Antarktyda to zupełnie wyjątkowe miejsce, niepodobne do niczego innego na Ziemi. Nic dziwnego, że oczarowała nas swoim surowym pięknem, dzikością i niedostępnością. Z żoną zgodnie stwierdziliśmy, że był to jeden z najpiękniejszych wyjazdów w naszym życiu.
Antarktyda to zupełnie wyjątkowe miejsce, niepodobne do niczego innego na Ziemi. Nic dziwnego, że oczarowała nas swoim surowym pięknem, dzikością i niedostępnością. Z żoną zgodnie stwierdziliśmy, że był to jeden z najpiękniejszych wyjazdów w naszym życiu.
Od dłuższego czasu szukałem interesującego i nieskomercjalizowanego miejsca na oryginalny wypad. Przeglądając Instagram, wpadł mi do głowy pomysł wyprawy na Antarktydę. Przedstawiłem pomysł żonie, która również się nim zainteresowała. Decyzję podjęliśmy ekspresowo, choć na początku mieliśmy mały problem: jak tam pojechać?
Co oczywiste, na Antarktydzie nie ma dróg, zwiedza się ją zawsze z poziomu wody. Pływa się statkiem wzdłuż wybrzeża, zawijając do otoczonych górami zatok. Najpopularniejszą opcją jest podróż dużym statkiem wycieczkowym, która co prawda jest tańsza niż podróż małą jednostką w niewielkim gronie, ale dotyka kontynentu bardzo powierzchownie. Dodatkowo, co dla mnie bardzo ważne, nie jest skoncentrowana bezpośrednio na fotografowaniu.
Szybko doszliśmy do wniosku, że być może jest to nasz jedyny w życiu wypad na Antarktydę, więc warto zrealizować go inaczej, bardziej kameralnie. Dlatego dołączyliśmy do ekspedycji fotograficznej z Danielem Kordanem – jednym z najlepszych i najbardziej znanych fotografów pejzażowych na świecie. Od kilku lat organizuje on rejsy żaglowcem pod szyldem Red Sails (Czerwone Żagle) w małym gronie kilkunastu osób. Koszt okazał się niemal dwukrotnie wyższy niż w przypadku dużego statku, ale przebieg samej wyprawy utwierdził nas w przekonaniu, że absolutnie warto było się na to zdecydować.
Wyprawa, która rozpoczęła się na początku stycznia 2026 roku, obejmowała dwie małe grupy – po 15 osób każda. Uczestnicy zostali podzieleni na dwa jachty: Elsi i Tolkien. To szkunery, dwumasztowe żaglowce, które zostały wyposażone w specjalny komplet ozdobnych czerwonych żagli, rozwijanych w najpiękniejszych miejscach Antarktydy.
To był motyw przewodni całego wyjazdu. Choć muszę zaznaczyć, iż żagle spełniały jedynie funkcję ozdobną, a ich jedynym celem było to, by dobrze wyglądały na zdjęciach. Oba statki mają silnik i to on był wykorzystywany jako napęd w trasie. Pomysł czerwonych żagli to autorski koncept Daniela, który wymyślił je 10 lat temu dla romantycznych zdjęć żaglowców wśród gór lodowych zarówno na Grenlandii, jak i na Antarktydzie.
Wyprawa rozpoczyna się w Punta Arenas w Chile, skąd na Antarktydę lecimy samolotem. Główną zaletą naszej trasy jest fakt, że nie płyniemy przez Cieśninę Drake’a, tylko pokonujemy ją w niecałe dwie godziny. Jest to lot czarterowy, który realizują linie Antarctic Airways i odbywa się na lotnisko Teniente Rodolfo Marsh Martin Airport na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandów Południowych. Trasa liczy około 1200 km i pozwala uniknąć męczącego rejsu przez Drake’a, dzięki czemu udaje się skrócić wyjazd o kilka dni. Przygoda jest w związku z tym nieco mniejsza, ale dzięki temu jesteśmy bardziej wypoczęci i mamy energię choćby na fotografowanie.
Samolot ma tylko 85 miejsc. Nie ma przydzielonych numerów, więc obowiązuje zasada – kto pierwszy, ten lepszy. W praktyce wszyscy od razu biegną do najatrakcyjniejszych miejsc przy oknach. Po około 2 godzinach lądujemy w surowym krajobrazie, pośród lodowców i łat śniegu, w miejscowości Villa Las Estrellas – niewielkiej chilijskiej osadzie cywilnej. Po wyjściu z samolotu musimy zdezynfekować buty, a następnie busami jedziemy do rosyjskiej stacji badawczej Bellingshausen Station, położonej kilometr od lotniska. Tu zaczyna się nasza właściwa przygoda.
...
Dołącz do grona naszych prenumeratorów aby przeczytać tekst w całości.
Pozostało 65% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępTwoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze