Z nowymi gospodarzami schroniska na Soszowie Wielkim, Ewą Zwolską i Cyrylem Banelem rozmawia Kuba Polanowski
Jak trafiliście na Soszów? Byliście wcześniej związani z tym schroniskiem?
Ewa: Pierwszy raz byłam tu podczas przejścia Głównego Szlaku Beskidzkiego. Klimat Soszowa zrobił na mnie ogromne wrażenie. Natomiast z Cyrylem poznaliśmy się pracując w Bacówce pod Małą Rawką w Bieszczadach. Nasza kierowniczka wiele opowiadała o Soszowie, bo wcześniej też tu pracowała. Ostatecznie zamieszkaliśmy w Bielsku-Białej, a ja do pracy trafiłam właśnie tu i zostałam na nieco ponad rok. Jak pracowałam, Cyryl odwiedzał nas na rowerze (śmiech). Soszów był nam bardzo bliski. Kiedy poprzedni gospodarze zrezygnowali z prowadzenia schroniska, wiedzieliśmy już, że przyszła nasza kolej. Ja mam zaplecze marketingowe, a Cyryl prowadzi działalność związaną z wyposażeniem i serwisem gastronomii.
Cyryl: Poprzedni dzierżawcy byli na tyle zadowoleni ze współpracy z Ewą, że sami zasugerowali nam prowadzenie Soszowa. Chcieli, żeby przejął obiekt ktoś z pasją, a nie osoba, która będzie szukała wyłącznie zarobku. Niezbyt długo kalkulowaliśmy. Wzięliśmy pod uwagę wszystkie za i przeciw, więcej było przeciw… (śmiech).
Rozważaliście dzierżawę innych schronisk?
Ewa: Wcześniej startowaliśmy w przetargu na dzierżawę Bacówki PTTK na Maciejowej w Gorcach. Długo się do tego przygotowywaliśmy, pomagali nam nawet gospodarze okolicznych schronisk. Ostatecznie nie wybrano naszej oferty, ale wiedzieliśmy już, że będziemy szukać dalej. Jest kilka obiektów bliskich naszym sercom, Soszów był łatwym wyborem.
Cyryl: Wybór Soszowa był znacznie mniej skomplikowany niż Maciejowej. Obiekt należy do prywatnych właścicieli, więc to zupełnie co innego niż przetarg organizowany przez PTTK. Zastanawialiśmy się przede wszystkim nad finansami i ilością pracy, którą trzeba włożyć w sam budynek.
Minęły już ponad trzy miesiące. Jak sobie radzicie? Gdy rozmawiamy, panuje akurat sroga zima?
Ewa: Musieliśmy nauczyć się szybko spać (śmiech) - po dwie, trzy godziny. Cyryl pewnego razu nie spał przez 48 godzin… Schronisko wymagało takiego nakładu pracy, że pierwsze, co zrobiliśmy, to zamknęliśmy je na tydzień. Czas spędzaliśmy głównie na sprzątaniu i remontach, których może nie widać, ale dla nas to był ogrom pracy. Gdybyśmy tego nie zrobili, to potem byłoby nam coraz ciężej. Mieliśmy nadzieję, że szybko zjawią się goście i na szczęście się nie pomyliliśmy. Kiedy już przyszli, za dnia pracowaliśmy przy obsłudze turystów, a nocą nadrabialiśmy zaległości.
Cyryl: Nie planowaliśmy na przykład rychłego wyposażenia kuchni, ale meble przyszły za szybko (śmiech). Nie było ich gdzie przechować, bo całą szopę wypełniliśmy sprzętami. Całe szczęście, że pomagało nam kilku znajomych. Uwinęliśmy się w rekordowym tempie, mieliśmy na to tak naprawdę jedno popołudnie i noc, bo następnego dnia miała przyjść spora grupa. W nocy przytrafiło nam się kilka niespodzianek z elektryką czy zaworem wody…
Ewa: Zostawiłam ich z tym remontem i poszłam spać na trzy godziny, żeby o szóstej zacząć pracę. Jak się obudziłam, to myślałam, że będzie jakiś postęp, a było znacznie gorzej (śmiech). Jak to zwykle bywa przy remontach czy naprawach, pojawiają się niespodziewane sytuacje, tu też takie bywały.
Czyli teraz jest już wszystko zrobione na cacy?
(oboje w śmiech)
Ewa: Nasi poprzednicy mówili, że prowadzenie schroniska to ciągłe gaszenie pożarów. Przekonaliśmy się o tym już na samym początku. Każdy dzień to praca nad czymś nowym. Nie jesteśmy ludźmi bogatymi. Nie mamy pieniędzy na gruntowne remonty, a nie chcemy też wyjść z zimy z długami, dlatego rozważnie podejmujemy takie decyzje.
Cyryl: Wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie, pracowaliśmy wcześniej w schroniskach, ale skala trochę nas jednak zaskoczyła. Robimy, co możemy w miarę naszych możliwości.
Ewa: Kiedy w końcu zrobiłam sobie przerwę i zwyczajnie z kimś porozmawiałam, a nie był to Cyryl, zorientowałam się, że przez ponad 20 dni w ogóle nie wychodziłam z budynku schroniska. Pozwoliłam sobie wtedy na zdrowy upust emocji. Po 40 dniach pierwszy raz zjechałam do cywilizacji (śmiech).
Opowiedzcie o największych wyzwaniach w prowadzeniu takiego schroniska jak Soszów.
Ewa: Chyba największym problemem jest przepustowość. Mamy ograniczoną liczbę palników. Przez to zdarzają się sytuacje, gdy ktoś czeka 20 minut na jedzenie. Zdarza się nam słyszeć z tego powodu głosy niezadowolenia. Pracujemy we dwoje, czasami ktoś nam pomaga, ale nawet wtedy ciężko temu zaradzić. Poza tym, żebyśmy zatrudnili kogoś na stałe, obiekt musiałby na siebie zarabiać. Mamy to w planach, ale zobaczymy co przyniosą kolejne miesiące.
Cyryl: Szczególnie teraz zimą trudnym tematem jest na pewno transport towarów. Mimo, że jesteśmy blisko miasta, droga sprawia wiele problemów. Nie jest też łatwe przygotowanie drewna na opał. Natomiast z rzeczy, o których w ogóle nie myślą turyści, to na przykład ścieki… Zdziwiłbyś się, co ludzie wrzucają do toalety: podpaski, reklamówki, śmieci. Zapychają nam się przez to kanały, a my musimy je udrażniać.
Czy planujecie jakieś gruntowne zmiany?
Ewa: Nie myślimy o żadnej rewolucji. Bardzo cieszymy się, że tu jesteśmy. Wiemy, że niektórzy mieli obawy po tym, jak odeszli poprzedni dzierżawcy. Dołożymy wszelkich starań, żeby goście dobrze się u nas czuli. Raczej niewiele się zmieni, ponieważ bardzo chcemy zachować klimat tego schroniska. Jeśli będzie budżet, to oczywiście planujemy udogodnienia, na przykład osobną salę dla glebowiczów. Obecnie gościmy ich w takiej wyznaczonej wnęce.
Cyryl: Na pewno nie chcemy, żeby schronisko przepoczwarzyło się w nowoczesny hotel górski. Jak tylko zrobi się cieplej, więcej rzeczy będzie się działo wokół.

Ewa: Jesteśmy bardzo otwarci na propozycje nowych eventów, spotkań, wydarzeń. Mamy już na przykład plany na organizację wystaw artystycznych. Warto do nas pisać, dzwonić, jesteśmy fanami ciekawych ludzi i ich pomysłów!
Cyryl: Każdy znajdzie tu miejsce dla siebie.
Jakie są teraz kulinarne specjały Soszowa?
Ewa: Naszym sztandarowym daniem są buchty z sosem jagodowym. Trochę je zmieniliśmy i obecnie podajemy je z bitą śmietaną. Walczymy też o to, by mój gulasz stał się lokalnym przysmakiem (śmiech).
Ewa Zwolska. W social mediach prowadzi profil w Mewa w Locie. Rzuciła korporację i przeprowadziła się w Bieszczady, gdzie pracowała w bacówce. Ostatecznie trafiła na Soszów, który skradł jej serce.
Cyryl Banel. Amator górskich wędrówek. Żeby być blisko gór, przeniósł się najpierw w Bieszczady, a później do Bielska-Białej. Nie spodziewał się, że spełnienie marzenia o prowadzeniu schroniska nadejdzie tak szybko.
Tekst ukazał się w wydaniu nr 1/2026
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze