Śledząc największe portale w środku wakacji, można wpaść w depresję. W górach tłumy, na dojazdach wypadki, a na turystycznych szlakach korki. Całe szczęście, że nie dotyczy to wszystkich rejonów. Wciąż są takie pasma górskie, w które prawie nikt się nie zapuszcza.
Zdaję sobie sprawę, ze po części jestem może hipokrytą. Z jednej strony, pisząc o górach, promuję aktywną turystykę i polecam ciekawe trasy, a potem narzekam na tłum na szlaku. Dlatego z drugiej strony poszukuję i uciekam w takie miejsca, w których tłumów brak, a człowiek może pobyć w samotności. Tak czy inaczej, doświadczony mocno trudami codzienności i zmęczony zawodową aktywnością całego tygodnia, resztkami sił w piątkowy wieczór rozkładam na stole mapę.
- Muszę gdzieś pójść, bo zwariuję. Gdzieś wyżej, żeby po prostu połazić i pobyć samemu – mówię do siebie i szukam jakiegoś niebanalnego pomysłu.
Co to znaczy wyżej? Na dziś oznacza to na pewno wysokość przekraczającą 1000 m n.p.m. albo jeszcze trochę wyżej. Uwagę kieruję więc na Karkonosze. Ale ich najwyższe partie odrzucam, wszak w środku wakacji są to regiony najchętniej przez turystów oblegane. Wzrok uciekł mi na chwilę na ich południowo-wschodnią część, o której czasem, a zupełnie niesłusznie, zapominam.
- Eureka! Lasocki Grzbiet - to jest myśl. Ale mój szybki wyjazd związany jest z pewnymi warunkami.
Jeśli chcę spędzić chwile w samotności, to muszę wstać wcześnie - wręcz nawet nieprzyzwoicie. Choć zazwyczaj nie mam z tym większego problemu, zwłaszcza latem, to jednak godzina czwarta w niedzielę bardzo boli. Szczególnie po średnio przespanej nocy i naprawdę ciężkim tygodniu. Im jednak dalej w dzień, tym człowiek nabiera przekonania o słuszności tej decyzji.
Drogi puste, podcast w tle. Dzięki temu dojazd z Wrocławia do parkingu pod Srebrnym Potokiem (schroniskiem/pensjonatem) w Jarkowicach zajmuje mi dokładnie 95 minut. “I jest za piętnaście siódma, to sobie obiad jem”, cytując klasyka. Co prawda jest godzina 6.15, ale nie czepiajmy się szczegółów.
Zatem z wysokości ok. 690 m n.p.m. ruszam na szlak. Na niebie chmury, ale błękit w kilku miejscach nieśmiało się przebija. Mnie to w sumie obojętne - może nawet padać i super jakby wiało. Jestem na żółtym szlaku i kieruję się w stronę Lasockiego Grzbietu, będącego naturalnym przedłużeniem Grzbietu Kowarskiego Karkonoszy. Widać doskonale, że jest to najlepiej zachowana ekologicznie i przyrodniczo część po polskiej stronie tych sudeckich gór. Gęstość i bujność lasów okazuje się tu naprawdę niesamowita. Choć niestety przez wycinkę droga leśna, którą idę, wygląda tak, jakby najpierw przejechała nią ciężarówka, potem ratrak, a na końcu kombajn. W efekcie zniszczono część roślinności, a doły są głębokie na pół metra. Całe szczęście, że po pół godzinie oddalam się od tego pola bitwy. Skręcam w ładną dróżkę, wyprowadzającą mnie na zbocza niewielkich wzniesień - najpierw Bielca (931 m n.p.m.), a potem Borowej Góry (1056 m n.p.m.). Rozciągają się stąd coraz lepsze widoki na tzw. Bramę Lubawską i leżący nieopodal Zalew Bukówka. W tle Góry Krucze, dalej Kamienne, na horyzoncie Chełmiec. Naprawdę kapitalna perspektywa. Po mniej więcej półtorej godzinie dochodzę do skrzyżowania szlaków – to Rozdroże Pod Łysociną (1053 m n.p.m.).
“Każdemu jego Everest” - tytuł tej znakomitej, jednej z moich ulubionych książek o górach, autorstwa nieżyjącego już Mirosława Falco-Dąsala, to chyba sentencja najtrafniej oddająca istotę tego, dlaczego chodzę po górach. I z pewnością nie jestem jedyny. Dla kogoś Everestem jest właśnie Dach Świata. Dla kogoś innego może być to zdobycie Śnieżki.
Dziś moim Everestem jest długa i samotna wędrówka. Celem wcale nie musi być najpiękniejszy czy najwyższy szczyt. Zresztą sam wierzchołek znanej góry w ogóle nie musi być celem. Wychodząc z tego założenia wiem, że dziś z jego realizacją trafiłem idealnie. Kilometrów w planie mam w sumie 20. Do tej pory na szlaku nie spotkałem nikogo. Ponieważ pogoda wciąż nie może się zdecydować, czy ma padać czy nie, zakładam, że dalej będzie równie przyjemnie.
Wchodzę na czerwony szlak, który jest pięknym trawersem Łysociny (1113 m n.p.m.) i cudownie poprowadzoną ścieżką, która przecina całkiem strome i momentami skaliste zbocza tego łagodnego szczytu. W tym miejscu z pokorą muszę się uderzyć w pierś. Wchodząc na szlak nie zauważyłem stojącej nieco z boku tablicy informacyjnej mówiącej o tym, że szlak ten jest okresowo zamknięty ze względu na ochronę cietrzewi. O tym jednak dowiedziałem się dopiero dochodząc do kolejnego, granicznego rozdroża nad Przełęczą Okraj (1102 m n.p.m.), gdzie tablica znajduje się dosłownie na samej drodze.
Gdybym z tego miejsca szedł dalej prosto, doszedłbym już do popularnego karkonoskiego schroniska na Przełęczy Okraj (1047 m n.p.m.), skąd już tylko trzy godziny na Śnieżkę. Ale moja dzisiejsza trasa biegnie teraz w lewo, zielonym szlakiem, lekko wznosząc się w górę w kierunku punktu kulminacyjnego wycieczki (przynajmniej pod kątem wysokości) - szczytu Łysociny (1189 m n.p.m.). Szlak wśród kosówki i niskiego świerku przypomina jedną z tatrzańskich podejściówek. Zaczyna padać (no i co z tego!), gdy za rogiem uderza mnie konkretny powiew chłodu, tak charakterystyczny dla wyższych partii Sudetów.
Za moimi plecami otwiera się teraz piękny widok na otoczenie czeskiej miejscowości Malá Úpa wraz z Kowarskim Grzbietem, bardzo przeze mnie lubianym. Po około 20 minutach podejścia melduję się pod tabliczką z nazwą szczytu (Łysocina) i rozbijam pierwszy dziś obóz.
W moim przypadku na sukces górskich wycieczek składają się dwa główne czynniki: emocjonalne doznania i uniesienia oraz małe drobiazgi, takie jak pyszne kanapki autorstwa żony, łyk ciepłej kawy czy herbaty, pięć minut odpoczynku w cichym i spokojnym miejscu. I dziś nie mogę narzekać. Emocjonalnych doznań dostarczają widoki, pustka, powiew wiatru, śpiewające ptaki (i to jak!). Wspomnianych wcześniej drobiazgów doświadczam właśnie teraz podczas krótkiego biwaku – po prostu carpe diem. I to wszystko kompletnie za free, bez ciśnienia, nerwów, hałasu i krzyku.
Niechętnie, ale zbieram się dalej. Już wcześniej zaplanowałem sobie, że odwiedzę naszych południowych sąsiadów i znajdującą się za granicą wioskę Albeřice. Poczytałem, że to urocze miejsce, ale moją uwagę przykuło jeszcze coś innego - jaskinia. Choć nie byłem i raczej nie będę już speleologiem, to tego typu obiekty kręcą mnie od dziecka. Dość powiedzieć, że za malucha śniłem o tatrzańskich jaskiniach Bystrej czy Wielkiej Śnieżnej. Jeśli więc pojawia się na trasie lub tuż obok jakaś “dziura”, to wiem, że muszę ją odwiedzić.
Szlak łagodnie zbiega w południowo-wschodnim kierunku pięknie poprowadzoną ścieżką wśród niezwykle gęstego lasu. Po raz kolejny dociera do mnie, jak ta część Karkonoszy różni się pod tym względem od ich głównego grzbietu. Pierwszą osobą, którą dziś spotykam, jest czeski biegacz, który w deszczu pokonuje asfaltową drogę w samej wsi. A wioska - jak z obrazka. To jest jednak niesamowite, jak Czesi dbają o swoje mieściny w Sudetach. Piękna zieleń, cudowne i zadbane domy, żadnych reklam, billboardów, śmieci. Aż chce się rzucić wszystko i spędzić tu wakacje.
Przede mną wąwóz, będący pozostałością kamieniołomu, w którym wydobywano wapień. Tworzy krajobraz, którego nie powstydziłyby się wyższe Góry Skaliste. Na jego końcu znajduje się potężny otwór wejściowy Jaskini Alberzyckiej (czes. Albeřická jeskyně). Wstęp jest zabroniony, więc podchodzę jedynie do wlotu i kieruję do wnętrza ogromnej komory światło latarki. Widać wyraźnie, że jaskinia jest eksplorowana.
Zerkam na drewnianą tabliczkę z planem jaskini. Robi wrażenie, choć jej długość to w sumie tylko 100 m i 20 m głębokości. Tak czy inaczej to największa jaskinia w okolicy, będąca częścią najrozleglejszego w Karkonoszach terenu krasowego z wieloma korytarzami bocznymi, spośród których kilka zalanych jest wodą. Rozentuzjazmowany odkryciem kolejnej rzeczy, o której istnieniu w Sudetach nie wiedziałem, kieruję się już w stronę przełęczy i pieszego przejścia granicznego Nad Horními Albeřicemi. Ależ urokliwe jest to miejsce - malownicze łąki z wysokimi, kładącymi się na wietrze trawami i panoramą na okoliczne góry. Do tego rodzina Czechów z maluchami, przemierzająca szlak w strugach deszczu. Tak, po to właśnie chodzę w góry - dla tych małych i drobnych chwil.
Wracam do kraju. Na samej granicy polsko-czeskiej robię jeszcze krótki postój, macham kompletnie zmoczonym Czeszkom, pałaszuję kolejną kanapkę i już kombinuję, gdzie by tu się znowu wybrać przy kolejnej okazji. Do samochodu mam niecałe dwie godziny spokojnego spaceru, więc włączam spokojną muzykę i ruszam na ostatni etap dzisiejszej przygody.
Cel zrealizowany w 100 procentach, relaks nawet w 200. Głowa wyczyszczona, organizm zdrowo zmęczony, bo w nogach dokładnie 20 km. Wrażeń moc, bo odkryłem nowe, poznałem wcześniej nieznane, jaskinia mnie oczarowała. Do następnego razu, drogie Sudety! Znów pokazałyście się z kapitalnej strony.
Z Wrocławia do Jarkowic dojedziemy tylko samochodem, kierując się najpierw autostradą A4 do węzła Kostomłoty, gdzie kierować się należy na drogę krajową nr 5. Tuż za Bolkowem skręcamy na drogę wojewódzką nr 367, by we wsi Raszów skierować się w stronę Jarkowic. Czas dojazdu z Wrocławia to ok. 100 min. Najbliższa miejscowość dobrze skomunikowana transportem zbiorowym to Kowary (autobusy z Jeleniej Góry).
Schronisko Srebrny Potok
Tekst ukazał się w wydaniu nr 6/2023
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze