Wśród szerokich dolin i skalistych szczytów Jotunheimen ciężko nie zazdrościć Norwegom nadmiarowego bogactwa. Najwyższe góry Skandynawii to 3500 km kwadrtowych przygody.
W języku angielskim funkcjonuje dość zadziorne powiedzenie: “hit the ground running”. Opisuje ono te rzadkie momenty, gdy zaczynamy zupełnie nowe przedsięwzięcie i wchodzimy w nie bez żadnych obaw i z pełnym entuzjazmem, a pierwsze, choćby małe, sukcesy przychodzą od razu. Dosłownie tłumacząc: ledwo dotknęliśmy ziemi, a już biegniemy. Nie wiem, czy fraza ma norweski odpowiednik, ale po pierwszej dobie w norweskim Jotunheimen wiem, że powinna.
A zaczęło się tak: do Lom dojechaliśmy o godzinie 4 rano, po kilku godzinach w autobusie z lotniska w Oslo. Centrum małego miasteczka, gdzie mieszka niewiele ponad dwa tysiące osób, było zatopione w przedświtowej ciszy. Odszukaliśmy z Jankiem właściwą ulicę, dom, drzwi - bezpieczną przystań u znajomych, pracujących w słynnej na całą Norwegię piekarni w Lom i po prostu padnięci poszliśmy spać.
O piekarni wspominam nie bez powodu. Tamtego poranka stała się naszą bazą, a ekspres do kawy pełnił rolę aparatury podtrzymującej funkcje życiowe. Po całonocnej podróży byliśmy zgodni: rozsądnie jest nie przemęczać się pierwszego dnia i lepiej zrobić spokojną, górską rozgrzewkę. Jak od tego założenia w ciągu 15 minut doszliśmy do planu wejścia na najwyższy szczyt Norwegii, wcześniej podjeżdżając pod niego na rowerach, pozostaje niewyjaśnione. Takie rzeczy czasem po prostu przychodzą do głowy ludziom, kiedy dostaną świeżą drożdżówkę i mocną kawę.
Dwa rowery pożyczyliśmy od naszych dobrodziejek, które już od paru miesięcy mieszkały w Lom. Ania, Basia, Ewa i Kasia zgodnie stwierdziły, że jesteśmy wariatami, pomachały na pożegnanie i życzyły powodzenia. W plecakach same niezbędności: ciepłe ciuchy, batony, herbata, ze dwie dętki, pompka, przypięte na zewnątrz kijki. Czekało nas prawie 40 km podjazdu, choć naprawdę stromo zrobiło się dopiero od połowy, kiedy odbiliśmy z drogi krajowej nr 55 (jeszcze na nią wrócimy w tym tekście) i wjechaliśmy w dolinę rzeki Visa.
Po prawie dwóch godzinach intensywnego sapania wyjechaliśmy z lasu wprost w objęcia najwyższych gór Norwegii. Ponuro zacienione szczyty wytyczały szeroki korytarz doliny porośniętej roślinami z gatunków naprawdę odważnych i gotowych na surowe warunki: mchów, jagód, traw. Pasmo Jotunheimen zajmuje około 3500 km kwadratowych powierzchni. Sama nazwa oznacza w wolnym tłumaczeniu Dom Gigantów, zatem wielkie przestrzenie nie powinny dziwić. Dnem doliny dojechaliśmy do schroniska Spiterstulen. W sumie cztery koła zostały bezpiecznie przypięte do drewnianej wiaty, a my z rowerzystów zmieniliśmy się w wędrowców.
Podchodziliśmy luźnym, sypiącym się rumowiskiem, granitowe głazy wyjeżdżały nam spod kopyt. Długo tak podchodziliśmy, bo schronisko stoi na wysokości 1100 m n.p.m., a nasz cel, czyli Galdhøpiggen - 1469 metrów wyżej. Jedyne fragmenty wymagające więcej skupienia to przejścia przez pola śnieżne i lodowe (a te zobaczymy tu nawet pod koniec sierpnia) oraz skalna grańka szczytu Keilhaus.
Poza tym wejście na najwyższy szczyt Norwegii (2469 m n.p.m.) nie jest trudne technicznie, ale na pewno męczące. Co bardziej złośliwi, na przykład Janek, mogli pokusić się o stwierdzenie: “co za nudna kupa kamieni” i częściowo rację trzeba im oddać. Do pewnego momentu wiele wynagradzały nam widoki, ale trafiliśmy na iście norweską pogodę. Przelotne deszcze i mgły odwiedzały nas regularnie, by na sam koniec zakryć już wszystko szczelną szarą kurtyną. Dzięki temu po ponad trzech godzinach dzielnego podejścia mogliśmy na końcu zobaczyć tabliczkę szczytową, nieczynną poza wakacjami (w Norwegii kończą się już 15 sierpnia) schronokawiarnię i… siebie nawzajem. Szkoda, bo przy dobrej widoczności widoki z dachu Norwegii nie mają sobie równych. Podobno. Ot, szczęście wędrowca.
Zeszliśmy tą samą drogą, by wrócić do rowerów, ale na Galdhøpiggen można też wejść od północy. Trasa zaczyna się przy schronisku Juvasshytta - to krótsza i mniej męcząca opcja, ale wymaga przekroczenia lodowca Styggebreen. Trzeba więc być na to przygotowanym sprzętowo albo wynająć przewodnika. Nagroda, której pogoda poskąpiła nam na szczycie, czekała w dolinie. To było ponad 20 km pięknego zjazdu. Do bazy w Lom dokładnie o godzinie 20.31 wysłałem wiadomość: “Zeszliśmy. Zjedliśmy kanapki z pesto. Wsiadamy na rowery i jedziemy”. Do miasteczka dotarliśmy po 14 godzinach tej rowerowo-pieszej wyprawy: zadowoleni z połączenia dwóch aktywności, lekko zmęczeni i z całą siatką nazbieranych po drodze grzybów na jutrzejszą jajecznicę. Niezły wynik, jak na pierwszy dzień wyjazdu.
Czas w Norwegii dzieliliśmy między ten na szlaku i ten w rowerowym siodle. Samo Lom okazało się idealną bazą, nie tylko w kwestii drożdżówek i kawy. Miasteczko jest położone dokładnie między pięcioma parkami narodowymi: Jotunheimen, Breheimen, Reinheimen, Rondane i Dovre, czyli w samym centrum wielkiego górskiego placu zabaw i pięknej przyrody. Niezależnie od tego, czy szukamy wędrówek, rowerowych zjazdów, wspinania, kajakarstwa, czy terenów do biegania - każdy znajdzie coś dla siebie.
Z wycieczek rowerowych mogę polecić trasę do jeziora Raudalsvatnet i opcjonalny podjazd na górę Uppnosi (krótka wycieczka) i popularną 130-kilometrową pętlę Tour de Dovre, dookoła parku narodowego Dovre, ale możliwości jest tu bez liku. Jedną z najczęściej wybieranych przez rowerzystów jest sam przejazd drogą krajową nr 55, która przecina Jotunheimen, wspinając się od brzegu fiordu w Skjolden na wysokość ponad 1400 m n.p.m. To jedna z najładniejszych tras na rower szosowy w Europie.
Odwiedziliśmy też wschodnią część domu gigantów. Korzystając z rzadkich chwil słonecznej pogody, poszliśmy na krótką wycieczkę (tym razem pieszo) na Knutshøe (1517 m n.p.m.). Szybkie podejście, a potem spacer skalistym grzbietem. Skaliste szczyty Jotunheimen odbijały się w wodach jeziora pod nami.
Wzrok przyciągał masyw po przeciwnej stronie tafli wody. Prowadzi tam jedna z najpiękniejszych tras w tej części Norwegii - 10 km grani Besseggen wcinającej się jak ostrze między dwa jeziora. Myśląc o tym spacerze, warto wcześniej zarezerwować bilety na prom do Gjendesheim do Memurubu, bo dla nas na ostatnią chwilę już ich zabrakło. Ale schodząc z Knutshøe i wędrując wzdłuż górskiej rzeki, czy później, kąpiąc się w mroźnych wodach Øvre Leirungen, naprawdę ciężko czuć się poszkodowanym.
Po powrocie z Knutshøe szybko przepakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na południe, wspominaną już drogą nr 55. Serpentyna za serpentyną, podjazd bez końca – my tym razem samochodem, ale budziły się moje wspomnienia, bo drogę przez Jotunheimen przejechałem na rowerze 13 lat wcześniej. Teraz pod słynny hotel Turtagrø dojechaliśmy w pełnym słońcu, a po drodze zatrzymaliśmy się, by fotografować piękną dolinę i okalające ją szczyty. Wtedy zapamiętałem jazdę w siąpiącym deszczu i zimnej mgle. Miła odmiana.
Wysiedliśmy pod Turtagrø. Ten hotel zajmuje szczególne miejsce w historii norweskich gór. 150 lat temu Ole Berge prowadził tu farmę i polował na renifery. Przyjeżdżającym tu pionierom wspinaczki on i jego żona Anna zwykli oferować wikt i opierunek. To z ich farmy wyruszył William Cecil Slingsby - Brytyjczyk, który w 1876 roku jako pierwszy stanął na szczycie Store Skagastølstind (2405 m n.p.m.), trzeciej najwyższej góry Norwegii, do dzisiaj stanowiącej poważne górskie wyzwanie. Dzięki takim przejściom rejon stawał się coraz popularniejszy, więc w 1888 roku Ole i jego brat Ivar Øiene zbudowali w Turtagrø dwa hotele, później połączone w jeden. To tutaj, już po II wojnie światowej, powstała pierwsza w Norwegii szkoła wspinania. Obecny budynek to efekt odbudowy po pożarze z 2001 roku.
Kolejne rozdziały tej historii przedstawiają fotografie na ścianach schroniska. Podziwialiśmy je, bo na wiele więcej nas nie stać (może jedynie na dobrą kawę i ciastko), bo ceny w Turtagrø są iście norweskie. A przecież w plecakach mieliśmy namioty. Poszliśmy więc założyć własny hotel. Nie my jedni, bo polany dookoła hotelu stały się już bazą dla kilku grup. Na szczęście w Norwegii obowiązuje Allemansrätten. To prawo do swobodnego korzystania z natury, na mocy którego nie tylko zbieraliśmy grzyby na jajecznicę, ale też poszliśmy szlakiem na wschód od hotelu, by znaleźć piękne miejsce na biwak. O to akurat w Jotunheimen nie jest trudno. Rozbiliśmy się z widokiem na cały masyw Skagastølstind i spływające z niego lodowce.
Nasz cel był dużo mniej ambitny niż trzeci najwyższy szczyt Norwegii, wymagający sprzętu wspinaczkowego. Przepis na nasz poranek to: pobudka, śniadanie, podejście i w stronę szczytu Fannaråki (2068 m.n.p.m.). Podchodziliśmy kamienistym zboczem, ale tym razem teren był dużo przyjemniejszy niż pod Galdhøpiggen. Zielone dno doliny przetykane srebrnymi jeziorami i potokami coraz bardziej się oddalało, a nad nim ośnieżone szczyty i przewalające się przełęczami lodowe jęzory.
Po dwóch godzinach stanęliśmy na szczycie, przy najwyżej położonym w kraju schronisku górskim - Fannaråkhytta. Cieszyliśmy oczy pełną panoramą, bo z każdej strony otaczały nas góry. To tylko jedno z norweskich pasm, a i tak można by tu wędrować, wspinać się i skiturować bez końca. Przyznaję, trochę zazdrościmy Norwegom tego nadmiarowego bogactwa, ale przynajmniej pozwalają z niego korzystać bez żadnych ograniczeń. Tak jak nam, gdy wędrowaliśmy dalej granią na wschód. Po lewej stronie skalnego ostrza mieliśmy lodowiec Fannaråkbreen, po prawej zieleń, trawę, jeziora - niesamowity kontrast. Do namiotów, które można bez żadnej obawy zostawić w Norwegii na cały dzień wędrówki, wróciliśmy dnem doliny, dzięki czemu cała nasza trasa stała się pętlą wokół jeziora Illvatnet. Przekraczając wypływającą z niego rzekę, nie odmówiliśmy sobie kąpieli przed powrotem do drogi.
W ostatnich promieniach słońca pakowaliśmy się do samochodu. Następnego dnia czekała nas droga na lotnisko w Oslo i powrót do domu. Ale wcześniej, obowiązkowo, kawa i drożdżówka ze znajomymi we wciśniętej między potężne szczyty piekarni, która na parę dni stała się naszym domem.
Do Norwegii najlepiej dolecieć samolotem do Oslo-Gardermoen. Stamtąd (rzadko, ale jednak) jeździ bezpośredni bus do Lom (www.wybuss.com). Alternatywą jest wypożyczenie auta, które ułatwi planowanie wycieczek. Ale funkcjonują też lokalne autobusy i dobrze działa autostop. Warto pamiętać, że opłaty za promy i drogi w Norwegii są dokonywane w systemie AutoPass i trzeba ustalić szczegóły tych rozliczeń przy wypożyczaniu auta. Droższą i dłuższą alternatywą jest wzięcie swojego auta z Polski i przeprawienie go promem do Norwegii.
Poza normalnymi hotelami i pensjonatami warto zwrócić uwagę na chatki i schroniska Norweskiego Towarzystwa Turystycznego (DNT) - wszystkie informacje znajdziemy na stronie www.dnt.no.
W regionie znajdziemy cały przekrój trudności szlaków, tras rowerowych i dróg wspinaczkowych. Większość popularnych szlaków jest znakowanych kamiennymi kopczykami albo czerwoną literą “T”.
Planując trekkingi i wycieczki rowerowe w Norwegii najczęściej korzystam z aplikacji mapy.cz, umożliwia ona także pobranie map i korzystanie z nich w trybie offline. Inne mapy: www.norgeskart.no oraz www.ut.no. W centrum Lom (tuż obok naszej ulubionej piekarni) jest punkt informacji turystycznej, gdzie dostaniemy darmowe mapki i wiele innych informacji.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze