego, ponieważ są od ratowania ludzi, a nie ich oceniania.
Wyjątkiem są sytuacje, gdy czyjaś głupota naraża życie innych ludzi. Te przypadki rzeczywiście są piętnowane, by pokazać jakie konsekwencje dla innych może mieć nasze zachowanie. Ubezpieczenia nie rozwiążą problemu. Mamy tego przykład na Słowacji. Problem egzekwowania pieniędzy urósł tak bardzo, że być może Słowacy wycofają się z tego systemu. W TOPR nie sama akcja ratunkowa jest największym kosztem, tylko utrzymanie służb w gotowości. 15 procent z biletów wstępu do TPN, park przekazuje TOPR. I to jest pewien rodzaj ubezpieczenia.
Ocenianie skrajnie nieodpowiedzialnych zachowań turystów przez TOPR ma wartość edukacyjną?
Uważają, że istnieje coś takiego jak niewiedza polegająca na tym, że jak czegoś się nie zobaczy i nie dotknie, to czasem trudno to sobie wyobrazić. Jeden z ratowników porównał to do powiedzenia dziecku, by nie dotykało gorącego żelazka. Dopiero gdy się sparzy, naprawdę rozumie. Ludzie przygotowują się, czytają, oglądają zdjęcia, ale teoria to co innego niż rzeczywistość. Ratownicy zakładają, że wypadki się zdarzają. Ktoś się przygotowywał, chciał dobrze, ale wyszło inaczej.
Pamiętam jak Włodek Cywiński zawsze mnie strofował, gdy mówiłam, że turyści zrobili sobie krzywdę przez własną głupotę. On powtarzał: „Mają chodzić po górach i mogą się w tych górach mylić, bo góry są nieprzewidywalne.” Ratownicy dają duży margines błędu. Znacznie surowiej oceniane są sytuacje, gdy ktoś przez zaniedbanie naraża innych, np. rodzice zabierający dzieci na bardzo trudne szlaki, takie jak Orla Perć. Raz sytuacja była tak skrajnie niebezpieczna, że złożyli zawiadomienie do prokuratury.
Ratownicy TOPR uważają, że Tatry są po to, żeby je zdobywać i się nimi cieszyć, czasem przesuwając swoje granice, ale przy odpowiednim przygotowaniu. Wypadki zdarzają się też bardzo doświadczonym turystom. To jest element nieprzewidywalności gór. Sama popełniłam wiele błędów w górach, ale miałam szczęście. Są tacy, którym się nie udaje. Nie można wszystkich krytykować, bo ci, którzy idą w góry, szukają tam jakiejś wyższej wartości. Warto ich w tym wspierać, piętnując jedynie zachowania skrajnie nieodpowiedzialne.
Widzi Pani zatem jakieś rozwiązanie na brak odpowiedzialności u niektórych turystów?
Kluczem jest edukacja, dlatego napisałam książki dla dzieci. Bo czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Warto od najmłodszych lat pokazywać piękno Tatr, ale również związane z nimi zagrożenia – tak, by nie zniechęcać, lecz uczyć odpowiedzialności. Dzieci często łatwiej przyswajają taką wiedzę, bo nie mają jeszcze przekonania, że wiedzą wszystko najlepiej.
Wielu dorosłych wpada dziś w pułapkę myślenia, że dobry sprzęt wystarczy, by bezpiecznie chodzić po górach. Tymczasem sprzęt pomaga, ale najważniejsze są wiedza i umiejętności. Ratownicy nieraz pomagali osobom wyposażonym w profesjonalny ekwipunek, które nie potrafiły go używać. Gór trzeba się nauczyć, tak samo jak wszystkiego innego. I nie ma nic wstydliwego w braku doświadczenia. Ale są na to rozwiązania, jak choćby pójście w góry z przewodnikiem lub nauka bezpiecznego poruszania się po Tatrach na odpowiednim kursie.
W Tatry warto wchodzić powoli. Będąc pierwszy raz w górach, nie idźmy na Rysy. Niższe partie gór również dają ogromną satysfakcję. Nie trzeba się ścigać ani udowadniać czegokolwiek innym. Czasem na spotkaniach słyszę – na jakim najwyższym szczycie pani była? Są miejsca, w które nigdy nie pójdę, bo boję się ekspozycji. Umrę nie będąc tam, ale potrafię cieszyć się niższymi partiami Tatr.
Nawiązując do klasyka – nie cel się liczy, a droga do niego?
Dokładnie. Oczywiście można iść na Rysy, ale weźmy przewodnika. Trzeba się poważnie zastanowić co umiem, na co mnie stać, gdzie leżą moje granice tego, co mogę, a czego absolutnie nie chcę robić w górach? Czy jestem gotowy, żeby robić to w pojedynkę lub bez wsparcia profesjonalisty u boku? Bo naprawdę mamy pod ręką mnóstwo ludzi, którzy na górach świetnie się znają.
Będąc rodowitą góralką mieszkającą na Podhalu, umiała Pani złapać dystans do tych historii?
Ratownicy często studzili moje emocjonalne komentarze. Dzięki temu zrozumiałam ich sposób myślenia – nie należy zbyt surowo oceniać innych, bo każdemu może przytrafić się błąd. W swoich książkach starałam się przede wszystkim oddać głos ratownikom i pokazać ich perspektywę. Ja ich bardzo podziwiam, co też przebija z tych książek, ale oni sami nie lubią być stawiani na piedestale. W moich książkach konsekwentnie wykreślali wszystkie „naj”, podkreślając, że są po prostu jedną z wielu grup zawodowych niosących pomoc, podobnie jak strażacy czy policjanci.
Największą wagę przywiązują do profesjonalizmu, szkolenia i ograniczania ryzyka. Każdą akcję starannie przygotowują, oceniając zagrożenia i starając się je minimalizować. To świetni profesjonaliści, którzy podchodzą do tego z dużym spokojem i robią swoje. Czerpiąc z tego satysfakcję, ale jednocześnie będąc świadomym podejmowanego ryzyka. Po szczególnie trudnych wydarzeniach, takich jak śmierć kolegów czy niebezpieczne akcje, każdy z nich musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce nadal wykonywać ten zawód. Czasem są to rozmowy prowadzone nie tylko z samym sobą, ale także z najbliższymi.
Ratownicy TOPR mają opinię środowiska hermetycznie zamkniętego. Jak Pani udało się do nich dotrzeć? Czy to lata współpracy podczas pracy w radiu ZET?
Dla osoby z zewnątrz rozmowa z ratownikami TOPR może być trudna. Ja uczyłam się tego środowiska przez 12 lat pracy w radiu. Na początku sama słyszałam, że wielu rzeczy nie wiem. Ratownicy zdecydowanie chętniej współpracują z lokalnymi dziennikarzami, którzy znają realia gór i wiedzą, o co pytać, niż z osobami dzwoniącymi z drugiego końca Polski bez podstawowej wiedzy. To bywa dla nich frustrujące, bo nie chcą za każdym razem tłumaczyć wszystkiego od początku. Przy pracy nad książką podeszli jednak do rozmów bardzo poważnie i tłumaczyli wszystko od podstaw. Zależało mi na pytaniach, które zadaliby ludzie niemający wcześniej kontaktu z TOPR, chcący zrozumieć, jak wyglądają akcje ratunkowe i przygotowania do nich.
To środowisko nie otwiera się łatwo, ale nie wynika to z arogancji, lecz ze skromności. Ratowanie życia jest bardzo osobistym, wręcz intymnym doświadczeniem. Między ratownikiem a ratowanym tworzy się szczególna więź, a wiele emocji trudno ubrać w słowa. Niektóre akcje, jak tragedia podczas burzy na Giewoncie czy wypadek w Jaskini Wielkiej Śnieżnej, odcisnęły na ratownikach ogromne piętno. Gdybym pisała książkę zaraz po tych wypadkach, nie udałoby się to, bo oni nie byli gotowi na rozmowę. Potrzebowali czasu, by ułożyć to sobie w głowie i złapać dystans. Dostęp do ratowników wymaga także wyczucia. Trzeba wiedzieć, kiedy pytać, kiedy dać przestrzeń i umieć przyjąć odmowę. Są bowiem historie, o których nigdy nie będą chcieli opowiedzieć.
Jakich tematów, Pani zdaniem, najbardziej dzisiaj brakuje w publicznej debacie o Tatrach?
Myślę, że czeka nas debata na temat tego, ile możemy wymagać od ratowników. Szczególnie wyraźnie pokazała to akcja w Jaskini Wielkiej Śnieżnej. Ratownicy byli pod ogromną presją, by dotrzeć do uwięzionych grotołazów, choć wiedzieli, że idą już po ciała. Robili to ryzykując własnym życiem. To rodzi trudne pytanie: czy należy ratować za wszelką cenę? A jeśli tą ceną jest życie ratowników? Jak zauważa Jan Krzysztof, gdyby akcję przerwano, pojawiłyby się zarzuty, że ratownicy nie dopełnili obowiązku. Gdyby jednak doszło do tragedii i zginęli ratownicy, zapewne padłoby pytanie, po co w ogóle tam poszli. Ta dyskusja toczy się dziś na całym świecie.
Tradycyjna filozofia ratownictwa, wywodząca się jeszcze od Zaruskiego, zakładała ratowanie bez względu na okoliczności. Już po wypadku na Szpiglasowej Przełęczy [grudzień 2001 roku, gdy zginęło dwóch ratowników – Bartek Olszański i Marek Łabunowicz] zaczęto jednak podkreślać, że życie ratownika jest równie ważne jak życie ratowanego. Dziś coraz częściej mówi się, że życie ratownika może być ważniejsze od ratowanego, o ile poszkodowany podejmuje się ekstremalnych sportów. Dotyczy to np. grotołazów eksplorujący nieznane jaskinie czy himalaistów zdobywających ośmiotysięczniki. Coraz częściej pojawia się pytanie, czy ratownicy powinni narażać własne życie, by ratować ludzi, którzy dobrowolnie i świadomie wybrali ekstremalnie trudne wyzwania i w związku z tym znaleźli się w skrajnie niebezpiecznej sytuacji. Wraz ze wzrostem popularności sportów ekstremalnych ta debata będzie stawała się coraz bardziej aktualna.
Czy będzie podejmowała Pani ten temat w swojej kolejnej książce?
Na razie nie, ponieważ to bardzo trudny i kontrowersyjny temat. Teraz zajmuję się raczej szeroko pojętym regionem niż samym TOPR, ale nie wykluczam, że do TOPR jeszcze wrócę.
Beata Sabała-Zielińska. Rodowita góralka pochodząca z Zakopanego, dziennikarka radiowa przez lata związana z Radiem ZET. Autorka książek m.in. „TOPR. Żeby inni mogli przeżyć”, „TOPR 2. Nie każdy wróci”, „Kryminalne Zakopane. Najgłośniejsze zbrodnie Podhala”, „Pięć Stawów. Dom bez adresu” oraz książek dla dzieci, w tym „TOPR. O psie, który został ratownikiem”. Mieszka i pracuje na Podhalu.
Tekst ukazał się w wydaniu nr 5/2026
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze